Nowy Jork i okolice: gry w ONZ, gry w USA

  

Nowy Jork, Nowy Jork… Młoda kobieta o ciemnej karnacji na ulicy rozmawia przez komórkę po hiszpańsku. Ten język słyszy się tu bardzo często. Napisy po hiszpańsku na lotnisku i nie tylko to norma. Nie jest to żadna nowojorska specyfika. Tak jest w całych Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Systematycznie rośnie procent obywateli USA, dla których mowa Cervantesa i Escrivy de Balaguera jest pierwszym językiem.

Kluczowe głosy Hispanic, kluczowe głosy Polaków

Hispanic mają coraz większe znaczenie w amerykańskiej polityce. Podkreślają swoje meksykańskie, kubańskie czy ogólnie latynoamerykańskie korzenie, szczycą się nimi, ba, sprzedają je politycznie i PR-owsko. Ci, którzy tych więzów nie mają, eksponują np. żony wywodzące się z tego kręgu kulturowego, a nawet uczą się hiszpańskiego, aby w ten sposób zdobyć serca bardzo wpływowego elektoratu. Analitycy pokazują, że nie da się wygrać wyborów prezydenckich bez wsparcia Hispanic. To wiedzą wszyscy.

Jednak coraz większa część ekspertów wskazuje też, że bardzo trudno wygrać wybory prezydenckie bez tzw. swing states: Michigan, Pensylwanii, Ohio, Florydy, Wisconsin. A to oznacza jedno: to amerykańscy Polacy wystąpią w roli rozgrywającego w przyszłorocznych wyborach, tak jak byli języczkiem (mało powiedziane) u wagi w prezydenckim wyścigu A.D. 2016. To dobra wiadomość dla Donalda Trumpa, ale przede wszystkich dla Polski, dla władz Rzeczypospolitej, które mogą umiejętnie ten lewar stosować, zaskarbiając sobie przychylność władz USA w sprawach dla nas strategicznych.

W dwóch miejscach na nowojorskich murach dostrzegam napisy w języku hiszpańskim, które po części są podróżą do przeszłości, a po części „umiędzynaradawianiem” wewnętrznych spraw państwa z sąsiedniego kontynentu. Jakiś lewicowy Chilijczyk oszpecił ściany napisami w kontrze do Pinocheta, ale też obecnego prezydenta Piñery. Jednak obcy mur tych wewnętrznych waśni nie przekreśli, trawestując Broniewskiego... Niech toczą walki na graffiti, choćby nawet na amerykańskiej ziemi, ale od lewaków zdecydowanie odstręczają mnie towarzyszące na murach lewicowym hasłom symbole sierpa i młota. W mojej ojczyźnie to się kojarzy jednoznacznie źle.

Polska msza w Nowym Jorku

Opodal coś znacznie przyjemniejszego. Folkowy, miejscowy, amatorski zespół gra na chodniku, w pobliżu kilka drzew, wielkomiejski zgiełk staje się nagle mniej głośny. Są starsi państwo i dzieciaki, ubrania z epoki. Część zespołu gra, część ucina sobie pogawędkę, jest swojsko, rodzinnie i bardziej ta scena pasuje do amerykańskiego „countryside” niż do Nowego Jorku. W pobliżu świątynia „frontem do klienta”: to Kościół episkopalny zaprasza codziennie (!), jak głosi stosowny plakat. Powstał w 1840 r., jest jedną z wielu wspólnot chrześcijańskich w tym wieloreligijnym mieście. Mnie jednak o wiele bardziej, jako Polaka i katolika, interesuje kościół pw. św. Stanisława Męczennika. Znajduje się na 101 East 7th Street. W każdą niedzielę po polsku są cztery msze św.: o 8, 9, 10.30 i 12. Biorę udział w tej w samo południe. Spora świątynia nie jest wypełniona. Miejscowy proboszcz podczas mszy usprawiedliwia parafian: w tym samym czasie są uroczystości zaduszkowe w „polskiej Częstochowie”, odległej od Nowego Jorku tylko o dwie godziny jazdy samochodem. Kazanie na poziomie, stare polskie pieśni religijne, ogłoszenie o wyjazdowych rekolekcjach dla małżeństw przeżywających trudności – wszystko jak u nas, w kraju. Po mszy Różaniec. Ofiara święta trwa z półtorej godziny. A po niej (dzienne jednak) Polaków rozmowy w meksykańskiej knajpce za rogiem – słyszę pytania świadczące o znakomitej orientacji w bieżącej polskiej wewnętrznej polityce.

Gry w ONZ – Polska robi swoje

Skoro jestem w Nowym Jorku, nie sposób nie wspomnieć o gigantycznej machinie, jaką jest tu Organizacja Narodów Zjednoczonych. To tu mieści się jej główna siedziba, choć oczywiście ma też swoje filie kontynentalne, np. w Europie – w Szwajcarii, w Genewie, a w Afryce – w Kenii, w Nairobi (to cel mojej kolejnej podróży). ONZ, dość mocno krytykowana przez Amerykanów za zbiurokratyzowanie i zbyt duże wpływy małych państw, które niewiele dają do ONZ-owskiej kasy, ale starają się uprawiać własną politykę, jest dziś terenem bardzo ciekawej rozgrywki polityczno-dyplomatycznej. Donald Trump, krytykując – zgodnie zresztą z tradycją republikanów – ONZ, nie docenia tego, że jest to znaczący instrument w polityce światowej. Jednak natura nie znosi próżni – rolę Waszyngtonu coraz bardziej przejmują Chiny. Zwiększają swoje zaangażowanie finansowe, a przez to „neutralizują” te kraje, które chciałyby wypominać im nieprzestrzeganie praw człowieka, Tybet, Tiananmen itd., a pozyskują zwłaszcza kraje mniejsze, choćby z Afryki, w które i tak od dawna intensywnie inwestują gospodarczo (co ciekawe jednak, budując drogi, mosty, budynki administracji państwowej czy stadiony, używają własnych robotników z Kraju Środka, a nie miejscowych).

Ta swoista „soft dyplomacy” przynosi efekty. Aktywny Pekin powiększa wpływy w ONZ, niezależnie od tego, że jest jednym z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa, a poprzez ONZ – w świecie, zwłaszcza w tzw. kiedyś Trzecim Świecie (dziś takie określenie byłoby chyba politycznie niepoprawne...). Polska gra swoje, przeskakując z fotela wybieranego członka Rady Bezpieczeństwa na fotel członka Komisji Praw Człowieka ONZ. O nasze interesy dba tam ambasador Joanna Wronecka, niegdyś wiceminister spraw zagranicznych RP oraz stały przedstawiciel UE w Jordanii.

Przedostatni(?) wyjazd na wizie...

Na spotkanie z polskimi działaczami niepodległościowymi jadę do Cracovia Manor w Wallington w New Jersey. Tu odbywają się polskie wesela nawet na paręset osób, tu przyjeżdżają politycy z Polski – ci z obozu patriotycznego. Trwa żywa dyskusja, zgłaszany jest nie po raz pierwszy postulat, aby Polacy na obczyźnie mieli swojego reprezentanta (reprezentantów) w Senacie. Wzorem choćby Francji, która w swoim Zgromadzeniu Narodowym ma pulę dla terytoriów zamorskich, ale też np. po prostu dla francuskich emigrantów w naszym regionie Europy (sic!). Czuć w powietrzu, że polscy działacze przygotowują się do kolejnego zjazdu klubów „Gazety Polskiej” w USA, który za dosłownie kilka dni odbędzie się w Orchard Lake pod Detroit. 

Na lotnisku Johna Fitzgeralda Kennedy’ego pokazuję polski paszport dyplomatyczny z wizą. To już jeden z ostatnich moich wjazdów na terytorium USA, gdy muszę się upewniać, czy mam ważną wizę. Na naszych oczach – i jednak przy naszym udziale w jakiejś mierze – coś się zmienia, przemija coś, co w relacjach polsko-amerykańskich było wstydem dla Waszyngtonu...
 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie,

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl