„Najadłeś się krabów z Fukushimy!” Na jaw wychodzą szokujące fakty po wybuchu na poligonie w Rosji

/ pixabay.com/CC0/TheDigitalArtist

  

Na jaw wychodzą kolejne fakty związane z wybuchem na poligonie na północy Rosji. Lekarze informowali, że nie wiedzieli, iż mają do czynienia z osobami napromieniowanymi, a kolejne stacje badające stan promieniowania radioaktywnego w tajemniczy sposób zamilkły. Dziś rosyjska redakcja BBC informuje, że z napromieniowanymi kontakt mogło mieć nawet ok. 90 osób.

BBC powołuje się na dwóch pracowników szpitala klinicznego w Archangielsku zaznajomionych z tym, w jaki sposób udzielano pomocy poszkodowanym. Zastrzegli sobie anonimowość.

Z poszkodowanymi kontaktowali się m.in. przedstawiciele służb medycznych, lotniczego pogotowia ratunkowego, lekarze, personel karetek. Nikt z tych 90 osób nie został poinformowany o napromieniowaniu - twierdzą źródła BBC.

Według nich trzech poszkodowanych w wybuchu trafiło do szpitala klinicznego, a kolejnych trzech do szpitala miejskiego, który jest wyposażony w sprzęt do leczenia napromieniowania. Według rozmówców BBC lekarze zdali sobie sprawę z tego, że pacjenci są ofiarami napromieniowania w ciągu godziny od przyjęcia.

Podczas trwającej operacji na miejscu zjawili się kontrolerzy poziomu promieniowania, którzy "w strachu wybiegli z sali operacyjnej" - relacjonował rozmówca portalu Meduza. Później powiedziano lekarzom, że poziom promieniowania beta wykracza poza skalę.

Rozmówca portalu przekazał też, że tego dnia na sali przyjęć, gdzie przywieziono poszkodowanych, byli również inni pacjenci, w tym kobiety w ciąży i nastolatkowie. Salę przyjęć zamknięto dopiero po godzinie od przyjazdu poszkodowanych w wybuchu.

Dzień po zdarzeniu - 9 sierpnia - poszkodowanych przewieziono do Moskwy. Po ich wyjeździe wojskowi przeprowadzili dezaktywację w salach operacyjnych i w sali przyjęć oraz skosili trawę na terytorium szpitala. Również zdemontowano i wywieziono wszystkie radioaktywne przedmioty, w tym wannę, w której myto poszkodowanych, wywieziono odzież rannych i nosze. Część sprzętu, którego nie poddano dezaktywacji, wywieziono ze szpitala wojskową ciężarówką.

"Nasze salowe potrzebowały wskazówek, to proste kobiety ze wsi, chwytały te worki (z przedmiotami) i wynosiły je naręczem, i to nie przez jeden dzień, a przez dwa! A to wszystko promieniuje. Ktoś mógłby chociaż powiedzieć: przestańcie, nie dotykajcie tego"

- mówił rozmówca BBC.

Źródło portalu Meduza utrzymuje, że pracownicy medyczni zostali "oszukani", ponieważ powiedziano im, że przywiezieni do szpitala pacjenci są zdezaktywowani i nie stanowią zagrożenia. Lekarze nie mieli masek ani specjalnej odzieży, szukali naprędce środków ochronnych, na przykład maski znaleziono na wyposażeniu załogi śmigłowców. Wydarzenia w szpitalu rozmówca BBC określił jako "chaos".

Jednemu z lekarzy szpitala, do którego trafili poszkodowani, powiedziano, że stwierdzona w jego organizmie obecność radioaktywnego cezu-137 jest konsekwencją... wyjazdu do Tajlandii.

"Gdzie Tajlandia, tam i Japonia. Po prostu najadłeś się tam 'krabów z Fukushimy'" - usłyszał lekarz podczas badania w państwowym szpitalu im. Awetika Burnaziana w Moskwie, specjalizującym się w leczeniu chorób popromiennych. Powiedział o tym portalowi Meduza jego kolega, który poprosił o nieujawnianie jego tożsamości.

12 sierpnia - cztery dni po zdarzeniu na poligonie - do szpitala przyjechali przedstawiciele ministerstwa zdrowia. Według rozmówcy Meduzy nie zaprzeczali, że lekarze zostali napromieniowani podczas pomagania poszkodowanym i oświadczyli, że zapłacą im za to za nadgodziny - ok. 100 rubli za godzinę (6 zł). Medycy wojskowi, którzy przyjechali na miejsce, nie weszli na oddziały, na które trafiły osoby po wybuchu.

Lekarz obwodu archangielskiego poinformował Meduzę, że wojskowi skonfiskowali całą dokumentację mówiącą o tym, że przywieziono do nich osoby napromieniowane.

Według portalu The Moscow Times Federalna Służba Bezpieczeństwa zmusiła lekarzy do podpisania dokumentu o zachowaniu poufności. Potwierdziły to źródła BBC.

Prezydent Rosji Władimir Putin w środę zapewnił, że wypadek na poligonie pod Siewierodwińskiem na północy Rosji nie stanowi żadnego zagrożenia i poziom promieniowania pozostaje w normie.

Powszechnie uważa się, że na poligonie wybuchł korzystający z nuklearnego źródła energii silnik pocisku manewrującego o prędkości hiperdźwiękowej Buriewiestnik (Skyfall). Rosyjski resort obrony do tej pory tego nie potwierdził.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Politycy KO poszli na zakupy, aby pokazać paragony. I wpadli w pułapkę... Hitem "mortadela włoska"

zdjęcie ilustracyjne / fot. Tomasz Adamowicz/Gazeta Polska

  

Politycy Koalicji Obywatelskiej ruszyli na zakupy i na Twitterze zaczęli chwalić się paragonami w ramach akcji "Stop drożyźnie". Nie wiem co chcieli osiągnąć, ale efekt pewnie ich zaskoczył. Bo internauci szybko wychwycili kilka absurdów.

Politycy Koalicji Obywatelskiej w ramach przedwyborczej kampanii ruszyli do sklepów, a następnie wrzucili na swoich profilach w mediach społecznościowych zdjęcia zakupionych towarów i - co najważniejsze - paragonów. Wszystko to w ramach akcji #StopDrożyźnie, która ma wykazać rzekomy wzrost cen artykułów spożywczych.

W akcji fotografowania paragonów nie obyło się jednak bez pewnych "kwiatków". Była minister edukacji narodowej, Krystyna Szumilas w sobotę poinformowała na Twitterze za "podstawowe zakupy" - i to "bez mięsa, napojów, pieczywa" - zapłaciła blisko 50 złotych.

Internauci szybko dostrzegli, że choć miało być "bez mięsa", to na jednym z paragonów wyraźnie widnieje pozycja "schab wiejski", a ten raczej do nabiału się nie zalicza. Na wpis jednego z internautów że "schab od dziś to nie mięso", posłanka wytłumaczyła, że "to schab pieczony, zamiast szynki do chleba", co niewątpliwie w istotny sposób zmieniło sprawę i schab stracił na "mięsności".

Pozostając w kręgu wyrobów mięsnych, internauci zwrócili uwagę na akcję paragonową w wykonaniu innej parlamentarzystki Koalicji Obywatelskiej, Anny Białkowskiej. Posłanka wrzuciła zdjęcie paragonu na kwotę nieco ponad 200 złotych, gdzie znalazła się między innymi kupowana niemal codziennie przez Polaków włoska mortadela za blisko 45 złotych za kilogram.

Co więcej, twitterowicze domagali się pokazania całego paragonu - za produkty widniejące na zamieszczonym przez posłankę zdjęciu cena wyniosła łącznie nieco ponad 100 złotych.

Paragonami na Twitterze pochwalili się również inni parlamentarzyści KO, m.in. Bogdan Klich czy Arkadiusz Myrcha, który odnosząc się do bliżej nieokreślonej przeszłości westchnął, że "niedawno za takie zakupy płacił 40 zł".

Internauci również wpisu Myrchy nie pozostawili bez komentarza.

Przypomniano też, że "niedawno" 50 złotych można było wykorzystać na zupełnie inne zakupy... 

Chodzi o sprawę kamienicy przy ul. Hożej 25a w Warszawie. 

"Antykwariusz Marek M. nabył roszczenia do połowy Hożej 25a za 500 zł od jednej ze spadkobierczyń dawnych właścicieli. W 2008 r. uzyskał od miasta prawa do tej nieruchomości, wraz z drugą 85-letnią spadkobierczynią, od której potem odkupił jej udział za 50 zł. Następnie doprowadził do usunięcia lokatorów" - pisaliśmy w listopadzie 2017 r. na naszych stronach.

[polecam:https://niezalezna.pl/208790-stoleczni-urzednicy-z-zarzutami-ws-reprywatyzacji-hozej-25]

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Twitter, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl