Jeszcze nie widziałam „Legionów”, ale ci, którzy film obejrzeli, zwracają uwagę na wybitne zdjęcia. Mówią, że to uczta dla oka. Jak udało się Panu uzyskać taki efekt?

Przyjęliśmy prostą zasadę, choć trudną do wykonania, że właśnie oko ma się cieszyć. Robienie filmu to kształtowanie energii, a to, co oglądamy, to właśnie sformatowana energia. I ona albo ożywia duszę, albo ją przygasza – cieszy oko lub nie. Nam chodziło o to, by pokazać jasność. Żeby świat w filmie był jasny w świetle duchowym. To się wiąże z tematem filmu. Bo dzięki ukazanym w produkcji wydarzeniom i bohaterom dziś, po 100 latach od odzyskania niepodległości, możemy sobie właśnie o tym porozmawiać. Dlatego zależało mi, żeby ten świat był wart życia i wart śmierci tych ludzi.

W jaki sposób uzyskuje się tę dosłowną jasność?

Chodzi o odpowiednie świecenie, sposób kadrowania, wybór pozycji wobec słońca. Podejście do świata w filmie i chęć przekazania tego widzenia wymusza, determinuje widzenie kamery, wybór obiektywu itp., a nieodwrotnie.

Sceny batalistyczne z „Legionów” były kręcone bez użycia efektów specjalnych. To, co widz zobaczy na ekranie, to są realne wybuchy. Domyślam się, że to utrudnia pracę operatorowi kamery, bo jest mniej dubli.

Tego rodzaju film wymaga solidnego budżetu. Jeśli ma być osiągnięty pewien efekt ekranowy, to budżet musi być większy niż dajmy na to jakiejś komedii romantycznej. Dlatego z dublami nie było problemu. Oczywiście przygotowanie planu po takim wybuchu wymaga zaangażowania wielu osób i czasu.

To dlatego ten film był tak długo realizowany?

Nie. Przerwy wynikały z tego, że filmowa historia dzieje się w ciągu kilku lat, w różnych porach roku. Zatem kręciliśmy w różnych porach roku, co wydłużyło okres zdjęciowy, ale nie samą liczbę dni zdjęciowych. To ma swój sens.

Podczas realizacji scen bitwy pod Kostiuchnówką znaleziono niewybuch z II wojny światowej. Zdjęcia wstrzymano na kilka godzin. Czy były jeszcze jakieś ciekawe historie z planu?

Było mnóstwo ciekawych historii, bo sami aktorzy są ciekawi. Widziałem, jak oni reagowali – młodzi aktorzy, rekonstruktorzy i statyści. Kiedy się pozbywali charakteryzacji, to byli zupełnie inni ludzie.

Rzadko się mówi o statystach...

Bez nich nie udałoby się tego filmu zrobić. To super, że są rekonstruktorzy i mają takie inicjatywy. My kręciliśmy ten film tak, że oni gdzieś ciągle są w kadrze, na drugim czy trzecim planie.

A jak się spisali główni aktorzy?

Wspaniale. Sebastian, Bartek i Wiktoria – oni wszyscy stworzyli świetne portrety. Pracowałem na obiektywie 500 mm, jaki się wykorzystuje niezmiernie rzadko. Kamerą łapałem bliskie plany. I wszystko widziałem w ich oczach. To duża przyjemność, kiedy się siedzi za kamerą i widzi, że tam się coś dzieje, że się wydarza.