Szwajcarzy uchronią złotówkę?

/ piviso

  

Obawy o spowolnienie globalnej gospodarki, wzmocnione przez eskalację amerykańsko-chińskiego sporu handlowego, uderzają w polskiego złotego - wskazują stratedzy PKO BP. W ich ocenie decyzje Europejskiego Banku Centralnego oraz polityka monetarna Szwajcarii mogą uchronić złotego przed osłabieniem.

W piątek rano około godz. 6 euro wyceniano na 4,36 zł, dolara na 3,94 zł, frank kosztował 4 zł, a funt 4,82 zł.

Jak wskazuje strateg rynku walutowego PKO BP dr Jarosław Kosaty, "obawy o spowolnienie globalnej gospodarki, wzmacniane przez ostatnią eskalacje amerykańsko-chińskiego sporu handlowego, powodują wzrost zainteresowania tzw. walutami bezpiecznej przystani, na czym cierpią waluty rynków wschodzących, w tym i polski złoty".

Według eksperta te negatywne trendy globalne oddziałują również na złotego, co jest szczególnie widoczne w jego notowaniach wobec franka szwajcarskiego. - Frank jest walutą "bezpiecznej przystani", zarówno na okoliczność gołębich sygnałów wysyłanych przez Europejski Bank Centralny (EBC) w odniesieniu do rychłych perspektyw silniejszego poluzowania polityki monetarnej w Eurolandzie, jak i oczekiwań dalszych cięć stóp procentowych przez Rezerwę Federalną Stanów Zjednoczonych - zaznaczył.

Wskazał również, że "do czynników lokalnych, które dodatkowo negatywnie wpływają na złotego, można również zaliczyć ostatnie wypowiedzi szefa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego, który ponownie przypomniał (poprzednio w lutym) o przestrzeni do ewentualnych obniżek stóp w Polsce w przypadku materializacji scenariusza silniejszego spowolnienia na świecie".

W ocenie Kosatego główne determinanty trendu złotego w ostatnim czasie pochodzą przede wszystkim z zewnątrz. "Silniejsze poluzowanie polityki monetarnej w strefie euro we wrześniu oraz dalsze cięcia stóp w USA powinny, przynajmniej tymczasowo, wspomóc wartość złotego" - wskazał. "Również ewentualnie dostosowanie polityki monetarnej w Szwajcarii (przez Szwajcarski Bank Narodowy SNB), w celu powstrzymania franka przed silniejszą aprecjacją w rezultacie luzowania polityki monetarnej w strefie euro i USA, powinno pomóc kursowi złotego w relacji do szwajcarskiej waluty i utrzymać się poniżej poziomu 4 zł za franka" - przewiduje.

Jak zauważa strateg w Biurze Strategii Rynkowych PKO BP Mirosław Budzicki, czynniki globalne mają również istotny wpływ na spadek rentowności polskich obligacji.

"Pogorszenie perspektyw światowej gospodarki wspiera oczekiwania na luzowanie polityki pieniężnej przez główne banki centralne. W efekcie obserwujemy gwałtowne spadki rentowności Bundów i US Treasuries, które pośrednio wspierają krajowy rynek długu"

- wskazał. "W kraju za spadkiem rentowności przemawia również korzystna sytuacja na rynku pierwotnym i poprawa oceny kredytowej Polski" - dodał.

W opinii eksperta, "w kolejnych tygodniach rentowności 2-letnich obligacji powinny pozostawać stabilne, lekko poniżej 1,50 proc." "Za takim scenariuszem przemawia przede wszystkim prawdopodobne utrzymanie przez NBP stóp procentowych bez zmian w kolejnych latach. Z kolei w przypadku sektora 10 lat notowania mogą jeszcze krótkoterminowo powrócić w pobliże 1,70 proc. -1,80 proc." - podał.

Budzicki zauważa, że "w średnim terminie jednak i tu nie widać potencjału do silniejszej poprawy wycen (...)".

Jak zaznaczył, obserwowany w ostatnich latach spadek kosztu emisji obligacji jest widoczny w rachunkach budżetowych. Dodał, że wpływ ten ma charakter długoterminowy. "W tym kontekście warto zauważyć, że od roku 2015, roczne wydatki z tytułu obsługi długu Skarbu Państwa kształtowały się na poziomie bliskim 30 mld zł. Z kolei od 2015 r. nominalna wartość długu publicznego wzrosła o ponad 10 proc." - podał. "To pokazuje, że mimo wzrostu zadłużenia koszt jego obsługi pozostaje praktycznie bez zmian" - skwitował.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

„Legiony” – film z prawdziwie ułańską fantazją! „Produkcja to kilka lat intensywnej pracy”

zdjęcie ilustracyjne / twitter.com/gpcodziennie

  

- Nie sądziłem, że produkcja filmu „Legiony” to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku - mówi Maciej Pawlicki, producent i współscenarzysta filmu „Legiony” w rozmowie z Sylwią Kołodyńską.

Na ekrany polskich kin 20 września wchodzi wyczekiwana superprodukcja „Legiony”. Scena Bitwy pod Rokitną z pewnością przejdzie do historii polskiego kina. Co czułeś wtedy na planie filmowym?

Też tak myślę. Czułem to, co szarżujący aktorzy i kaskaderzy, bo przebrałem się w ułański mundur i dwukrotnie przejechałem w tej szarży z wzniesioną szablą, krzycząc "niech żyje Polska!". Naprawdę niesamowite przeżycie! A jako producent czułem po prostu radość, że udało się doprowadzić do realizacji tej sekwencji i widzowie wreszcie zobaczą czym była kiedyś legendarna, a dziś już przecież zapomniana szarża pod Rokitną. Wcale nie wariactwo i straceńczy gest, ale bardzo skuteczna militarna operacja. Szwadron Dunina-Wąsowicza i Topora-Kisielnickiego zdobył cztery linie silnie umocnionych okopów, zginęło 17 ułanów, w tym obaj dowódcy, ale Rosjanie wycofali się, strategiczne zyski były znaczne.

To prawda, że konie potrafiące wykonywać kaskaderskie wyczyny to bardzo drodzy… aktorzy?

Drodzy? Niespecjalnie. Koszty sprzętu, dekoracji, pirotechniki czy całej logistyki są większe. Ale rola koni rzeczywiście kluczowa. Kiedyś realizowało się filmy przewracając konie na tzw. podcinkę, tzn. do przednich nóg konia przywiązane były linki, które jeździec pociągał i koń się wywracał. Zwykle się udawało, ale czasem koń łamał nogę. Teraz wszystkie upadki, jakkolwiek wyglądają upiornie, są rodzajem wyćwiczonego baletu konia i kaskadera. Żadne zwierzę na planie nie ucierpiało.

Legioniści to „garstka dzieciaków kontra trzy imperia”. Brzmi dumnie, ale chyba nie jest łatwo pokazać to w kinie. Co przy realizacji sprawiało Wam największą trudność? 

Problemów było milion, ale praca nad tak dużym filmem oznacza pchanie się w bardzo trudne sytuacje. Wraz ze znakomitą ekipą zawodowców udało się wszystkie problemy rozwiązać, choć oczywiście czasem konieczny jest jakiś drobny kompromis z rzeczywistością. Ale innym razem powstają rzeczy znacznie piękniejsze niż planowaliśmy. Myślę też, że mieliśmy szczególną opiekę Opatrzności, realizując sekwencje pod Rokitną nie mieliśmy środków na resztę filmu, ryzyko było ogromne. A na niemal 50 dni zdjęć plenerowych, deszcz tylko raz pokrzyżował nam plany. Największa trudność? Nie było takiej.

A kiedy jako producent miałeś największą satysfakcję?

Ten czas dopiero, mam nadzieje, nadchodzi. Bo o satysfakcji producenta decyduje jakość filmu i to jak jest odbierany przez widzów. Kiedy autor idei by "Legiony" zrealizować, Adam Borowski, przyszedł do mnie z tym pomysłem, zapaliłem się od razu, choć nie sądziłem, że to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku. Wielką satysfakcją już jest dla mnie efekt pracy reżysera, Darka Gajewskiego. Gdy wpadłem na pomysł by właśnie jemu powierzyć reżyserie, wielu życzliwych próbowało mi to wybić z głowy: ze to świetny reżyser, ale kameralnych filmów, a tu trzeba sterować armią ludzi i spraw, szybko podejmować tysiące decyzji. Ale się uparłem i myślę ze to ja miałem rację.
Mój ulubiony tekst w filmie wypowiada Mirosław Baka grający polskiego oficera, który nakłaniany jest do wejścia w szeregi wojsk wroga. Gdy dostaje do założenia rosyjski mundur, odpowiada - „nie będzie pasował”.

Jest jakiś Twój ulubiony tekst w tym filmie?

Sporo dialogów jest mojego autorstwa (jestem współscenarzystą), ale ten fragment akurat nie. Mój ulubiony dialog to: "Miejsce urodzenia? Polska. - Nie ma takiego miejsca". Bo rzeczywiście nie było. I tak mogło pozostać. Gdyby nie Piłsudski, Kasprzycki, Sosnkowski, Dunin, Topór, Król-Kaszubski i tysiące innych chłopaków i dziewczyn (tak, także dziewczyn), którzy marzyli o własnym, polskim państwie, choć wielu Polakom pogodziło się z losem prowincji imperium i pragnienie polskości i wolnej Polski trzeba było w nich obudzić.

Wśród rekwizytów używanych na planie pojawiły się m.in. autentyczna lornetka rotmistrza Dunin-Wąsowicza, pistolet colt z czasów powstania styczniowego (dziś własność pisarza Waldemara Łysiaka), a także samochód Lorraine-Dietrich z 1913 roku – najstarsze jeżdżące auto w Polsce. Wykazaliście się iście ułańską fantazją.

Po prostu zatrudniliśmy najlepszych specjalistów, w tym także konsultantów historycznych. A amerykańskiego, westernowego colta z autentycznymi grawerowaniami z Matką Boską i nazwami bitew Powstania Styczniowego kupił gdzieś na internetowej aukcji Waldemar Łysiak, a jego syn, Tomasz, główny scenarzysta naszego filmu, wplótł ten niesamowity rekwizyt w fabułę opowieści. Obcowanie z takimi artefaktami daje poczucie pewnej misji. Oni walczyli, a my mamy obowiązek o tej ich walce opowiedzieć. Bo wartości, dla których ryzykowali życie i często je oddawali, są budulcem, najlepszym spoiwem naszej narodowej wspólnoty, siły naszego państwa i przyszłości naszych dzieci.

Takich scen batalistycznych w polskim kinie jeszcze nie było. Słyszałam, że duży nacisk kładliście na to, by było jak najwięcej realnych scen, jak najmniej efektów specjalnych. Słyszałam też takie porównanie, że zużyto przy produkcji tyle materiałów wybuchowych, że można by nimi wysadzić Pałac Kultury. Tak powiedział jeden z aktorów. Ciekawe porównanie (śmiech).

Dziękuję za te słowa, to praca wielu ludzi. Efektów specjalnych jest wiele, ale istotnie duża ich część odbyła się już na planie. Wybuchów mamy sporo, kilka armat, wśród nich strzelające oryginały sprzed stu lat. A Pałacu Stalina nie należy wysadzać, bo pyłu będzie za dużo. Trzeba go spokojnie, metodycznie rozmontować. Gdy będzie wola - to szybka i prosta operacja, która otworzy przed Warszawą możliwość zbudowania najpiękniejszego centrum na świecie. Dopóki monstrualny pomnik komunistycznego mordercy i satrapy wciąż góruje nad Warszawą, Polska nie jest w pełni wolna, bo to znaczy, że nadal pozostaje w nas część mentalności niewolników, którzy łańcuchy i kajdany uznają za fajną biżuterię. Robienie takich filmów jak "Legiony" - o wyrwaniu się spod moskiewskiej dominacji, rozumiem także jako stopniowe rozmontowywanie tych właśnie niewolniczych kompleksów, także jako stopniowy demontaż warszawskiego pomnika Stalina. By otworzyły się nowe możliwości.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Nowe Państwo, niezalezna.pl


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl