Sprawa Sawickiej tak dalece demaskuje taktykę PO, że politycy tej partii muszą iść w zaparte. Mimo wyroku sądu, nadal kłamać. Bo jeśli teraz politycy PO przyznają, że mijali się z prawdą wbrew oczywistym faktom, to Polakom mogą przypomnieć się inne podobne sprawy – z aferą hazardową na czele. Kłamstwo jako metoda znalazło się wprawdzie w chwilowym kryzysie, ale wciąż daje się uratować

To właśnie temu ratunkowi służą butne wypowiedzi platformersów, gdy zaraz po wyroku politycy PiS i Solidarnej Polski zażądali od PO przeprosin dla byłego szefa CBA, Mariusza Kamińskiego, agenta Tomka, czyli Tomasza Kaczmarka, czy Zbigniewa Ziobry, byłego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Jak zawsze do najbardziej absurdalnych i ostrych sformułowań został użyty rzecznik partii Paweł Olszewski, zagrał jednak swoją rolę mało przekonująco. Popłoch w medialnych szeregach PO, jaki zapanował w pierwszych godzinach po ogłoszeniu wyroku trzech lat więzienia dla Beaty Sawickiej, opanował dopiero Donald Tusk. Przeprosił, a jakże, ale za to, że takie osoby jak skazana w ogóle pojawiły się w Platformie, ale „że to się zdarza każdej partii”. I powtórzył insynuację: „U nas CBA nie będzie kusiło posłanek PiS wdziękami osobistymi, żeby skłonić je do brania łapówek”. Premier wypowiedział z całą swobodą te słowa kilka godzin po odczytaniu przez sędziego uzasadnienia wyroku, w którym sąd stwierdził, że Beata Sawicka nie była wciągnięta w pułapkę, nikt jej nie uwodził, by skłonić ją do brania łapówki, i że byłą posłanką Platformy kierowało nie zauroczenie, lecz chciwość. Na dodatek CBA działało w tej sprawie profesjonalnie i prawidłowo – to wszystko orzekł sąd.

Rzeka kłamstwa

Ale premier wolał to całkowicie zignorować. Przez ten krótki moment Polacy mogli bowiem z głównych mediów transmitujących odczytanie wyroku zobaczyć nie tylko ten jeden z nielicznych wypadków, gdy były poseł skazywany jest na więzienie. Mogli zobaczyć rzekę kłamstwa, jaka przelała się przez ekrany ich telewizorów przez ostatnie pięć lat.

To orzeczenie kompletnie niczego nie zmieniło w strategii PO, bo zmiany być nie mogło – w filozofii rządów Platformy premier musiał stanąć przed kamerami i wygłosić kłamliwe sugestie. To najprostsza i jedyna sprawdzona przez PO taktyka, mimo że widoczna dla coraz większej grupy Polaków – bo już tak obcesowo stosowana w biały dzień, wbrew faktom i orzeczeniom sądu. Ale ciągle przecież, sądząc po wynikach sondaży, nie jest widoczna dla większości. Ciągle zaprzyjaźnione telewizje wspierają, tuszują niewygodne fakty, eksponują narrację partii, powielają wymyślone pijarowskie zdania (w dzisiejszej Polsce pod rządami PO określenie PR staje się synonimem świadomie stosowanego kłamstwa).

Kłamać można i trzeba

Zatem można, a nawet trzeba zaprzeczać, kluczyć, odwracać kota ogonem. Kłamstwo powtórzone każdego dnia, rozpisane na głosy kolejnych polityków, celebrytów, dziennikarzy i ekspertów JEST SKUTECZNE. Myślę, że to jedno z najgłębszych przekonań liderów PO. Potwierdzali przecież tę skuteczność wielokrotnie. To na bajkach o uwiedzionej, niewinnej kobiecie i bezwzględnych policyjnych praktykach IV RP Platforma doszła do władzy w 2007 r. Sprawa Sawickiej jest jednym z kłamstw założycielskich obecnej władzy. Dlatego naiwnością były oczekiwania tych spośród polityków opozycji czy zirytowanych Polaków przed telewizorami, którzy liczyli na jakąś skruchę, wycofanie się z łgarstw, słowo „przepraszam”. Platforma musiała ocalić coś innego niż honor, notabene kategorię zupełnie obcą w postkomunistycznej polityce. Musiała ocalić – powtórzmy to – metodę stosowania kłamstwa jako metody politycznej. Bo innych narzędzi, by utrzymać się przy władzy, właściwie już nie ma.

Pułapki, intrygi i cały ten PiS

Zwłaszcza że chwyt o zastawionej pułapce i intrydze CBA wobec niewinnej ofiary był przecież zastosowany także, gdy w opałach znalazło się nie tylko kilku polityków PO, ale i sam premier. Na tym kłamstwie zbudowano klimat umożliwiający odwołanie szefa CBA Mariusza Kamińskiego, spacyfikowanie tej służby i usunięcie z niej wielu uczciwych i odważnych funkcjonariuszy. Dzięki temu chwytowi przekonano Polaków, że afery hazardowej właściwie nie było, że w tej sprawie wszystko w „dzikim kraju”, jak mawia jeden z głównych aktorów afery, Mirosław Drzewiecki, było niecną intrygą PiS. W przypadku skandalu łapówkarskiego Beaty Sawickiej materiał dowodowy został zebrany i przekazany przez prokuraturę do sądu jeszcze w czasie rządów PiS. W momencie wykrycia afery hazardowej Platforma rządziła od dawna, ówczesny szef CBA poinformował o niej szefa rządu, nim jeszcze zgromadzono cały materiał dowodowy i przekazano do sądu. PO kontrolowała wszystkie służby i prokuraturę oprócz CBA. Pełną kontrolę przejęła po zawieszeniu, a potem odwołaniu Mariusza Kamińskiego. Jak wiemy, obydwa opisane przypadki znalazły zupełnie inny finał. W sprawie Sawickiej wyrok, w aferze hazardowej kabaretowa komisja śledcza, całkowita, demonstracyjna bezkarność byłego ministra sportu i przekazy dnia o zastawionej pułapce na premiera. Czy można się dziwić, że szef rządu z taką determinacją trwa przy swojej metodzie? To nie jest walka o Sawicką ani nawet o dobre imię PO. To walka szefa rządu o własną polityczną przyszłość.

To nie tak jak myślisz, kotku

Dlatego taktyka stosowania kłamstwa jako metody bez żadnych korekt trwa w najlepsze. Dwa dni po wyroku w sprawie Sawickiej ordynarnie i chamsko potraktował Ewę Stankiewicz Stefan Niesiołowski. Wrzask polityka „won do PiS-u, bo rozwalę ci kamerę” spinowie PO przedstawili jako przejaw agresji dziennikarki wobec polityka. – Stankiewicz prowokowała – mogliśmy usłyszeć od działaczy PO, usługowych publicystów i ekspertów. Tych samych co zawsze – właściwie nikt się nie wyłamał. Na posterunku byli oprócz polityków PO m.in. i Krzemiński, i Lis, i Mazowiecki. Była to znów narracja szyta grubymi nićmi, film z przebiegiem faktycznych zdarzeń krąży po internecie i każdy, kto chce, może go zobaczyć. Ale właśnie – trzeba chcieć. Tym, którzy nie chcą, „prowokacja Stankiewicz” została zaszczepiona w przekazie medialnym. Mało lub wcale nieinteresujący się polityką Polak nie miał szans dowiedzieć się, jak było naprawdę. Metoda jest tak skuteczna, że wielu dziennikarzy nie miało odwagi dopisać się do listy w obronie obrażanej dziennikarki w obawie przed „PiS-owską” etykietką. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy pracując w liberalnych, prorządowych mediach, mieli odwagę w tej oczywistej przecież sprawie wstawić się za dziennikarką i dokumentalistką.

Presstitutes na służbie

Oczywiście taktyka Platformy, aby była skuteczna, potrzebuje nie tylko sprawnych spin doktorów, zdyscyplinowanych, ale też polityków wystarczająco zdemoralizowanych, by kłamać publicznie, wiernie recytujących przekazy dnia z SMS-ów, jakie dostają z partyjnej centrali. Ale trzeba przede wszystkim mediów zaprzęgniętych w służbę PO. Gęganie narracją PO dobiega zewsząd, z każdego głównego kanału TV. Te medialne pluszaki premiera lub, jak dosadnie nazwał ostatnio w swym felietonie Rafał Ziemkiewicz, „zakłamane do podszewki dziennikarskie dziwki” też muszą, podążając za Tuskiem, coraz ordynarniej kłamać. Wciąż i wciąż. Lekkie przerażenie ogarnia więc, gdy się pomyśli, że nawet kiedy pozbędziemy się tej dramatycznie zdemoralizowanej władzy, gdy wreszcie pogonimy tego premiera i jego kolesi z boiska, tamci, te medialne „presstitutes”, jak podsunął mi określenie jeden z internautów, ciągle w mediach będą. Kłamstwo ma w III RP bezpieczną przyszłość.

Tekst opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"