Dania boi się szwedzkich przestępców. Wprowadzają kontrole na granicy

Zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com/stux/creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/deed.pl

  

Dania wprowadzi od 12 listopada tymczasowe kontrole na granicy ze Szwecją - poinformował w czwartek duński minister sprawiedliwości Nick Haekkerup. Powodem tej decyzji jest wzrost przestępstw popełnianych przez osoby przyjeżdżające ze Szwecji.

"Dwóch obywateli Szwecji jest oskarżonych o spowodowanie eksplozji w budynku urzędu skarbowego. (...) W tym roku mieliśmy w Kopenhadze 13 eksplozji, które policja wiąże z działalnością środowisk przestępczych. Chcemy przeciwdziałać temu negatywnemu rozwojowi wydarzeń"

- tłumaczył minister Haekkerup.

Jak uściślił, tymczasowe kontrole graniczne oznaczać będą okresowe legitymowanie pasażerów promów, pociągów oraz samochodów. "Nacisk ma być położony na zwalczanie zorganizowanej przestępczości. Nie wszyscy podróżni będą kontrolowani" - podkreślał minister sprawiedliwości.

Ponadto duński rząd zamierza zwiększyć bezpieczeństwo poprzez instalację 300 nowych kamer monitoringu. Takie urządzenia bez zgody policji będą mogły zakładać także gminy. Planowane jest również zaostrzenie kar. Podłożenie ładunku wybuchowego w obiektach użyteczności publicznej ma być traktowane jako atak na państwo, a kara za tego rodzaju przestępstwo ma być zwiększona do 18 lat. Zaostrzona zostanie też kara za posiadanie materiałów wybuchowych w miejscach publicznych.

Duńska policja planuje również otworzyć centrum do walki z przestępczością transgraniczną w rejonie cieśniny Sund oddzielającej Danię od Szwecji.

Szwedzki minister spraw wewnętrznych Mikael Damberg w komentarzu dla agencji TT z zadowoleniem przyjął działania ze strony duńskich władz, podkreślając, że "granicy nie należy traktować jako strefy, gdzie przestępcy czują się bezkarni". Z decyzji rządu Danii mniej zadowoleni są Duńczycy oraz Szwedzi, którzy codziennie korzystają z mostu nad Sundem, jadąc do pracy lub wracając do domu. Dla nich dodatkowe kontrole mogą oznaczać utrudnienia.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Zagadkowy napis na murze posesji należącej do Mariusza Ś. Nowe zeznania w procesie dot. śmierci Ziętary

Jarosław Ziętara / arch.

  

Dziś Sąd Okręgowy w Poznaniu kontynuował proces Mirosława R. ps. "Ryba" oraz Dariusza L., ps. "Lala", oskarżonych o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. Świadkowie w procesie zeznawali dzisiaj o napisie zawierającym m.in. cyfry i nazwisko redaktora Jarosława Ziętary, który pojawił się w 2016 r. na murze jednej z posesji w Puszczykowie, należącej do twórcy Elektromisu Mariusza Ś.

Według ustaleń prokuratury, oskarżeni Mirosław R. i Dariusz L., podając się za funkcjonariuszy policji, podstępnie doprowadzili do wejścia Ziętary do samochodu przypominającego radiowóz policyjny. Następnie przekazali go osobom, które dokonały jego zabójstwa, zniszczenia zwłok i ukrycia szczątków. Oskarżeni nie przyznają się do winy.

W toku postępowania śledczy ustalili, że oskarżeni działali wspólnie z inną, nieżyjącą już osobą. 60-letni obecnie Mirosław R. i 50-letni Dariusz L., byli w pierwszej połowie lat 90. pracownikami poznańskiego holdingu Elektromis, którego działalnością interesował się Ziętara.

Dzisiaj sąd przesłuchał m.in. Leszka J. Mężczyzna przeprowadzał remont na jednej z posesji należącej do twórcy Elektromisu Mariusza Ś. w Puszczykowie. Jak mówił, jesienią 2016 roku w trakcie remontu nieruchomości, pracownicy znaleźli na murze napis. Miał on zawierać nazwisko "Ziętara", "Kapela", a także cyfry.

- Byłem odpowiedzialny za przeprowadzenie remontu, układaliśmy kostkę i utwardzaliśmy powierzchnię. O ile dobrze pamiętam na napisie było tam nazwisko "Kapela" i podane jakieś cyfry. Było to dziwne, bo napis był po wewnętrznej stronie muru, zatem nie był to zwykły akt wandalizmu, bo ktoś musiał wejść na posesję. Przebywałem na tej nieruchomości kilka miesięcy, zanim ten napis został znaleziony. Napis był za altaną kamienną, dlatego nie było go widać. Dopiero kiedy pracownicy zaczęli sprzątać, to ujawnili ten napis. Wyglądał na świeży, nawet ktoś jakby próbował zatrzeć go ziemią, żeby go postarzyć. To był czarny napis, wykonany jakby pędzlem. Był dość duży, miał ok. metra długości

 – mówił Leszek J. [polecam:https://niezalezna.pl/299501-prokuratura-umorzyla-postepowanie-ws-zabojstwa-jaroslawa-zietary-deklaruje-dalsze-zainteresowanie]

Jak dodał, słowo "Kapela" skojarzył z nazwiskiem Romana K., który pracował w ochronie w Elektromisie. Świadek dodał, że o znalezieniu napisu poinformował telefonicznie swojego przełożonego.

- Trudno mi powiedzieć, jaka była reakcja Krystiana Cz., bo rozmawialiśmy przez telefon. Kazał mi zrobić zdjęcie tego napisu. Potem przyjechało trzech albo czterech policjantów z Krakowa to oglądać

 – podkreślił.

Zeznania składał dzisiaj także Mikołaj Ś., syn twórcy Elektromisu Mariusza Ś. Mężczyzna mówił, że po ujawnieniu napisu na murze pomagał oskarżonemu Mirosławowi R. w ustaleniu, co mogą oznaczać napisy znalezione w Puszczykowie.

- Widziałem tylko zdjęcie tego napisu. To był mój dom, tam się wychowywałem do 8 roku życia. Dom został sprzedany, a następnie ok. 3-4 lat temu odkupiony. Z tego co mi wiadomo, tego napisu już tam nie ma. Mój ojciec Mariusz Ś. prosił mnie, bo widział ten napis, żebym zobaczył w internecie, co to może oznaczać. Mój ojciec zawsze powtarzał, że "dzieci lepiej ogarniają internet". Z tego co pamiętam tam było 6 nic nie znaczących znaków, podzielonych przerwą na murzę. I następnie sprawdzałem co oznacza pierwszy "zestaw" cyfr, a następnie drugi. Szukałem w wyszukiwarkach internetowych i sprawdzałem w grafice Google co to może oznaczać

- powiedział.

Dodał, że jego zdaniem "pierwsze wyniki nie miały znaczenia. Pojawiały się cement, cegły, materiały do komputera".

- Po przeszukaniu na drugiej, lub trzeciej stronie zobaczyłem zdjęcie. Pan R., który siedział przy mnie zwrócił uwagę na to zdjęcie, ja też, bo było jedyne tego typu zdjęciu. Po wejściu na tę stronę okazało się, że jest to tzw. stary agregator zdjęć, mam na myśli stary system w tworzeniu stron internetowych - dodał.

- Osoba na tym zdjęciu była koło motocykla, trzymała kask w ręce. Po powiększeniu tego zdjęcia pan R. stwierdził, że jest to osoba podobna do Jarosława Ziętary. Zdjęcie nie było w super jakości, widać było, że było starsze, wyglądało na zeskanowane

– podkreślił.

- Następnie pan R. poprosił mnie, żebym sprawdził czy jest więcej takich podobnych zdjęć. Ale takich już nie było. Zaważyłem jednak, że była tam osoba starsza, w wieku ok. 40-50 lat i pokazałem tę osobę R., kto to może być. Była to osoba podobna do pana Ziętary. I następnie pan R. poprosił mnie żebym zrobił album zdjęć z tą osobą i wysłałem mu to w folderze – zaznaczył świadek.

Dodał, że kiedy próbował ustalić gdzie mogło zostać to zdjęcie zrobione, okazało, że zdjęcie było robione w Australii. [polecam:https://niezalezna.pl/274837-to-rosjanie-zabili-jaroslawa-zietare-szokujace-zeznania-bylego-gangstera]

Sąd przesłuchał w piątek także Hannę K., wdowę po zmarłym w 1993 roku Romanie K. ps. "Kapela". Były mistrz Polski w judo, policjant i ochroniarz Elektromisu, według prokuratury był zamieszany w porwanie Ziętary. Mężczyzna miał popełnić samobójstwo w mieszkaniu kochanki. W mediach pojawiały się jednak informacje, że samobójstwo Romana K. zostało upozorowane. Prokuratura nie znalazła dowodów na potwierdzenie tych hipotez.

W poprzednich zeznaniach, odczytanych dziś przez sąd, kobieta podkreśliła, że jej zdaniem śmierć jej męża nie była przypadkowa.

- Nie wiem kto zabił mojego męża, ale jestem przekonana, że zginął w sposób zbrodniczy. On nie popełniłby samobójstwa

 – zaznaczyła.

Dodała, że w jej opinii "Mirosław R. może stać za pozbawieniem życia mojego męża".

- Pamiętam, że jak jeszcze byłam w szpitalu przy Romku, to Mirosław R. cały czas chodził nerwowo, patrzył przez szybę. Nikt nigdy nie powiedział mi nic więcej o śmierci Romka

 – mówiła. Dodała, że szwagier zabiegał o wznowienie śledztwa, ale miał usłyszeć, że "lepiej się tą sprawą nie zajmować, jeśli jemu i jego rodzinie nie ma się stać nic złego".

Zeznania składała także m.in. Anna W., żona Wojciecha W. ochroniarza w Elektromisie, który kilka lat po zniknięciu dziennikarza zginął w wypadku samochodowym. Sąd przesłuchał także matkę Dariusza L., Janinę. Mężczyzna pracował w Elektromisie, później zginął w wypadku samochodowym. Według śledczych, Dariusz L. ps. "Lewy" wiedział, co się stało z Ziętarą.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts