Książka Małgorzaty Klunder „Grupa 1. Sierpnia, czyli ekspropriacja” do takich właśnie pozycji należy. I dobrze udokumentowanych, i znakomicie napisanych. Pozostawia gorzką refleksję, ale nie jest winą ani autorki, ani jej bohaterów, że III Rzeczpospolita z niewiarygodną łagodnością potraktowała sadystów z MO i SB.

W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia 1982 r. grupa młodych ludzi z Konina dokonała czynu tyleż zuchwałego, co – zważywszy na rygory stanu wojennego – mogącego mieć niezwykle groźne konsekwencje. Mianowicie wyniosła z Międzyszkolnego Ośrodka Sportowego powielacz, który następnie służył do wydawania solidarnościowej bibuły. Nie była to ekspropriacja w sensie dosłownym: powielacz należący do konińskiej Solidarności skonfiskowała władza, więc młodzi postanowili sprzęt odzyskać – nie ten sam, ale… sztuka jest sztuka. Uczestnicy akcji (nie wszyscy) zostali zatrzymani przez bezpiekę, choć nie w związku z tą sprawą, a powiązania wyszły na jaw później.

Brutalne przesłuchania połączone z katowaniem kojarzą się z czasami stalinowskimi. Potem, jak się powszechnie uważa, raczej tego nie praktykowano – poza wyjątkami, jak rok 1970 czy 1976. Otóż to całkowicie mylna opinia. W wielkich miastach, gdzie do dyspozycji pozostawali związani z Solidarnością prawnicy, gdzie udawało się dotrzeć do korespondentów zagranicznych, esbecy musieli zachować pewną powściągliwość. W mniejszych miejscowościach, nawet wojewódzkim Koninie, działali, jak chcieli. Czyli bijąc, zastraszając, znęcając się przy aprobacie prowadzącego śledztwo prokuratora. Opisy z książki Małgorzaty Klunder mrożą krew w żyłach.

Więcej w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"