Bulwersująca historia swój początek miała kilka lat temu, gdy podjęto decyzję o stworzeniu „Systemu Ochrony Terenu Lotniska Chopina w Warszawie opartego na zestawach radarowo-kamerowych”. Idea przedsięwzięcia była jak najbardziej słuszna – poprawa poziomu bezpieczeństwa na największym w Polsce lotnisku. Ale to, co się wydarzyło przy realizacji pomysłu, budzi wiele kontrowersji. Podobnie jak wnioski wyciągnięte przez prokuraturę i sąd. Reporter portalu Niezalezna.pl dotarł do niektórych dokumentów.

W 2012 r. Przedsiębiorstwo Państwowe Porty Lotnicze podpisało ważną umowę. Zgodnie z jej treścią firma „KABE Systemy alarmowe sp. z o.o.” zobowiązała się do zaprojektowania, dostawy, montażu, uruchomienia i przekazania do eksploatacji systemu ochrony opartego na zestawach radarowo-kamerowych. Wartość inwestycji niebagatelna – 5.510.400 złotych brutto. Warunki zaakceptowały obie strony.

Wkrótce jednak pojawiły się problemy. Podczas spotkania przedstawicieli PPL i KABE, które odbyło się na początku kwietnia 2013 r., ujawniono istotne wady systemu stworzone przez wykonawcę.

„Detekcja nie obejmowała całego monitorowanego obszaru” - czytamy chociażby w sądowych dokumentach. 

Pomimo to już następnego dnia ówczesny naczelny dyrektor PPL Michał Marzec podjął decyzję, która stała się „podstawą do wystawienia przez KABE faktury VAT i wypłaty na rzecz ww. spółki kwoty 4.927.3800 zł”. 

W dokumentach znaleźliśmy inną zaskakującą informację:

„Potwierdzona została prawidłowość działania przekazanego do eksploatacji Systemu – choć w załączniku do protokołu odbioru wskazano na niedające się usunąć wady”. 

Reporter portalu Niezalezna.pl zapoznał się z tym protokołem. W załączniku nr 1 (dotyczącym sprawności oraz  funkcjonalności systemu) jest niemal 80 pozycji, wykonanie większości zadań potwierdzono, ale dwa punkty - bez wątpienia należące do kluczowych – oznaczono „x”, czyli nie zostały zrealizowane. Przede wszystkim system nie obejmował monitoringiem 100 procent powierzchni lotniska. Poza tym miał  umożliwiać identyfikację ludzi, zwierząt, pojazdów. 

- Ale nie rozróżniał zwierząt. Wtargnięcie lisa czy sarny wywoływałoby alarm. Do tego uszkodzenie ogrodzenia, przecięcie siatki, zmuszałoby personel do poszukiwania tego miejsca przez pracowników ochrony. Na pieszo, z latarką w ręku, jeśli byłaby to noc. Przecież nie taka była idea systemu, za który zapłacono miliony

- irytuje się osoba znająca kulisy sprawy. 

Z powodu błędów system nie został w pełni wykorzystany. Pomimo to nikt nie poniósł konsekwencji.

Dopiero po zmianie władz w Przedsiębiorstwie Państwowym Porty Lotnicze przeanalizowano dokumentację, zlecono też przeprowadzenie audytu zewnętrznej firmie, a po zgromadzeniu kompletu danych, do prokuratury trafiło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Chodziło o ewentualne wyrządzenie szkody wielkich rozmiarów PPL „poprzez nadużycie udzielonych uprawnień lub niedopełnienie ciążącego obowiązku”, a także „niezapewnienie (…) wbrew obowiązkowi, fizycznej lub technicznej ochrony obszaru, obiektu”.

- System w momencie oddawania do użytkowania nie spełniał wymogów. Posiadał szereg mankamentów i nie powinien być odebrany – podkreśla w rozmowie z Niezalezna.pl Mariusz Szpikowski, obecny dyrektor naczelny Przedsiębiorstwa Państwowego Porty Lotnicze. Zwraca uwagę, że system chociażby generował fałszywe alarmy i nie posiadał niezbędnych częstotliwości radarowych.

Sprawę badała Prokuratura Okręgowa w Warszawie. W trakcie śledztwa (syg. PO IIIDs 87.2017) przeanalizowano ogromną ilość dokumentów, przesłuchano licznych świadków, powołano biegłych. W styczniu 2019 r. wydano decyzję – postępowanie umorzono. Z takim postawieniem nie zgodziło się PPL. Sąd Okręgowy w Warszawie (XIIKp 362/19) przeanalizował argumenty obu stron, a pod koniec kwietnia postanowił „utrzymać w mocy zaskarżone postanowienie”. W uzasadnieniu można znaleźć stwierdzenia zaskakujące:

"Nie sposób przyjąć, aby działanie przedstawicieli Przedsiębiorstwa Państwowego Porty Lotnicze było, z ekonomicznego punktu widzenia, nieuzasadnione oraz by miało na celu spowodowanie szkody w majątku Lotniska Chopina. Odebranie przez Przedsiębiorstwo Państwowe Porty Lotnicze - choć wbrew zapisom umowy, które nakazywały powstrzymanie się z odbiorem przedmiotu umowy w sytuacji stwierdzenia wad nienadających się do usunięcia do czasu ich usunięcia - przedmiotu pierwszej umowy, przy jednoczesnym ustaleniu zasad usunięcia wad w ramach drugiej umowy, było zasadne”.

- Uzasadnienie umorzenia śledztwa i decyzji sądu jest dla mnie absolutnym kuriozum. Sąd przyznaje, że pieniądze zostały wydane, system nie działa, w momencie oddania nie mógł działać, a pomimo to nie uznaje się tego za niegospodarność – mówi nam szef PPL Szpikowski. - To jest poza skalą mojej wyobraźni.

Trzeba zaznaczyć, że z pierwszego śledztwa do odrębnego postępowania wyłączono wątek dotyczący kontroli przeprowadzanej przez funkcjonariuszy Urzędu Lotnictwa Cywilnego na terenie Lotniska Chopina. Sprawa prowadzona jest od ponad półtora roku, ale decyzji brak.

„Postępowanie jest w toku, na etapie gromadzenia materiału dowodowego, prokurator analizuje opinię, która wpłynęła do Prokuratury” - poinformował nas Łukasz Łapczyński, rzecznik PO w Warszawie. Dodaje, że postępowanie prowadzone jest w sprawie, czyli nikomu nie postawiono zarzutów.

Pod protokołem odbioru końcowe ze strony PPL podpisy złożył ówczesny dyrektor naczelny Michał Marzec oraz dyrektor Biura Ochrony Portu Lotniczego im Chopina Sebastian Michalkiewicz. Z tym pierwszym nie udało nam się skontaktować. Z kolei Michalkiewicz przed ponad rokiem mówił „Gazecie Polskiej Codziennie”: „Decyzję o zakupie tego systemu podjęto przed objęciem przeze mnie stanowiska dyrektora biura ochrony”. Dodał, że wdrożeniem i rekomendowaniem systemu zajmowała się w PPL komisja, w której pracach nie uczestniczył.

– Funkcjonowanie tego systemu monitoringu było wielokrotnie kontrolowane przez Urząd Lotnictwa Cywilnego oraz międzynarodowe komisje zajmujące się ochroną lotnictwa cywilnego, które nie zgłaszały zastrzeżeń

– stwierdził Michalkiewicz.