Wszystkie media powinny kierować się w miarę daleko posuniętym obiektywizmem i rzetelnością. Jeśli największe telewizje i radia nie wypełniają tych zobowiązań, powinniśmy reagować - mówi Jarosław Sellin, polityk, poseł PiS, w rozmowie z Dawidem Wildsteinem.

Gdy „Gazeta Polska”, organizacje takie jak Reporterzy bez Granic, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, Kongres Mediów Niezależnych czy Stowarzyszenie Wolnego Słowa radykalnie potępiają zachowanie Stefana Niesiołowskiego wobec Ewy Stankiewicz, widząc w nim atak na fundamenty wolności słowa, prorządowe media, takie jak „Gazeta Wyborcza” czy „Newsweek”, szukają dla posła usprawiedliwień.

Ten podział mnie zadziwia i smuci. Oczekiwałbym od całego środowiska dziennikarskiego zwykłej solidarności. Jestem pewien, że gdyby to poseł PiS-u zachował się analogicznie wobec jakiejś dziennikarki, to oburzenie ze strony obrońców Niesiołowskiego byłoby niesłychane. Nastąpiłaby w pełni uzasadniona próba eliminacji takiego polityka z życia publicznego. Te podwójne standardy mnie martwią, degenerują bowiem przestrzeń medialną.

O czym świadczy ten brak solidarności zawodowej?
Tak zwane mainstreamowe media zaangażowane są w rywalizację polityczną, popierając w zdecydowanej większości obecny układ rządzący. Robią wszystko, aby PiS nie wrócił do władzy, gdyż widzą w tym zagrożenie dla swojej pozycji. Media, które powinny z wielką uwagą obserwować rządzących, od pięciu lat konsekwentnie zajmują się krytyką opozycji i jej lidera. Nie wypełniają swojego podstawowego zadania, czyli kontrolowania rządu.

Często pojawia się argument, np. w wypadku „Gazety Wyborczej” czy TVN, że są to media prywatne. Jak to jest? Czy prywatna firma ma prawo nie dochowywać podstawowych standardów obiektywizmu i rzetelności?
Oczywiście, że nie. Mam taką analogię – czy od prywatnego szewca bądź krawca nie oczekujemy solidnie wykonanych butów i dobrze skrojonego garnituru? Solidność w mediach, w dziennikarstwie, polega na poszukiwaniu prawdy, a nie uciekaniu od niej. Zamiast tego media mainstrea­mowe sprowadziły swoją rolę do wynajdowania kolejnych usprawiedliwień dla błędów i wpadek rządzących.

Czy w ogóle jest sens odróżniać w tym kontekście media prywatne od publicznych? Wszystkie uczestniczą w życiu wspólnoty i w tworzeniu demokracji, będąc elementem sfery publicznej.
Trzeba otwarcie mówić o udziale mediów w sprawowaniu władzy. Ich wpływ na rzeczywistość jest potężny. Slogan o mediach jako „czwartej władzy” można zastąpić stwierdzeniem, że media są czasem wręcz pierwszą władzą pod względem siły rażenia. A jeśli ma się władzę, trzeba ją sprawować odpowiedzialnie. To oznacza poszukiwanie prawdy, nawet tej niewygodnej, rzetelność w opisie rzeczywistości i patrzenie na ręce trzem pozostałym władzom: rządowi, parlamentowi i wymiarowi sprawiedliwości. Z tym niestety nie jest u nas najlepiej.

Jestem blisko związany z Francją. Są tam media lewicowe nienawidzące się ze swoimi prawicowymi odpowiednikami. Ale niewyobrażalna byłaby tam sytuacja, aby część największych mediów bagatelizowała atak posła na dziennikarkę.
To wynika chyba z sympatii do oligarchicznego czy „salonowego” systemu, tak w polityce, jak i w mediach. Jeśli ktoś jest członkiem „salonu”, więcej mu wolno. Dla lewicowo-liberalnej „grupy panującej”, jak to nazywa Jarosław Kaczyński, pluralizm w mediach nie jest stanem pożądanym, chyba że taki „od Żakowskiego do Olejnik i od Olejnik do Lisa”. Pociąg do oligarchicznych czy salonowych układów to zmora całej naszej cywilizacji, jednak w Polsce jest on szczególnie mocny. Te sympatie wynikają ze specyficznej genealogii naszego systemu medialnego. W Polsce dominacja salonu liberalno-lewicowego (oceniałbym jej siłę rażenia na 80 proc. całego potencjału medialnego) nie wynika tylko z ich sprawności i rynkowego sukcesu, ale też z pomocy decyzji administracyjnych. Od 1989 r. większość czasu rządziły różne odmiany opcji lewicowo-liberalnych. To miało wpływ na system przyznawania koncesji w mediach elektronicznych, na decyzje, którym środowiskom oddawać tytuły prasowe odziedziczone po PRL, w których mediach się reklamować. Krótko mówiąc: wrażliwość liberalno-lewicowa w mediach jest silniejsza od konserwatywnej we wszystkich krajach Zachodu, ale skala jej dominacji w Polsce to nie efekt pewnej naturalności tego zjawiska, ale też sumy decyzji administracyjnych państwa. 

Czy to jest także efekt reprodukcji systemu zależności towarzyskich jeszcze z okresu komunizmu?
Być może stwierdzenie, że źródło jest jeszcze z czasów komunizmu, jest zbyt mocne. Jest to raczej ciągła reprodukcja układów zawartych między lewicową częścią solidarnościowej opozycji a częścią reżimu PRL (tzw. reformatorskiego skrzydła PZPR) po Okrągłym Stole. Przez pierwsze 10-lecie widać było, że pupilkiem mediów było środowisko Unii Wolności. Istniało także realne poparcie dla tej części postkomunistów, których twarzą był Aleksander Kwaśniewski. Dziś sympatie te niejako zlały się w poparcie dla Platformy Obywatelskiej, która jest dziedzicem i beneficjentem systemu. Zresztą badania tygodnika „Wprost” już w 2006 r. wykazały, że poparcie dla PO, wówczas jeszcze opozycyjnej, wśród dziennikarzy warszawskich wynosi ponad 70 proc., podczas gdy w całym narodzie uzyskała ona poparcie 24 proc. wyborców. To pokazuje, jak media III RP oderwały się w dużej mierze od społecznej rzeczywistości i są w swoim własnym świecie.

PO rządzi i ma tak potężne poparcie medialne, ponieważ – mimo że jednym z jej haseł jest modernizacja – realnie służy zachowaniu stanu posiadania elit postokrągłostołowych?
Początkowo PO nie miała tego charakteru. Ale można stwierdzić, że na naszych oczach dokonało się coś, co jeden z publicystów przewidywał już kilka lat temu – mianowicie ideowa i środowiskowa „kolonizacja” Platformy przez „Gazetę Wyborczą” i stojące za nią środowiska. „Gazeta Wyborcza”, a nawet bardziej radykalne środowiska lewicowe, jak „Krytyka Polityczna”, narzuciły większości Platformy swój sposób rozumienia spraw publicznych. Platforma stała się w dużej mierze „ich” partią. Z punktu widzenia elit medialnych z okresu transformacji PO gwarantuje petryfikację ich uprzywilejowanego statusu i władzy. W dodatku od 2005 r. metodą polityczną, którą PO zastosowała do zwiększenia swojej popularności (niestety skutecznej), było i jest zohydzanie PiS-u i odbijanie się od skarykaturyzowanego wizerunku prawicowej partii. To współgra z naturalną niechęcią lewicowo-liberalnych mediów do politycznej prawicy. Profity są więc obustronne. Wspólnie wykreowano coś, co Piotr Zaremba nazwał „przemysłem pogardy”. To PO i sprzyjające jej media wykreowały harcowników tego przemysłu, jak Janusz Palikot czy Stefan Niesiołowski. To wszystko niszczy sferę publiczną, ponieważ wspólnota narodowa pęka i w jej miejsce pojawia się plemienna wojna, która praktycznie uniemożliwia dążenie do dobra wspólnego i konsensus wokół narodowych interesów.

Przy dyskusji nad miejscem dla TV Trwam na multipleksie cały czas powracało pytanie o to, czy telewizja ta wypełnia odpowiednie standardy. Odwróćmy perspektywę – na ile media głównego nurtu wypełniają swoje zobowiązania? I, jeśli nie wypełniają, co możemy zrobić?
Jeśli, jak w wypadku naszego polskiego podwórka, nie wypełniają swoich zobowiązań, powinniśmy reagować. Obywatel może skarżyć się bezpośrednio u nadawcy, można też przesyłać skargi do organu nadzorującego media elektroniczne, czyli Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Zawsze do tego zachęcałem. Nawet jeśli wydawać się może, że skuteczność jest znikoma, to sam fakt wysłania skargi zmusza do reakcji. Na przykład fascynujące zjawisko reakcji społecznej na niesprawiedliwe potraktowanie telewizji Trwam (miliony podpisów pod protestami, setki demonstracji nawet w małych miastach) moim zdaniem skończy się zwycięstwem. Powtórzę: zachęcam obywateli do tego typu działań, bo parafrazując stwierdzenie przypisywane Edmundowi Burke’owi – do zwycięstwa zła wystarczy bierność dobrych ludzi.

Bardzo ponuro przedstawił nam Pan kondycję mediów mainstreamu. Jak w tym kontekście widzi Pan rolę tzw. drugiego obiegu, w tym „Gazety Polskiej Codziennie” czy klubów „Gazety Polskiej”?
„Drugi obieg” oceniam bardzo pozytywnie. Jest dowodem, że nasza typowo polska niepokorność w dobrych sprawach wciąż żyje. Rola wasza, mediów „toruńskich”, innych mediów konserwatywnych jest fundamentalna, szczególnie dziś, gdy w systemie, w którym istniejemy, trwa nieformalna cenzura i presja politycznej poprawności. Polskę trawi kryzys demokracji – i tego typu organizacje i media są jedynym sposobem, dzięki którym grupa ciągle wykluczana przez mainstream polityczno-medialny może zaistnieć podmiotowo. Może partycypować w życiu politycznym, publicznym, a Polacy mogą uzyskiwać informacje cenzurowane przez media salonu liberalno-lewicowego. Takie filmy jak m.in. „List z Polski”, „Mgła”, „Przebudzenie” czy „Krzyż”, które obejrzało kilka milionów ludzi nie w telewizjach, ale dzięki „Gazecie Polskiej” i na specjalnie organizowanych spotkaniach, to ważny wyłom w systemie medialnym III RP.