Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego podkreśla jednak, że zapowiedź podwyżek płacy minimalnej stanowi poważne wyzwanie dla przedsiębiorców i państwa.

Podczas sobotniej konwencji programowej Prawa i Sprawiedliwości, zaproponowano m.in. podniesienie pensji minimalnej do 3 tys. zł na koniec 2020 r., a na koniec 2023 r. do 4 tys. zł.

Jak wskazuje ekonomistka, zapowiadane podwyżki "to ogromna zmiana", bo najniższe wynagrodzenie byłoby bowiem powyżej poziomu połowy średniej płacy w gospodarce.

Jak zawsze w ekonomii są dwie strony każdej sytuacji - jest strona, która ponosi koszty i ta, która zyskuje. Ale te interesy mogą zostać pogodzone przy odpowiednio prowadzonej polityce społeczno - gospodarczej 

- mówi Mączyńska-Ziemacka.

Pytanie jest, czy i w jakim stopniu pracodawcy odpowiedzą na to technologiami „pracooszczędnymi”, czyli tym, co u nas niezbyt funkcjonuje. Jesteśmy w ogonie UE, jeśli chodzi o robotyzację i wykorzystanie sztucznej inteligencji. Wyższe płace stają się więc dla pracodawców bodźcem do poszukiwania metod na wyższą innowacyjność

- zauważa ekonomistka.

Jak zauważa, wyższe płace, o ile nie pójdą za tym technologie "pracooszczędne" będą zwiększały koszty, a tych nie można bezkarnie przerzucać na kupujących. „Przedsiębiorcy nie będą inwestować, jeśli nie będzie popytu. Podstawową barierą tego, że przedsiębiorcy - szczególnie prywatni - nie inwestują, są właśnie obawy o popyt” – tłumaczy Mączyńska-Ziemacka.

Wskazuje, że to płace tworzą popyt. „Mało tego, ten popyt generowany jest przez osoby mniej zarabiające, bo to one natychmiast kierują pieniądze na rynek, gdy tymczasem ci lepiej zarabiający kumulują je, przeznaczają na rynek kapitałowy czy spekulacyjny, są już "obkupieni", więc korzyść rynkowa w ich przypadku jest mniejsza” – mówi. W opinii ekonomistki, wzrost płacy minimalnej będzie powodował inny rozkład dochodów, zmniejszenie nierówności, a to z kolei ożywi popyt. "Popyt tworzą masy, a nie najbogatsi" - podkreśla.

Mączyńska-Ziemacka uważa, że plany podniesienia płacy minimalnej mogą być odpowiedzią na sytuację w krajach wysoko rozwiniętych. "Od kilku lat np. w Davos „grzmi się”, że nierówności dochodowe, majątkowe, czy w ogóle nierówności społeczne, to bomba z opóźnionym zapłonem dla krajów wysoko rozwiniętych. Te punkty zapalne już widać, choćby w postaci francuskiego ruchu żółtych kamizelek, czy na protestach w Niemczech, gdzie występuje niska dynamika płac przy jednoczesnym wzroście kosztów życia" - mówi.

Doświadczenia wielu krajów wskazują, że strefy biedy, duże grupy ludzi bardzo mało zarabiających, nie sprzyjają gospodarce. Świat staje przed dylematem nierówności społecznych i nierówności dochodowych. Stąd program 500 plus wzbudził zainteresowanie światowych polityków jako rozwiązanie przeciwdziałające nierównościom

- ocenia.