- To, co Platforma myśli i mówi, słyszeliśmy na taśmach z Sowy i Przyjaciół. To był porażający obraz. Jak oni się wtedy tłumaczyli? Falenta, współpracownik PiS-u, prowokacja… Próbowali się bronić na wszelkie sposoby. Teraz mamy sytuację, która dla nich jest katastrofalna

- rozpoczął minister z Kancelarii Prezydenta. 

Jak tłumaczy, „działacze Platformy nagrali działaczy Platformy”. - Naga prawda wyszła. Język cały czas taki sam. Uważam, że poziom inteligencji polega na tym, że jeśli człowiek nie ma wystarczającego zasobu słów, posiłkuje się przekleństwami. Wywyższanie się, na zasadzie: „wykształceni, z wielkich miast” pokazuje, że nijak się ma to do rzeczywistości. Każdy wykształcony człowiek powinien się wstydzić tak knajackiego języka – ocenił Dera.

Prezydencki minister podkreślił, że "z opublikowanych taśm wynika coś jeszcze, o wiele bardziej porażającego".

- Pogarda dla innych – to wybija się z taśm obecnych, ale też z tych poprzednich, oraz myślenie quasi-mafijne, na zasadzie: „my jesteśmy wybrani, my siebie obronimy, kto z nami, będzie chroniony”. Tak to wygląda w tych strukturach. "Wstępujesz, my dajemy ci ochronę, możesz wszystko, a my mówimy co masz robić". To obraz zupełnie porażający

- powtórzył polityk.

Na pytanie, czy rezygnacja z funkcji szefa klubu PO-KO Sławomira Neumanna jest wystarczająca wskazał, że „od Platformy niczego nie oczekuje”. Dodał ponadto, że motywów jego usunięcia doszukiwałby się w dwóch scenariuszach. 

- Pierwszy, to zasłonięcie fatalnego wystąpienia Lecha Wałęsy podczas konwencji Koalicji Obywatelskiej. W takiej sytuacji, lepiej by mówiono o Neumannie niż Wałęsie, bo słowa byłego prezydenta były absolutnie skandaliczne

- powiedział Dera.

Jako drugi powód wskazał olbrzymie szkody wizerunkowe. - Tego nie dało się obronić. Taśmy miały wielki wpływ demobilizujący na struktury Platformy. Należało jakoś zadziałać. Dobrowolności w tym nie ma – z przekonaniem wskazał, że decyzja o odejściu ze stanowiska szefa klubu nie została podjęta przez samego zainteresowanego.