Synod amazoński i ksiądz samozwaniec. Oddzielić funkcję od rzeczywistej roli kapłana i istoty jego posługi

Co mają wspólnego bohater filmu „Boże Ciało”, chłopak, który sam siebie uczynił „księdzem”, nabierając parafian, że jest nim naprawdę, oraz trwające podczas toczącego się obecnie synodu dla Amazonii prace nad wprowadzeniem żonatych mężczyzn do posługi, którą spełniali dotąd tylko kapłani? Czy postulaty synodu to wyraz twardego pragmatyzmu we wdrażaniu nowej praktyki duszpasterskiej, bezradności wobec dramatycznego braku kadr w Kościele? Czy czegoś jeszcze?

pixabay.com/CC0/kisistvan77

Zbiegiem okoliczności – ale czy istnieją zbiegi okoliczności? – film Jana Komasy wszedł na ekrany w czasie, gdy już pełną parą szły przygotowania do amazońskiego synodu i stało się jasne, że papież Franciszek szykuje kolejną (po synodzie poświęconym rodzinie) rewolucję. Film od razu został uznany za godny Oscara.

Empatyczny mistyfikator w sutannie

Rzuciło mi się w oczy, że recenzenci filmu „Boże Ciało” uparcie określają jego bohatera – przebranego w sutannę i szaty liturgiczne byłego pensjonariusza domu poprawczego – słowem „kapłan”. A przecież z kapłaństwem nie ma on nic wspólnego. Pełnienie funkcji, które przypisywane są księdzu, nie oznacza jeszcze, że się jest kapłanem. Kapłaństwo jest sakramentem. Kapłaństwa nie można sobie przywłaszczyć. Sakrament kapłaństwa oznacza, że na duszy człowieka odciśnięte zostaje niezatarte znamię. Kapłaństwo to nie tylko znak, symbol, a tym bardziej funkcja, rola społeczna. Kapłanem nie jest się tylko w czasie ziemskiego epizodu, zostaje się nim na wieczność.

Bohater filmu jest oszustem w sutannie. Choć może budzić sympatię jako ktoś, kto się szczerze angażuje w życie małej miejscowości, w dramaty rodzinne parafian, chce pomagać ludziom – jest, jak to się mówi, typem empatycznym – jest przede wszystkim mistyfikatorem i świętokradcą. Jednak budzi sympatię widzów. Jak napisał jeden z recenzentów, ten film to „historia owieczki, od której pasterze mogliby się uczyć fachu”. Inny pochwalił bohatera, że choć ani z niego kapłan, ani psychoterapeuta, ale za to człowiek do bólu „szczery i wolny od uprzedzeń, niezaczadzony pragnieniem władzy, świadomy absurdu sytuacji, a jednak głoszący dobrą nowinę ponad zasadami kanonicznymi, w poprzek instytucjonalnego Kościoła (…). Ten film powstał wyłącznie z serca i miłości”.

Funkcja i istota kapłaństwa

Dyskusja o filmie Komasy uprzytamnia, że mamy podstawowe trudności z odróżnieniem funkcji od istoty kapłaństwa. Kapłan dla wielu autorów omówień „Bożego Ciała” to ten, kto pełni funkcję księdza w parafii i kropka. Sprawa święceń jest nieistotna. Podobne były założenia nowej teologii i ostatniego soboru: przed soborem główną czynnością kapłana było „składanie ofiary za żyjących i umarłych w Imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”, jak głosił Sobór Florencki. Dziś kapłan nie jest już uznawany za pośrednika między ziemią a niebem, pomiędzy wiernym ludem a Zbawicielem. Jego głównym zadaniem jest „głoszenie Słowa” i bycie animatorem wspólnoty. Jest on raczej, jak precyzuje prof. Romano Amerio, „przewodniczącym zgromadzenia, działającym w jego imieniu i z jego upoważnienia. To już nie alter Christus, ale »człowiek jak każdy inny«, pełniący funkcje czysto reprezentacyjne”. Siłą rzeczy na pierwszy plan wybija się więc jego społeczna „skuteczność”. Właśnie tak, jak założyli twórcy instrumentum laboris, dokumentu przygotowującego obecny synod. Nie ma księży, którzy by udzielali sakramentów mieszkańcom Amazonii, bo jest zbyt mało powołań, bo misjonarze zostali w większości wypadków sprowadzeni do roli pracowników socjalnych? To stwórzmy odpowiednik kapłana, weźmy miejscowych, którzy nie będą mieli kłopotów z dojazdem, z adaptacją do trudnych warunków, z utrzymaniem, bo są tu na stałe. Mają żony, dzieci, są więc stabilni psychicznie. Niech się wezmą do roboty, niech zajmą się tym, czym się zajmować powinni księża, dajmy im pełnomocnictwo, papier, przynależność do stanu duchownego. Proste i genialne. Tak jak w przypadku  bohatera filmu „Boże Ciało”, który z dnia na dzień, bez seminarium, bez święceń, „stał się” na użytek zaniedbanej parafii „księdzem” – i to nawet „lepszym” niż znużony, mało empatyczny starszawy proboszcz.

Obradujący na synodzie amazońskim biskupi przekonują, że potrzebny jest w Kościele nowy, świeży element społeczny, zaangażowani świeccy. Oni będą decydowali o „odnowionym obliczu Kościoła”. Nie jest to jednak dla wszystkich hierarchów oczywiste. „Widać, jak pokutuje do dziś przekonanie, że Kościół to kapłani”, zauważył z przyganą jeden ze znanych jezuitów z Ameryki Południowej, komentując dyskusję podczas synodu (przytoczyło tę wypowiedź 20 października Radio Watykańskie).

Kim jest kapłan? O co toczy się dziś gra?

Trzeba przyznać, że niejeden autor popularnych felietonów, rozpisujący się ostatnio na temat nadużyć moralnych wśród duchowieństwa, niedowierzający, by sprawę tę można było do końca wyjaśnić i zapobiec jej kolejnym odsłonom, przyczynił się do takiego pojmowania posługi kapłańskiej: ksiądz równa się jego funkcja. Ksiądz jest w tym ujęciu przede wszystkim pracownikiem. Księży trzeba umiejętnie „zagospodarować”. Dlatego mechanizm obrony przed deprawacją musi być mechanizmem czysto administracyjnym. Najbardziej znany w Polsce pogromca księży pedofilów, Tomasz Terlikowski, płonący od dłuższego czasu najszczerszym oburzeniem, odrazą i moralnym niepokojem o stan duchowny, jest dziś goszczony na łamach najbardziej antyklerykalnego pisma w Polsce. Po paru tekstach kolegów – dziennikarzy, komentujących to wydarzenie z niesmakiem – poucza swoich polemistów, że jest od nich lepszym chrześcijaninem, bo nie brzydzi się „inaczej myślących”. Bierze też w obronę Olgę Tokarczuk, pod hasłem, że o literaturze tak wysokiej próby, że aż nagrodzonej Noblem, się nie dyskutuje. Trzeba ją oklaskiwać, gdy chce się być człowiekiem kulturalnym, a nie małpoludem. Ta retoryka, nawiązująca tak wyraźnie do stylu ulicy Czerskiej, jakoś wyjątkowo pasuje do niepohamowanych oskarżeń wobec ludzi Kościoła.

O wiele bardziej niż słowa zgorszenia i oburzenia wobec skandali pedofilskich w Kościele, które tak zagęszczają się w jednej rubryce, że aż zakrawa to na obsesję, przekonuje mnie wypowiedź starszej pani, która telefonując do jednej z rozgłośni, stwierdziła: „Nie wierzę i nigdy nie uwierzę, że ksiądz, który poszedł do seminarium z powołania, mógłby skrzywdzić dziecko. Ci, którzy to czynili, to ludzie, którzy zostali do stanu duchownego nasłani. Mieli za zadanie skompromitować Kościół”. Ten prosty i oczywisty wniosek nie nasunął się jakoś znanemu publicyście.

Vittorio Messori przytoczył w jednym ze swoich tekstów znamienny przykład. Znajomy dziennikarz ze Stanów Zjednoczonych wyjaśnił mu, że tak jak jeszcze do niedawna w amerykańskiej prasie obowiązywała reguła pięciu „W” (who? what? when? ­where? why? – kto? co? kiedy? gdzie? dlaczego?), której każdy dziennikarz musiał przestrzegać, dziś obowiązuje odmienna norma, „cicha, ale wyrazista”, określana jako ABC – All But Catholicism („wszystko z wyjątkiem katolicyzmu”). „Także gwałtowna kampania mediów przeciw pedofilii (w rzeczywistości: pederastii) wśród księży jest – przynajmniej w części – aspektem tego rodzaju nowego, społecznego obowiązku zniesławiania” – stwierdza pisarz. Warto spojrzeć na kampanie prowadzone także po naszej stronie przez „przerażonych” i „oburzonych” w kontekście tej socjotechniki najnowszej próby. Jest dużo więcej, niż można by sądzić, ludzi zainteresowanych, by kapłaństwo sakramentalne w oczach opinii publicznej kompromitować, by mogło być ono zdegradowane do roli społecznej, funkcji administracyjnej czy posługi charytatywnej.

Showman czy święty?

„W postmodernistycznym społeczeństwie, które utraciło niemal wszystkie swe fundamenty, kapłan potrzebny jest bardziej niż kiedykolwiek. Musimy jednak pamiętać, że posiada on prawdziwie ponadczasowy charakter. Kapłan jest drugim Chrystusem, ambasadorem Boga, Boga, który nadaje swoim stworzeniom wieczne prawo, obowiązujące przez wszystkie wieki, który ofiaruje się i wynagradza za grzechy ludzi, abyśmy mogli dostąpić zbawienia. Dzisiejszy świat potrzebuje przede wszystkim kapłanów” – ta wypowiedź jednego z katolickich duchownych wydaje się brzmieć nieco patetycznie. Ukazuje ona jednak prawdę o istocie kapłaństwa. Te słowa ujawniają, jak wielka przepaść dzieli tak konsekwentnie budowany dziś w kulturze masowej wizerunek kapłana jako jednego ze zwykłych ludzi wykonujących swój zawód, zawód duchownego, który może zostać zaakceptowany przez współczesny świat, jeśli okaże się równym gościem, będzie dowcipny podczas nagrania telewizyjnego, zrobi jakąś ciekawą akcję z młodzieżą, zabłyśnie pomysłem jeszcze bardziej ekscytującej zabawy na Lednicy, od rzeczywistej jego roli, od istoty jego posługi. Kapłaństwo zwykłych, szarych księży nuży, jeśli nie denerwuje. Jest takie nieefektowne. Natomiast ksiądz ćwiczący karate, pielgrzymujący do Rzymu na rolkach, ksiądz namiętny fotografik, modelarz, hodowca miniaturowych krokodyli, ksiądz – licencjonowany terapeuta przyprawia o dreszczyk emocji. To naprawdę dobry ksiądz!

Presja, pod którą żyje dziś wielu kapłanów, którym daje się do zrozumienia, że będą zaakceptowani, jeśli zdobędą popularność w jakimś show czy zdobędą złoty medal w skokach ze spadochronem, a zostaną odrzuceni i wyśmiani, jeśli pozostaną tylko nieefektownymi szafarzami sakramentów, jest czymś zupełnie niebywałym. Nieznanym dotąd w historii. Ale być może niejednego kandydata do stanu duchownego pociągnęło dziś do Kościoła fałszywe wyobrażenie o nim zbudowane na parafialnych „akcjach”, „promocjach”, katolickich „wesołych miasteczkach”? Na wszystkim – tylko nie na odkryciu prawdy o tym, że człowiek jest zdolny do „połączenia absolutnego aktu woli z czymś, co jest samo w sobie absolutne” (Romano Amerio). Jeśli zapomnimy, że kapłan jest człowiekiem ze świata, jednym z nas, a zarazem kimś „nie z tego świata”, znajdziemy się w sytuacji ukazanej w filmie Jana Komasy, w którym grupa parafian jest w istocie oszukiwana i uwodzona przez człowieka bez skrupułów – choć uczuciowego i wrażliwego. Naiwni? Oszukani? Wierzący tylko w to, w co chcą wierzyć, co ma pieczątkę „najnowsze”?

Warto też przypomnieć, że wielu kapłanów w ogóle nie zajmowało się tym, co dziś nazywa się „głoszeniem Słowa”. Zajmowali się oni wyłącznie spowiadaniem i odprawianiem mszy św. Jednym z nich był o. Pio, innym bł. Honorat Koźmiński, carski więzień, wybitny teolog, założyciel kilkunastu zgromadzeń zakonnych. W niczym nie umniejszało to ich prawdziwej wielkości, nie przeszkodziło im to w osiągnięciu świętości. Bardzo daleko im było do dzisiejszych ulubieńców publiczności, wodzirejów w sutannie, których filmowym okazem jest bohater filmu Komasy.

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

#Boże Ciało #synod amazoński #kapłaństwo

Ewa Polak-Pałkiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo