Lichocka, odnosząc się do "Czarnej Księgi PiS" publikowanej przez "Gazetę Wyborczą", powiedziała w Polskim Radio, że środowiska postkomunistyczne boli, że straciły kontrolę nad mediami publicznymi.

"Po 1989 r. - z krótką przerwą - cały czas kontrolowały przekaz mediów publicznych, to zostało im odebrane. Bardzo to jest dla nich bolesne, bo rozbija to jednolity front medialny, którzy umieli stworzyć, że nawet jak Bronisław Komorowski zeznawał na temat swoich związków z WSI przed sądem, to żadna ze stacji, ani publiczna, ani komercyjna nie pokazała tego"

- mówiła.

- To był wtedy pluralizm i wolność mediów, zdaniem postkomuny, zdaniem Platformy Obywatelskiej, zdaniem środowiska "Gazety Wyborczej" - dodała.

Porównała język "GW" do gazety ludowego Wojska Polskiego "Żołnierza Wolności".

Dobrze byłoby zrobić zestawienie "Żołnierza Wolności" z 1953 r. ze wstępniakiem Jarosława Kurskiego z 2019 r. Natężenie negatywnych notacji i zupełne zakłamanie rzeczywistości, myślę, że byłoby bardzo podobne

- powiedziała.

Lichocka podkreśliła, że nie jest to dla niej zaskoczeniem.

Gdy zobaczyłam, jak to środowisko zareagowało na katastrofę w Smoleńsku, jak ją opisywało, jak zakłamywało, po jakiej stronie stanęło i jaką pogardę i hejt zastosowało wobec rodzin, tych którzy zginęli w Smoleńsku; to ja staram się nie mieć kontaktu z tym środowiskiem, nie rozmawiam z "GW", podobnie jak nie przyjmuję zaproszeń do TVN

- powiedziała Lichocka. Wyraziła radość, że "GW"jest coraz mniej cytowana i ma coraz mniejszy nakład.