Piotr Staruchowicz planował wyjechać na czas Euro 2012 z Polski, bo uważał, że policja nie da mu spokoju. Miał na widoku pracę w Wielkiej Brytanii. Nie zdążył – został aresztowany jako podejrzany o sprzedaż amfetaminy. Obciążył go wypuszczony z więzienia świadek koronny. Zaniepokojone jego sprawą są Helsińska Fundacja Praw Człowieka i Fundacja Badań nad Prawem, monitorować zamierza ją także Amnesty International. List otwarty do Adama Michnika przeciwko nagonce na „Starucha” wystosował jego ojciec.

Piotr Staruchowicz to dla rządu Donalda Tuska wróg publiczny numer jeden. Autor hasła „Donald, matole, twój rząd obalą kibole” prowadził duże antyrządowe manifestacje kibiców Legii Warszawa. „Platforma, śmiecie, kibiców oszukujecie” – skandował w czasie ostatniej z nich prowadzony przez niego tłum.

W jego winę nie wierzą kibice Legii ani przyjaciele. – Zawsze trzymał się od takich spraw z daleka, strofował młodszych kibiców, którym zdarzało się być pod wpływem środków pobudzających – opowiada kibic Legii. Sam Staruchowicz nie przyznał się do winy. – Uważa, że znalazł się w sytuacji kompletnie abstrakcyjnej – mówi jego adwokat Krzysztof Wąsowski.

Chciał przeczekać Euro w Anglii

– „Staruch” chciał wyjechać z Polski przed Euro 2012 – opowiada „Gazecie Polskiej” Mariusz Pilis, reżyser, autor filmu „Futbol i kraty” wyemitowanego w holenderskiej telewizji. Według niego Staruchowicz planował wyjechać do pracy w obawie przed możliwym nękaniem go przez organy ścigania przed i w trakcie mistrzostw Europy.

Policja zatrzymała członków gangu „Szkatuły” – taka informacja pojawiła się w mediach po aresztowaniu 45 osób. Obok „Szkatuły” tytuły epatowały pseudonimem „Starucha”. Efekt medialny nie miał nic wspólnego z rzeczywistością – Staruchowiczowi nie postawiono zarzutu działania w zorganizowanej grupie przestępczej.

Co więcej, rzecznik prokuratury Zbigniew Jaskólski powiedział, że dziwi go zainteresowanie „Staruchem”, gdyż jest on w śledztwie osobą mało znaczącą. Ostatecznie postawiono mu zarzut wprowadzenia do obrotu kilograma amfetaminy oraz przygotowań do wprowadzenia kolejnych 5 kg. Obciążyły go zeznania świadka koronnego, wypuszczonego niedawno z aresztu. Rozpoznać miał on Staruchowicza na zdjęciu.

– Sprawa zabójstwa gen. Marka Papały pokazała, że do zeznań świadka koronnego należy podchodzić bardzo ostrożnie. Świadkowi zależy szczególnie na tym, by jego zeznania były zgodne z oczekiwaniami organów prowadzących postępowanie – mówi dr Piotr Kładoczny z Fundacji Helsińskiej. – Hurtowe prowadzenie postępowań jest niepokojące. Czy dwóch sędziów mogło sobie wyrobić pogląd w tak wielu wypadkach? – zastanawia się. – Nie chcę mówić, że było to nierzetelne, bo na salę mnie nie wpuszczono. Trzeba jednak ostrożnie podchodzić do sytuacji, kiedy w ciągu 10 minut rozstrzyga się wniosek o areszcie – dodaje.

Drzewiecki: to dobra działalność policji przed Euro

Według policji zatrzymania te nie miały nic wspólnego z Euro 2012. I ta wersja miała obowiązywać w mediach, jednak w TVN 24 niespodziewanie „wysypał się” w tej sprawie Mirosław Drzewiecki. Były minister sportu i bohater afery hazardowej pochwalił policję za zatrzymanie kibiców słowami: „Dobra działalność polskiej policji, która przed Euro pewne sprawy zamyka”.

Dowodów, jakie ma przeciwko Staruchowiczowi policja, nie znamy. Nie zna ich też adwokat podejrzanego Krzysztof Wąsowski. Mimo że znać powinien. – To naruszenie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – mówi dr Piotr Kładoczny.

– Wniosek o dostęp do akt Piotra Staruchowicza złożyłem niezwłocznie po jego zatrzymaniu – mówi mec. Wąsowski. Wystąpił on także z wnioskiem o widzenie z oskarżonym oraz o to, by we wszystkich czynnościach uczestniczył on w obecności adwokata. Na żaden z wniosków nie dostał do czasu posiedzenia, w czasie którego aresztowano „Starucha”, pozytywnej odpowiedzi. Nie wiedział nawet, gdzie znajduje się jego klient.

Tymczasem odbyło się posiedzenie sądu, który zdecydował o aresztowaniu „Starucha”. Wąsowski znalazł się więc w sytuacji kuriozalnej – musiał bronić klienta, nie mając wiedzy o obciążających go dowodach i bez wystarczającej możliwości poznania jego stanowiska.

Jak podkreśla dr Piotr Kładoczny, Europejska Konwencja Praw Człowieka gwarantuje obrońcy prawo do „posiadania odpowiedniego czasu i możliwości do przygotowania obrony”. – Jak adwokat ma na poważnie bronić klienta, skoro nie wie, co się mu zarzuca ani co sądzi o sprawie on sam? – pyta przedstawiciel Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Prawo do dostępu do akt przewiduje też polskie prawo, a konkretnie art. 156 par. 5a kpk. Nakazuje on prokuraturze, która występuje o tymczasowe aresztowanie, udostępnienie akt obrońcy „w części zawierającej dowody wskazane we wniosku o zastosowanie (...) tymczasowego aresztowania”. Prokuratura może odmówić tylko w bardzo konkretnych przypadkach, jak zagrożenie czyjegoś życia lub zdrowia albo groźba matactwa. Przysługuje na to zażalenie.

Tymczasem Prokuratura Apelacyjna w Warszawie, prowadząca sprawę, w ogóle nie odniosła się do wniosku mec. Wąsowskiego. Prokurator Waldemar Tyl, zastępca szefa prokuratury, powiedział nam: – Sprawa dotyczy 45 osób, a zatrzymanie było cztery dni temu, z czego akta dwa dni były w sądzie. Kiedy mieliśmy zdążyć rozpatrzyć te wnioski?

– Zwracam uwagę, że w warszawskiej prokuraturze chodzi nie o 45, lecz kilkanaście osób, pozostałe są z innych miast – odpowiada Wąsowski.

Po artykule w „Gazecie Polskiej Codziennie” prokuratura wyraziła zgodę na widzenia adwokata ze Staruchowiczem i czterema innymi zatrzymanymi kibicami. Jednak spotkała go kolejna niespodzianka. Zgodnie z dokumentem podpisanym przez prokuratora, wszyscy oni mieli znajdować się areszcie przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Tymczasem okazało się, że są tam tylko dwaj z nich. – To skandaliczne działanie prokuratury, wyjątkowo bezczelne i aroganckie. Oznacza łamanie podstawowych uprawnień stron – tak utrudnianie przez nią pracy adwokatowi kibiców komentuje Jacek Bąbka, prezes Fundacji Badań nad Prawem.

Ostatecznie adwokat spotkał się ze swoim klientem dopiero w poniedziałek, kilka dni po decyzji o aresztowaniu. Jego akt nie zobaczył do momentu oddania tego numeru „GP” do drukarni.

Całość artykułu w tygodniku “Gazeta Polska”