"Wschód Niemiec jest sejsmografem dla całego kraju. Pewne procesy u nas zaczynają się wcześniej niż w innych częściach kraju. Warto je obserwować i wyciągać wnioski dla całych Niemiec"

- oznajmił podczas spotkania z dziennikarzami w Erfurcie Mike Mohring, szef CDU w Turyngii i jednocześnie "jedynka" swojej partii w nadchodzących wyborach.

Zdaniem 47-letniego polityka mieszkańcy byłej NRD - wbrew temu, co z wyższością mówią o nich rodacy z Niemiec Zachodnich - wcale nie są mniej rozgarnięci, ani mniej gotowi na demokrację. Są jednak mniej przywiązani do politycznej poprawności, a wierność wobec konkretnych partii nie jest tam traktowana jako cnota. Stąd, ocena rzeczywistości znacznie szybciej niż na Zachodzie znajduje swoje odbicie w preferencjach wyborczych.

Dlatego podczas kryzysu migracyjnego antyimigrancka i antyislamska AfD święciła tam największe triumfy. Jak podkreślają politolodzy, Wschód stał się też poligonem doświadczalnym radzenia sobie tym ugrupowaniem. Odbierając głosy partiom establishmentowym uniemożliwia ona budowanie dwupartyjnych koalicji rządowych. W Turyngii kończy właśnie kadencję sojusz Lewicy, SPD i Zielonych, w sąsiedniej Saksonii-Anhalt rządzi CDU z Zielonymi i SPD.

Główna walka w Turyngii toczy się dziś między Lewicą (28 proc.), CDU (24 proc.) i AfD (24 proc.). Tyle dają tym partiom ostatnie sondaże. Każde z ugrupowań wyklucza koalicję przynajmniej z jednym z pozostałych.

Lewica nie będzie rządzić z AfD i najbardziej chciałaby kontynuacji obecnej konfiguracji (Lewica, SPD i Zieloni.

CDU nie zawrze sojuszu ani z Lewicą, ani z AfD. Z tą ostatnią, przynajmniej oficjalnie. "Naszym celem jest rząd większościowy. Tylko taki jest stabilny i tylko taki może skutecznie walczyć o interesy Turyngii w Berlinie" - mówił Mike Mohring pytany, czy rozważa utworzenie rządu mniejszościowego tolerowanego przez AfD. CDU jest otwarte na tzw. koalicję środka, czyli z SPD (która ma w ostatnim sondażu 9 proc. poparcia), Zielonymi (8 proc.) i FDP (5 proc.).

Z kolei AfD wyklucza współpracę z Lewicą i najchętniej współrządziłaby w CDU. Nie wyklucza jednak poparcia chadeckiego rządu mniejszościowego. "Rząd z Mike'm Mohringiem na czele jest dla AfD bardziej atrakcyjną opcją, niż rząd Ramelowa" - mówi współprzewodniczący AfD w Turyngii Stefan Moeller. Może to też być atrakcyjna opcja dla CDU, której zależy na "odzyskaniu" landu, gdzie rządziła nieprzerwanie od zjednoczenia Niemiec do 2015 roku. Wówczas, choć wygrała wybory, nie była w stanie stworzyć rządu. Fotel landowego premiera zajął po raz pierwszy w historii polityk postkomunistycznej Lewicy.

Wybory w nieco ponad 2-milionowym landzie przyciągają uwagę Niemców również dlatego, że są starciem trzech wyrazistych polityków, których ambicje i rozpoznawalność sięgają daleko poza granice Turyngii.

O walczącym o reelekcję obecnym premierze Turyngii Bodo Ramelowie mówi się, że to socjaldemokrata starej daty. Wyczuwa zainteresowania tłumu i płynnie przechodzi z tematu na temat żonglując konwencjami. Mówiąc o gospodarce, która jest jego konikiem, brzmi jak dumny diler, by zaraz potem szczycić się, że w Turyngii powstało pierwsze na świecie przedszkole. Za chwilę zaś tłumaczy zawiłości światowej polityki i dlaczego "sankcje wobec Rosji, to poważny błąd". Zaraz potem zapewnia jednak na osobności w rozmowie z PAP, że sprawą, która najbardziej mu leży na sercu, jest bezpieczeństwo państw na wschodniej flance NATO. Aż wreszcie kończy rubaszną przechwałką, że udało mu się storpedować dwa neonazistowskie festiwale muzyczne poprzez ograniczenie sprzedaży alkoholu.

Mike Mohring jest uważany za jednego z najzdolniejszych polityków CDU. W kuluarach zjazdów partyjnych słyszy się, że gdyby nie pochodził ze wschodu i miał za sobą silniejsze struktury partyjne niż w małej Turyngii, to dawno robiłby karierę w Berlinie.

"Jedynka" AfD w Turyngii - Bjoern Hoecke, jest z zawodu nauczycielem. Lubuje się w prowokacyjnych, dwuznacznych sloganach, przez co nieraz obracają się one przeciwko niemu. Tak jak wówczas, gdy nazwał pomnik Holocaustu w Berlinie "pomnikiem hańby". Tłumaczył się potem, że hańbą - jego zdaniem - nie jest pomnik, ale dokonany przez Niemców Holocaust.