Ciężkie czasy dla kasyn

zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com/Free-Photos

  

Kasyna w stanie Nowy Jork, mające w założeniu być lukratywnym biznesem dla właścicieli i źródłem dochodów dla władz stanowych, przeżywają ostatnio ciężkie czasy. Kłopoty nie ominęły salonów gry także w innych częściach Ameryki; wciąż jednak otwierane są nowe.

Początkowo kasyna - uważane za "jaskinie hazardu" - były prowadzone przez przedstawicieli rdzennych plemion indiańskich. W poszukiwaniu funduszy, a także nowych sposobów finansowania różnych programów, władze stanowe przystały z czasem na budowę nie-indiańskich kasyn na terytoriach podległych ich jurysdykcji.

W stanie Nowy Jork miało to pomóc m.in. w ożywieniu regionu górskiego wokół pasma Catskills. Z punktu widzenia właścicieli był to jednak w dużym stopniu niewypał.

Resorts World Catskills (RWC) traci według dziennika "New York Times" od momentu otwarcia kasyna w lutym 2018 r. Nie dopisuje mu frekwencja, a właściciele muszą spłacać ogromne pożyczki. Straty liczone w wielu dziesiątkach milionów dolarów sprawiły, że RWC stoi dziś w obliczu bankructwa.

Zyski osłabia nasycenie rynku. Zanim Nowy Jork zdecydował się na własne kasyna, Indianie posiadali już pięć swoich. Były też tzw. Racinos Racino, łączące tor wyścigowy z kasynem.

Jeśli chodzi o Nowy Jork, w niektórych przypadkach hazard jest ograniczony do automatów. Sporo miejsc oferuje jednak gry stołowe, jak blackjack, poker i ruletka. Władze stanowe zgodziły się już na obstawianie zawodów sportowych, ale wciąż nie zezwalają na zakłady on-line.

Z powodu rosnącej konkurencji profit się kurczy. Dotyczy to nie tylko kasyn nowojorskich. Mekka hazardu popadła w tarapaty w całej Ameryce.

"Kiedy miałeś tylko jedno kasyno w każdym stanie, było wspaniałe. Teraz jest jak na wojnie" – przekonywał cytowany przez "NYT" Alan Woinski, analityk i konsultant branży hazardowej.

Gubernator stanu Nowy Jork, Andrew Cuomo broni decyzji o rozwoju kasyn - upatruje w tym sposobu na szybkie i bezbolesne tworzenie miejsc pracy.

"Powołaliśmy kasyna w stanie Nowy Jork, nie dlatego, że był to najwspanialszy przemysł na świecie, ale dlatego, że gospodarka stanu cierpiała przez dziesięciolecia"

– uzasadniał w jednym z wywiadów radiowych gubernator.

Urzędnicy w stolicy stanu Nowy Jork, Albany, mówią o 171 mln dolarów z opłat licencyjnych, którymi cztery nowe kasyna zasiliły kasę władz stanowych i lokalnych. Wskazują też na dodatkowe fundusze płynące z podatków.

Przedstawiciele zarządów niektórych kasyn przyznają, że jeśli nawet władzom i lokalnym społecznościom hazard przynosi korzyści, to nie dotyczy to ich właścicieli.

Dyrektor generalny Rush Street, prowadzącej Rivers Casino w Schenectady, Greg Carlin argumentuje, że przychody są poniżej pierwotnych oczekiwań, a koszty wyższe niż spodziewane. "Nie był to sukces z punktu widzenia właścicieli, ani inwestorów" - podkreśla.

Aby sprostać wyzwaniom kasyna starają się być elastyczne w swej strategii. Usiłują dostosować się do przewidywanych potrzeb klientów w swych okolicach. I tak Resorts World postanowił zbudować salon gier wideo w gęsto zaludnionym powiecie Orange w pobliżu Nowego Jorku. Jednocześnie zamknął Racino nie przynoszące wystarczających zysków w Monticello. Z kolei właściciele Racino w Aqueduct Racetrack i Yonkers Raceway sugerują, że mogą szybko przekształcić swoją działalność w pełne kasyna.

Inni mają nadzieję, że władze Nowego Jorku wyrażą zgodę na mobilne obstawianie zawodów sportowych - przy użyciu nawet telefonów komórkowych.

Sztucznie ogranicza się też szanse na wygraną. Stanowa Komisja Gier w Nowym Jorku (NYSGC) pozytywnie odniosła się np. do postulatu Empire Resorts o zmniejszenie wymaganej liczby automatów do gry, co podnosi dochody kasyn. NYSGC ma sfinansować niezależne badanie branży kasyn, w tym potencjalnego rynku dla maksymalnie trzech nowych. Niektórzy analitycy wyrażają jednak wątpliwości czy zlokalizowanie ich w górnej, północnej części stanu ma sens. Zwracają uwagę na fakt, że w pobliżu nie ma dużych, liczących ponad milion mieszkańców miast.

Wciąż zaostrza się walka o klienta. Pod koniec czerwca powstało duże kasyno w niedalekim Bostonie w Massachusetts. W sierpniu w Springfield, w tym samym stanie, otworzyło podwoje kolejne kasyno.

Jednocześnie obserwatorzy dostrzegają przyhamowanie pędu do hazardu u wielu potencjalnych graczy, wśród których było wiele osób starszych. Zauważył to także Janusz Skowron, który pracuje od lat z polonijnymi seniorami.

"Jeszcze kilkanaście lat temu seniorzy kuszeni byli do odwiedzania kasyn np. w Atlantic City lub indiańskich w Conneticut tanimi czy bezpłatnymi autobusami. Uczestnicy wyjazdów dostawali darmowe kupony do gry i tanie posiłki. Teraz i kupony i szansa na wygraną są mniejsze. Entuzjazm do wyjazdów osłabł"

– powiedział Skowron.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl,


Wczytuję komentarze...

„Legiony” – film z prawdziwie ułańską fantazją! „Produkcja to kilka lat intensywnej pracy”

zdjęcie ilustracyjne / twitter.com/gpcodziennie

  

- Nie sądziłem, że produkcja filmu „Legiony” to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku - mówi Maciej Pawlicki, producent i współscenarzysta filmu „Legiony” w rozmowie z Sylwią Kołodyńską.

Na ekrany polskich kin 20 września wchodzi wyczekiwana superprodukcja „Legiony”. Scena Bitwy pod Rokitną z pewnością przejdzie do historii polskiego kina. Co czułeś wtedy na planie filmowym?

Też tak myślę. Czułem to, co szarżujący aktorzy i kaskaderzy, bo przebrałem się w ułański mundur i dwukrotnie przejechałem w tej szarży z wzniesioną szablą, krzycząc "niech żyje Polska!". Naprawdę niesamowite przeżycie! A jako producent czułem po prostu radość, że udało się doprowadzić do realizacji tej sekwencji i widzowie wreszcie zobaczą czym była kiedyś legendarna, a dziś już przecież zapomniana szarża pod Rokitną. Wcale nie wariactwo i straceńczy gest, ale bardzo skuteczna militarna operacja. Szwadron Dunina-Wąsowicza i Topora-Kisielnickiego zdobył cztery linie silnie umocnionych okopów, zginęło 17 ułanów, w tym obaj dowódcy, ale Rosjanie wycofali się, strategiczne zyski były znaczne.

To prawda, że konie potrafiące wykonywać kaskaderskie wyczyny to bardzo drodzy… aktorzy?

Drodzy? Niespecjalnie. Koszty sprzętu, dekoracji, pirotechniki czy całej logistyki są większe. Ale rola koni rzeczywiście kluczowa. Kiedyś realizowało się filmy przewracając konie na tzw. podcinkę, tzn. do przednich nóg konia przywiązane były linki, które jeździec pociągał i koń się wywracał. Zwykle się udawało, ale czasem koń łamał nogę. Teraz wszystkie upadki, jakkolwiek wyglądają upiornie, są rodzajem wyćwiczonego baletu konia i kaskadera. Żadne zwierzę na planie nie ucierpiało.

Legioniści to „garstka dzieciaków kontra trzy imperia”. Brzmi dumnie, ale chyba nie jest łatwo pokazać to w kinie. Co przy realizacji sprawiało Wam największą trudność? 

Problemów było milion, ale praca nad tak dużym filmem oznacza pchanie się w bardzo trudne sytuacje. Wraz ze znakomitą ekipą zawodowców udało się wszystkie problemy rozwiązać, choć oczywiście czasem konieczny jest jakiś drobny kompromis z rzeczywistością. Ale innym razem powstają rzeczy znacznie piękniejsze niż planowaliśmy. Myślę też, że mieliśmy szczególną opiekę Opatrzności, realizując sekwencje pod Rokitną nie mieliśmy środków na resztę filmu, ryzyko było ogromne. A na niemal 50 dni zdjęć plenerowych, deszcz tylko raz pokrzyżował nam plany. Największa trudność? Nie było takiej.

A kiedy jako producent miałeś największą satysfakcję?

Ten czas dopiero, mam nadzieje, nadchodzi. Bo o satysfakcji producenta decyduje jakość filmu i to jak jest odbierany przez widzów. Kiedy autor idei by "Legiony" zrealizować, Adam Borowski, przyszedł do mnie z tym pomysłem, zapaliłem się od razu, choć nie sądziłem, że to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku. Wielką satysfakcją już jest dla mnie efekt pracy reżysera, Darka Gajewskiego. Gdy wpadłem na pomysł by właśnie jemu powierzyć reżyserie, wielu życzliwych próbowało mi to wybić z głowy: ze to świetny reżyser, ale kameralnych filmów, a tu trzeba sterować armią ludzi i spraw, szybko podejmować tysiące decyzji. Ale się uparłem i myślę ze to ja miałem rację.
Mój ulubiony tekst w filmie wypowiada Mirosław Baka grający polskiego oficera, który nakłaniany jest do wejścia w szeregi wojsk wroga. Gdy dostaje do założenia rosyjski mundur, odpowiada - „nie będzie pasował”.

Jest jakiś Twój ulubiony tekst w tym filmie?

Sporo dialogów jest mojego autorstwa (jestem współscenarzystą), ale ten fragment akurat nie. Mój ulubiony dialog to: "Miejsce urodzenia? Polska. - Nie ma takiego miejsca". Bo rzeczywiście nie było. I tak mogło pozostać. Gdyby nie Piłsudski, Kasprzycki, Sosnkowski, Dunin, Topór, Król-Kaszubski i tysiące innych chłopaków i dziewczyn (tak, także dziewczyn), którzy marzyli o własnym, polskim państwie, choć wielu Polakom pogodziło się z losem prowincji imperium i pragnienie polskości i wolnej Polski trzeba było w nich obudzić.

Wśród rekwizytów używanych na planie pojawiły się m.in. autentyczna lornetka rotmistrza Dunin-Wąsowicza, pistolet colt z czasów powstania styczniowego (dziś własność pisarza Waldemara Łysiaka), a także samochód Lorraine-Dietrich z 1913 roku – najstarsze jeżdżące auto w Polsce. Wykazaliście się iście ułańską fantazją.

Po prostu zatrudniliśmy najlepszych specjalistów, w tym także konsultantów historycznych. A amerykańskiego, westernowego colta z autentycznymi grawerowaniami z Matką Boską i nazwami bitew Powstania Styczniowego kupił gdzieś na internetowej aukcji Waldemar Łysiak, a jego syn, Tomasz, główny scenarzysta naszego filmu, wplótł ten niesamowity rekwizyt w fabułę opowieści. Obcowanie z takimi artefaktami daje poczucie pewnej misji. Oni walczyli, a my mamy obowiązek o tej ich walce opowiedzieć. Bo wartości, dla których ryzykowali życie i często je oddawali, są budulcem, najlepszym spoiwem naszej narodowej wspólnoty, siły naszego państwa i przyszłości naszych dzieci.

Takich scen batalistycznych w polskim kinie jeszcze nie było. Słyszałam, że duży nacisk kładliście na to, by było jak najwięcej realnych scen, jak najmniej efektów specjalnych. Słyszałam też takie porównanie, że zużyto przy produkcji tyle materiałów wybuchowych, że można by nimi wysadzić Pałac Kultury. Tak powiedział jeden z aktorów. Ciekawe porównanie (śmiech).

Dziękuję za te słowa, to praca wielu ludzi. Efektów specjalnych jest wiele, ale istotnie duża ich część odbyła się już na planie. Wybuchów mamy sporo, kilka armat, wśród nich strzelające oryginały sprzed stu lat. A Pałacu Stalina nie należy wysadzać, bo pyłu będzie za dużo. Trzeba go spokojnie, metodycznie rozmontować. Gdy będzie wola - to szybka i prosta operacja, która otworzy przed Warszawą możliwość zbudowania najpiękniejszego centrum na świecie. Dopóki monstrualny pomnik komunistycznego mordercy i satrapy wciąż góruje nad Warszawą, Polska nie jest w pełni wolna, bo to znaczy, że nadal pozostaje w nas część mentalności niewolników, którzy łańcuchy i kajdany uznają za fajną biżuterię. Robienie takich filmów jak "Legiony" - o wyrwaniu się spod moskiewskiej dominacji, rozumiem także jako stopniowe rozmontowywanie tych właśnie niewolniczych kompleksów, także jako stopniowy demontaż warszawskiego pomnika Stalina. By otworzyły się nowe możliwości.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Nowe Państwo, niezalezna.pl


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl