„Won stąd! Won! – słynne już dziś słowa posła Stefana Niesiołowskiego, skierowane do znanej dokumentalistki Ewy Stankiewicz, są kwintesencją dzisiejszego stosunku Platformy do tych mediów, które nie są służalcze wobec rządzącej partii. PO nie robi tego tak prostacko i brutalnie jak były wicemarszałek Sejmu. Niesiołowski wszak odepchnął od siebie kamerę. Wprowadził więc na plac sporu element przemocy fizycznej.

Niech nas nie zwiodą rzekomo ostre słowa Donalda Tuska krytykujące Niesiołowskiego za jego agresję wobec Ewy Stankiewicz. Lider PO postanowił nagle poskromić swojego posła, znanego z tego, że co druga jego wypowiedź publiczna zamienia się w wulkan prymitywnych inwektyw pod adresem nienawistnego mu PiS. Niejedna z wcześniej wygłaszanych opinii posła Niesiołowskiego zasługiwała na potępienie również przez Donalda Tuska. Dla byłego wicemarszałka Sejmu pobłażliwość szefa partii była zachętą, aby wzbogacać język nienawiści o nowe zwroty i wyrażenia. Jednak ich zakres jest ograniczony. Kiedy zabrakło słów, zmuszony był przejść do rękoczynów.

Tusk skrytykował zachowanie Niesiołowskiego po raz pierwszy. Nie łudźmy się, że zrobił to z dobrej woli. Prawdopodobnie ugiął się pod nawałnicą krytyki środowiska dziennikarskiego. Podobnie jak niedawno w sprawie umowy ACTA pod naciskiem internautów.

Czyn łódzkiego profesora potępili solidarnie zarówno dziennikarze patrzący na naszą obecną rzeczywistość bardzo krytycznie, jak i ogromna liczba dziennikarzy nieutożsamiających się z poglądami Ewy Stankiewicz. Tusk nie mógł tego nie zauważyć. Nie mógł też tej masowej obrony dziennikarki zignorować. Wszystko skończy się jednak na pogawędce, nazwanej w oficjalnym komunikacie ostrą reprymendą.

Metody III RP

Tusk przy okazji wprowadza nowy kodeks postępowania w swojej partii. Brzmi on: członkom PO nie wolno reagować nerwowo, „szczególnie wtedy, kiedy rozmówcą jest dziennikarz czy dziennikarka, nawet znany z nieprzychylnych poglądów”. Zapomniał dodać: wobec PO.  

Platforma do ataku na niepokornych dziennikarzy używa subtelniejszych sposobów niż Niesiołowski. Przede wszystkim wykorzystuje instytucje państwowe i będące w ich dyspozycji instrumenty. Ruguje krytyczne wobec rządu media, eliminuje niezależnych dziennikarzy pod różnymi pozorami. Najczęściej używanym argumentem jest troska, by media nie stawały się narzędziem polityki. Pod tym hasłem wprowadza swoje porządki, a z nimi ludzi, którzy już otwarcie, bez retuszu i maskowania, wypełniają polityczne zadania rządzących. Strategia ta – nawet jeśli dla stosujących ją nie do końca jej pochodzenie jest oczywiste – została przeniesiona wprost z bolszewickiego podwórka.

Przemoc większości

Poczucie siły skłania do arogancji i cynizmu. Czarne można spokojnie nazywać białym. Tak jak w wypadku odmowy przyznania koncesji telewizji Trwam na cyfrowym multipleksie. Uzasadnienie KRRiT mówiące, że toruńska telewizja może sobie nie poradzić finansowo, jest kpiną w żywe oczy. Platforma ma w nosie wielotysięczne demonstracje w obronie TV Trwam przed dyskryminacją. Wychodzi z założenia, że nie będzie tolerowała medium, które preferuje inny system wartości, odmienną interpretację wielu wydarzeń, niezgodną z intencjami ekipy władzy. Przykładem całkowitego lekceważenia zdania przeciwników politycznych była postawa przewodniczącej sejmowej komisji kultury Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej podczas lutowego posiedzenia komisji, gdy rozpatrywano sprawę odmowy przyznania koncesji dla TV Trwam. Katarasińska nie dopuściła do głosu żadnego posła PiS. Uzasadniła to tym, że ich wystąpienia zakłóciłyby tok obrad.

Katarasińska od wielu lat odgrywa też rolę tarana atakującego tę część środowiska dziennikarskiego, która wedle wyobrażeń liderów PO stanowi zagrożenie dla tej  partii. Jednocześnie PO już przed laty  uważało niezależnych dziennikarzy za ludzi sprzyjających PiS. I tak traktują ich do dziś.

Media do raportu

Pierwszy atak na niewygodnych dziennikarzy rozpoczął się w czasie, kiedy PO była w opozycji. Jesienią roku 2006 Śledzińska-Katarasińska ogłosiła raport PO „Media publiczne”.

Platforma zarzuciła w nim m.in. upolitycznienie mediów publicznych, obsadę stanowisk kierowniczych bez konkursów, dominację partii rządzącej na antenach, naciski polityków na dziennikarzy. Raport jako sensację podawał honoraria, jakie mieli dostawać za programy radiowe m.in. Dorota Gawryluk, Joanna Lichocka oraz bracia Jacek i Michał Karnowscy. Platforma zarzucała też, że wysokie stanowiska w mediach publicznych stanowią „nagrodę za kampanię wyborczą”, nie są zaś obsadzane według kompetencji.

Dokładniejsza lektura raportu wykazała, że było mu daleko do rzetelności. Zawierał wiele informacji niesprawdzonych, fałszywych. Platforma po kilku miesiącach niemal całkowicie z niego się wycofała. Był on widać do tego stopnia blagą, że dziś nie ma po nim żadnego śladu w internecie. Za to dobrze ma się jego duch.

Czystka

PO skutecznie uderza w niezależność środowiska dziennikarskiego. Usunięto z mediów publicznych wszystkie programy, które krytycznie oceniały to, co w kraju się dzieje, oraz ich autorów. W ostatnim okresie czystek politycznych – bo inaczej tego nazwać nie można – pracę w mediach publicznych stracili: Jacek Sobala, szef radiowej Trójki, a także związani z Trójką Michał Karnowski, Tomasz Sakiewicz, Rafał Ziemkiewicz, w TVP1 Jacek Karnowski, szef „Wiadomości”, Jan Pospieszalski („Warto rozmawiać – przywrócony jako „Bliżej…” pod naciskiem opinii publicznej w TVP Info), Anita Gargas „Misja specjalna”), Bronisław Wildstein („Bronisław Wildstein przedstawia”), Rafał Ziemkiewicz („Antysalon” w TVP Info) i Joanna Lichocka („Forum” w TVP Info, „Kwadrans po ósmej” w TVP1). Wymienieni tu publicyści, ale też wielu innych, od dłuższego czasu nie są zapraszani nawet jako goście do programów w mediach publicznych.

Wydarzenia związane z katastrofą smoleńską nastawiły Platformę jeszcze bardziej wrogo wobec dziesiątków dziennikarzy, zajmujących się tą największą tragedią w powojennej Polsce. Próbujących rozliczyć rząd za wszystko, co do dziś w tej sprawie zrobił. A przede wszystkim za to, czego nie zrobił.