Macron prowadzi batalię o ochronę klimatu. Przy okazji obraził prezydenta Brazylii

Zdjęcie ilustracyjne / By Jacques Paquier - Emmanuel Macron, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=79425965

  

Francuscy komentatorzy zastanawiają się, czy wymiana nieżyczliwych wpisów na Twitterze między prezydentami Francji i Brazylii Emmanuelem Macronem i Jairem Bolsonaro na temat pożarów w Amazonii spowoduje energiczniejszą akcję w sprawach środowiska i klimatu.

Na czwartkowe wezwanie prezydenta Francji, by szczyt G7 pilnie zajął się sprawą pożarów w Amazonii, prezydent Brazylii odpowiedział wpisem oskarżającym Macrona o "mentalność kolonizatora" i zarzucającym mu, że "instrumentalizuje wewnętrzny problem Brazylii i innych krajów dorzecza Amazonki".

W odpowiedzi prezydent Francji nazwał swego brazylijskiego odpowiednika "kłamcą", twierdząc, że na czerwcowym spotkaniu G20 w Osace Bolsonaro oszukał go w sprawie swej polityki klimatycznej.

Macron zapowiedział też, że Francja nie może poprzeć układu o wolnym handlu Unii Europejskiej z południowoamerykańskim blokiem Mercosur, w skład którego wchodzi Brazylia.

W piątek wieczorem francuskie media ogłosiły, że Paryż uzyskał "całkowite poparcie” Finlandii, brytyjskiego premiera Borisa Johnsona i przede wszystkim kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Niemiecki rząd sprecyzował jednak, że decyzja prezydenta Francji "nie jest odpowiednią odpowiedzią" na trwające pożary lasów amazońskich. Według Berlina "zerwanie porozumień z Mercosur nie przyczyni się do zmniejszenia wyrębu brazylijskich lasów tropikalnych". Natomiast umowa "zawiera ambitny rozdział na temat zrównoważonego rozwoju i zobowiązujące przepisy w sprawie ochrony klimatu" - zaznaczono.

W komunikacie opublikowanym przez Pałac Elizejski Macron nazwał pożary lasów amazońskich ekologicznym zabójstwem i wezwał uczestników rozpoczynającego się w sobotę szczytu G7 do ratowania "naszego domu, który płonie".

Prezydent wysunął trzy propozycje: zmobilizowanie członków G7 i innych państwa w celu zebrania środków na jak najszybsze zalesienie spalonych terenów; stworzenie potężnych mechanizmów zapobiegania takim pożarom; znalezienie odpowiednich form zarządzania, w które o wiele mocniej niż dotąd włączy się organizacje pozarządowe i ludność tubylczą. Zdaniem Macrona należy też bezwzględnie zatrzymać proces przemysłowego wyrębu lasów.

Francuscy komentatorzy w większości poparli postępowanie swego prezydenta. Zastrzeżenia mają natomiast eksperci, a większość ekologów wciąż oskarża Macrona, G7 i cały Zachód o prowadzenie polityki, której nie da się pogodzić z ekologią.

Komentatorka publicznej telewizji France2 uznała, że "prezydent Bolsonaro otwarcie kpi sobie z Emmanuela Macrona, a głowa (francuskiego) państwa nie należy do tych, którzy pozwalają, by poniżano lub ośmieszano ich zaangażowanie w walkę ekologiczną".

Decyzja o nieratyfikowaniu porozumienia z Mercosur – tłumaczyła dziennikarka – na pewno podoba się opinii publicznej, ponieważ przeczy oskarżeniom, że prezydent jest bardzo ekologiczny w słowach, ale nie w czynach. Zadowoleni z niej będą rolnicy nieprzychylni zniesieniu ograniczeń na produkty rolne, a przede wszystkim, zmieniając porządek obrad G7 w przeddzień szczytu, Macron pokazuje wiodącą rolę Francji – twierdziła komentatorka.

Z kolei wiceszef redakcji tygodnika "Marianne" Franck Dedieu zwrócił uwagę, że

"Bolsonaro jest prezydentem suwerennej Brazylii". "I możemy wydawać nie wiem ile komunikatów i zgłaszać projekty... Jeśli nie zechce, to nic się z miejsca nie ruszy. Wyobraźmy sobie naszą, francuską reakcję, gdyby z zagranicy dawano nam zlecenia, co mamy robić"

- mówił.

Jednocześnie ekolodzy, aktywiści czy organizatorzy antyszczytu G7 oskarżają Macrona o hipokryzję. Jeden z organizatorów antyszczytu Sebastien Bailleul powiedział, że "kolejny raz jego (Macrona) poza nie odpowiada rzeczywistości".

"Pragnie pokazać Francję jako orędowniczkę walki o klimat, a nie przestrzega zobowiązań z porozumień paryskich. Zamiast pouczać innych, dajmy im przykład"

- cytuje aktywistę katolicki dziennik "La Croix".

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, pap

Tagi

Wczytuję komentarze...

„Legiony” – film z prawdziwie ułańską fantazją! „Produkcja to kilka lat intensywnej pracy”

zdjęcie ilustracyjne / twitter.com/gpcodziennie

  

- Nie sądziłem, że produkcja filmu „Legiony” to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku - mówi Maciej Pawlicki, producent i współscenarzysta filmu „Legiony” w rozmowie z Sylwią Kołodyńską.

Na ekrany polskich kin 20 września wchodzi wyczekiwana superprodukcja „Legiony”. Scena Bitwy pod Rokitną z pewnością przejdzie do historii polskiego kina. Co czułeś wtedy na planie filmowym?

Też tak myślę. Czułem to, co szarżujący aktorzy i kaskaderzy, bo przebrałem się w ułański mundur i dwukrotnie przejechałem w tej szarży z wzniesioną szablą, krzycząc "niech żyje Polska!". Naprawdę niesamowite przeżycie! A jako producent czułem po prostu radość, że udało się doprowadzić do realizacji tej sekwencji i widzowie wreszcie zobaczą czym była kiedyś legendarna, a dziś już przecież zapomniana szarża pod Rokitną. Wcale nie wariactwo i straceńczy gest, ale bardzo skuteczna militarna operacja. Szwadron Dunina-Wąsowicza i Topora-Kisielnickiego zdobył cztery linie silnie umocnionych okopów, zginęło 17 ułanów, w tym obaj dowódcy, ale Rosjanie wycofali się, strategiczne zyski były znaczne.

To prawda, że konie potrafiące wykonywać kaskaderskie wyczyny to bardzo drodzy… aktorzy?

Drodzy? Niespecjalnie. Koszty sprzętu, dekoracji, pirotechniki czy całej logistyki są większe. Ale rola koni rzeczywiście kluczowa. Kiedyś realizowało się filmy przewracając konie na tzw. podcinkę, tzn. do przednich nóg konia przywiązane były linki, które jeździec pociągał i koń się wywracał. Zwykle się udawało, ale czasem koń łamał nogę. Teraz wszystkie upadki, jakkolwiek wyglądają upiornie, są rodzajem wyćwiczonego baletu konia i kaskadera. Żadne zwierzę na planie nie ucierpiało.

Legioniści to „garstka dzieciaków kontra trzy imperia”. Brzmi dumnie, ale chyba nie jest łatwo pokazać to w kinie. Co przy realizacji sprawiało Wam największą trudność? 

Problemów było milion, ale praca nad tak dużym filmem oznacza pchanie się w bardzo trudne sytuacje. Wraz ze znakomitą ekipą zawodowców udało się wszystkie problemy rozwiązać, choć oczywiście czasem konieczny jest jakiś drobny kompromis z rzeczywistością. Ale innym razem powstają rzeczy znacznie piękniejsze niż planowaliśmy. Myślę też, że mieliśmy szczególną opiekę Opatrzności, realizując sekwencje pod Rokitną nie mieliśmy środków na resztę filmu, ryzyko było ogromne. A na niemal 50 dni zdjęć plenerowych, deszcz tylko raz pokrzyżował nam plany. Największa trudność? Nie było takiej.

A kiedy jako producent miałeś największą satysfakcję?

Ten czas dopiero, mam nadzieje, nadchodzi. Bo o satysfakcji producenta decyduje jakość filmu i to jak jest odbierany przez widzów. Kiedy autor idei by "Legiony" zrealizować, Adam Borowski, przyszedł do mnie z tym pomysłem, zapaliłem się od razu, choć nie sądziłem, że to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku. Wielką satysfakcją już jest dla mnie efekt pracy reżysera, Darka Gajewskiego. Gdy wpadłem na pomysł by właśnie jemu powierzyć reżyserie, wielu życzliwych próbowało mi to wybić z głowy: ze to świetny reżyser, ale kameralnych filmów, a tu trzeba sterować armią ludzi i spraw, szybko podejmować tysiące decyzji. Ale się uparłem i myślę ze to ja miałem rację.
Mój ulubiony tekst w filmie wypowiada Mirosław Baka grający polskiego oficera, który nakłaniany jest do wejścia w szeregi wojsk wroga. Gdy dostaje do założenia rosyjski mundur, odpowiada - „nie będzie pasował”.

Jest jakiś Twój ulubiony tekst w tym filmie?

Sporo dialogów jest mojego autorstwa (jestem współscenarzystą), ale ten fragment akurat nie. Mój ulubiony dialog to: "Miejsce urodzenia? Polska. - Nie ma takiego miejsca". Bo rzeczywiście nie było. I tak mogło pozostać. Gdyby nie Piłsudski, Kasprzycki, Sosnkowski, Dunin, Topór, Król-Kaszubski i tysiące innych chłopaków i dziewczyn (tak, także dziewczyn), którzy marzyli o własnym, polskim państwie, choć wielu Polakom pogodziło się z losem prowincji imperium i pragnienie polskości i wolnej Polski trzeba było w nich obudzić.

Wśród rekwizytów używanych na planie pojawiły się m.in. autentyczna lornetka rotmistrza Dunin-Wąsowicza, pistolet colt z czasów powstania styczniowego (dziś własność pisarza Waldemara Łysiaka), a także samochód Lorraine-Dietrich z 1913 roku – najstarsze jeżdżące auto w Polsce. Wykazaliście się iście ułańską fantazją.

Po prostu zatrudniliśmy najlepszych specjalistów, w tym także konsultantów historycznych. A amerykańskiego, westernowego colta z autentycznymi grawerowaniami z Matką Boską i nazwami bitew Powstania Styczniowego kupił gdzieś na internetowej aukcji Waldemar Łysiak, a jego syn, Tomasz, główny scenarzysta naszego filmu, wplótł ten niesamowity rekwizyt w fabułę opowieści. Obcowanie z takimi artefaktami daje poczucie pewnej misji. Oni walczyli, a my mamy obowiązek o tej ich walce opowiedzieć. Bo wartości, dla których ryzykowali życie i często je oddawali, są budulcem, najlepszym spoiwem naszej narodowej wspólnoty, siły naszego państwa i przyszłości naszych dzieci.

Takich scen batalistycznych w polskim kinie jeszcze nie było. Słyszałam, że duży nacisk kładliście na to, by było jak najwięcej realnych scen, jak najmniej efektów specjalnych. Słyszałam też takie porównanie, że zużyto przy produkcji tyle materiałów wybuchowych, że można by nimi wysadzić Pałac Kultury. Tak powiedział jeden z aktorów. Ciekawe porównanie (śmiech).

Dziękuję za te słowa, to praca wielu ludzi. Efektów specjalnych jest wiele, ale istotnie duża ich część odbyła się już na planie. Wybuchów mamy sporo, kilka armat, wśród nich strzelające oryginały sprzed stu lat. A Pałacu Stalina nie należy wysadzać, bo pyłu będzie za dużo. Trzeba go spokojnie, metodycznie rozmontować. Gdy będzie wola - to szybka i prosta operacja, która otworzy przed Warszawą możliwość zbudowania najpiękniejszego centrum na świecie. Dopóki monstrualny pomnik komunistycznego mordercy i satrapy wciąż góruje nad Warszawą, Polska nie jest w pełni wolna, bo to znaczy, że nadal pozostaje w nas część mentalności niewolników, którzy łańcuchy i kajdany uznają za fajną biżuterię. Robienie takich filmów jak "Legiony" - o wyrwaniu się spod moskiewskiej dominacji, rozumiem także jako stopniowe rozmontowywanie tych właśnie niewolniczych kompleksów, także jako stopniowy demontaż warszawskiego pomnika Stalina. By otworzyły się nowe możliwości.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Nowe Państwo, niezalezna.pl


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl