Wybory parlamentarne w Kosowie

Kosowo będzie głosować w niedzielę w przyspieszonych wyborach parlamentarnych. Mogą one odnowić panoramę polityczną kraju, zapoczątkować odejście ekipy "partyzanckiej" i wznowienie rozmów z Belgradem, który nie uznaje niepodległości swej dawnej prowincji.

Zdjęcie ilustracyjne
pixabay.com/8385/creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/deed.pl

Wybory zostały ogłoszone po złożeniu w lipcu rezygnacji przez premiera Ramusha Haradinaja, lidera nacjonalistycznej, kombatanckiej partii Sojusz na rzecz Przyszłości Kosowa (AAK). Premier podał się do dymisji, gdy sąd w Hadze przystąpił do badania jego roli w zbrodniach wojennych popełnionych w latach 1998-2000.

51-letni Hardinaj, noszący pseudonim "Rambo" z czasów, kiedy był jednym z dowódców albańskiej partyzantki walczącej z siłami serbskimi, Armii Wyzwolenia Kosowa (UCK), ma nadzieję, że głosy w wyborach zapewni mu nieprzejednana postawa wobec Belgradu: odrzucanie wszelkich zmian i poprawek w przebiegu granicy z Serbią i odmowa obniżenie wprowadzonych przed niespełna rokiem 100-procentowych ceł na towary sprowadzane z Serbii - mimo krytyki ze strony kosowskiego prezydenta Hashima Thaciego i Zachodu.

Stosunki Prisztiny z Serbią, od której Kosowo oderwało się w 2008 roku, znajdują się praktycznie w martwym punkcie mimo zabiegów Brukseli i nieformalnych kontaktów między prezydentami Aleksandarem Vucziciem i Hashimem Thacim.

Rozmowy zawieszono mimo podpisanego w 2013 roku porozumienia, które nigdy nie weszło w życie. Dotyczyło administracji lokalnych i innych instytucji działających w rejonach zamieszkanych przez serbską mniejszość (40 tys. Serbów mieszka na północy Kosowa i 80 tys. w kilkunastu różnych mniejszych enklawach).

Analitycy są zgodni, że ostatni, trójpartyjny rząd Haradinaja - który tworzą: AAK, Demokratyczna Partia Kosowa (PDK) i Inicjatywa na rzecz Kosowa (Nisma), wszystkie wywodzące się z UCK - jest oceniany jako najbardziej nieskuteczny gabinet od uzyskania niepodległości.

Młoda republika, licząca niespełna 2 mln mieszkańców, spośród których ponad 90 proc. to muzułmanie, wybiera nowy parlament w atmosferze niezadowolenia wywołanego powszechną w administracji korupcją i niemal 30-procentowym bezrobociem. Maleje też poparcie ludności dla polityki utrzymywania napięcia w stosunkach z Serbią, a bez jej zmiany Kosowo nie ma większych szans na zbliżenie do Unii Europejskiej.

Widoczne niezadowolenie społeczeństwa zaowocowało wzrostem poparcia dla partii opozycyjnych na czele z centroprawicową Demokratyczną Ligą Kosowa (LDK) i nacjonalistyczno-lewicowym ruchem Samostanowienie (Vetevendosje).

Główna kandydatka LDK na stanowisko premiera Vjosa Osmani wyraziła przekonanie, że sytuacja dojrzała do tego, by krajem mogła kierować po raz pierwszy kobieta.

"W przeszło 90 procentach przypadków to mężczyźni są zamieszani w afery korupcyjne" - powiedziała agencji Reutera.

Wykształcona w Stanach Zjednoczonych, 37-letnia profesor prawa i deputowana od 2011 roku, reprezentuje młode pokolenie kosowskiej inteligencji sfrustrowanej z powodu nepotyzmu i małej skuteczności tradycyjnych kosowskich partii wywodzących się z etosu walki partyzanckiej z Serbami. Przez wielu obserwatorów postrzegana jest jako możliwa zwyciężczyni, która mogłaby sprawować władzę bez zawierania koalicji z nacjonalistyczną prawicą.

Jej partia - podkreślała w wystąpieniach przedwyborczych - jest pozytywnie nastawiona do dialogu z Belgradem. Jednak będzie to dyskusja "bez poruszania tematu granic, sprawy suwerenności Kosowa i tematu instytucjonalnego funkcjonowania kosowskiego państwa" - zastrzegła Osmani w wywiadzie dla AFP.

Innym ważnym kandydatem jest 44-letni Albin Kurti, przywódca ruchu Vetevendosje (VV), dobry mówca i dawny lider studencki więziony w latach 90. przez reżim Slobodana Miloszevicia, który zyskał sobie przydomek kosowskiego Che Guevary. Dziś chodzi w garniturze i krawacie, ale jeszcze trzy lata temu jego zwolennicy rozpylali gaz łzawiący w parlamencie.

Znany jako nieprzejednany wróg Belgradu, dziś byłby gotów zasiąść do stołu rozmów z rządem Serbii. Jednak, jak podkreślają obserwatorzy, przez krótki okres historii kosowskiego państwa bardzo podkopał zaufanie Kosowian do polityków jako takich.

"Aby zdobyć pracę musisz komuś łapówkę albo znać właściwe osoby" - cytuje Reuters 22-letnią Lindę Azemi, która legitymuje się dyplomem wyższej szkoły nauk politycznych i administracji i zarabia mniej niż 300 euro miesięcznie przy smażeniu hamburgerów.

"Politycy bardzo się bogacą i nie chcą słyszeć o problemach ludzi. Za pięć lat, jeśli nic się nie zmieni, w Kosowie nie pozostanie więcej jak 400 tys. mieszkańców, bo reszta wyjedzie" - powtarza Linda pesymistyczne prognozy, które słyszy się w wielu rozmowach.

Kosowo jest mocno uzależnione ekonomicznie od przekazów pieniężnych Kosowian pracujących poza krajem. Te transfery to aż 14 proc. kosowskiego PKB. Oblicza się, że za granicą, głównie w Niemczech i Szwajcarii, mieszka ponad 700 tys. albańskich Kosowian. W 2018 roku transferowali oni do kraju ponad 800 mln euro.

Tej mobilności sprzyja kosowska demografia. Kosowianie to najmłodsza populacja Europy - 53 proc. ma mniej niż 25 lat.

W niedzielnych wyborach startują cztery główne bloki partyjne, w sumie 25 partii i koalicji, które będą się ubiegały o 120 mandatów, z czego 20 jest zarezerwowanych dla Serbów kosowskich i innych mniejszości. W opinii obserwatorów żaden z bloków nie uzyska wystarczającej większości, aby rządzić samodzielnie.

Rząd w Belgradzie wezwał kosowskich Serbów do oddawania głosów wyłącznie na reprezentującą ich partię Lista Serbska.

Niedzielne wybory będą siódmymi od zakończenia wojny w Kosowie i czwartymi od 2008 roku, a wszystkie odbyły się jako wybory przedterminowe. W ciągu 11 lat historii Kosowa jako suwerennego państwa żaden rząd nie zdołał utrzymać się do końca kadencji.

 

Źródło: niezalezna.pl, PAP

#Kosowo #wybory

redakcja
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo