Kiedy prokurator krajowy - grany przez wspomnianego Macieja Stuhra - odbiera na początku filmu telefon od ministra, meldując mu gotowość do pracy przy rozwikłaniu zagadki napadu na bank, widz może łudzić się, że scenariusz będzie miał drugie dno, a cała fabuła zostanie poprowadzona zgrabnie i sensownie. Niestety, już po kilku minutach na ekran wkrada się nuda, która dusi film do samego końca i nieudanej puenty. W "Na bank się uda" za dużo jest wątków, puzzli kompletnie niepotrzebnych, nijak niepasujących do siebie, nietworzących choćby namiastki całości. Polityczna waga historii, zasygnalizowana na samym starcie, nie jest w zasadzie w ogóle wyjaśniona, ale koniec końców nie tylko pasjonaci polityki przyszli na ten film do kina, więc może po prostu film jest niezły? Nic z tego.

Nie broni się przede wszystkim sama historia kryminalna. Trzech nestorów - zagranych przez duże nazwiska polskiego kina (Marian Dziędziel, Lech Dyblik, Adam Ferency) - przeprowadza dość dziwny napad na bank, dając się złapać po złamaniu skomplikowanych kodów bezpieczeństwa. Prokuratorowi Wojciechowi Słocie nie udaje się znaleźć wspólnego mianownika w ich wersjach zdarzenia, bezradni okazują się też technicy i informatycy pracujący dla państwa. W tle Jakubowski stara się zainteresować widza sugestią, że ten na pozór bezsensowny napad mógł być odpowiedzią na presję ze strony mafii, próbą wykreowania manifestu antysystemowego, wreszcie - jakąś formą odpowiedzi na machlojki urzędników i polityków, ale te w teorii ciekawe tropy nie prowadzą donikąd. A nawet jeśli się to zdarza (raczej na zasadzie wyjątku potwierdzającego regułę), to w sposób kompletnie nieatrakcyjny, szarpany i wyzuty z emocji. Postać hakera odgrywanego przez Józefa Pawłowskiego budzi nieco sympatii, ale na litość - gdyby to miała być deska ratunku dla tej produkcji, to szybciej szalupy te znajdziemy w telenowelach, bez potrzeby wychodzenia do kina. 

"Na bank się uda" ma świetnie zorganizowaną akcję promocyjną, ale koniec końców nie potrafi obronić się na ekranie, a widz ma prawo poczuć się rozczarowany, jeśli nie oszukany. By osiągnąć choćby elementarny sukces, nie wystarczy namówić niezłych aktorów, okraszając ich wysiłki (skądinąd średnio udane w tym filmie, bo postaci bywają, niestety, zbyt często przerysowane i niewiarygodne) przebojami, jakie każdy z nas musi nucić pod nosem z powodu częstotliwości ich puszczania w rozgłośniach radiowych. Jakubowski męczy się w tym filmie, razem z nim widzowie, a grymas zniecierpliwienia widać nawet u Stuhra, którego entuzjazm wyparowuje z każdą kolejną sceną. Niestety, twórcom nie udało się stworzyć choćby średniej produkcji, a widzowie, którzy dadzą filmowi szansę, na bank stracą półtorej godziny. Nie warto. 

Ocena: 3/10