„Niesiołowski zaatakował Ewę Stankiewicz? No i co z tego. Przecież to dla niego normalne”. Widzę wzruszenie ramion części dziennikarzy. „Czemu się dziwić – Niesioł jaki jest, każdy widzi”, „Człowiek o zszarganych nerwach” – powiedzą inni. „Może skończyły się mu tabletki”.

Kamera Ewy uchwyciła też zachowania posłów Platformy. Reakcje są dokładnie w tym duchu. Pytania zadawane przez dziennikarkę spokojnym, grzecznym tonem koleżanka klubowa Niesiołowskiego nazywa prowokacją. Potem odciąga go, gdy dostaje furii. Inny kolega z PO zasłania ręką obiektyw.

Reżyserka opisuje także reakcję ekipy TVP. Gdy poseł już nie tylko uderzył w obiektyw, ale przeszedł do rękoczynów – zaczął szarpać i odpychać Ewę – reporter telewizji publicznej opuścił kamerę i przestał filmować zajście. W internetowym komentarzu napisałem, że czekam na reakcje dziennikarzy głównych stacji telewizyjnych, szczególnie tych, którzy robili ogólnonarodową aferę ze słów „spieprzaj dziadu” i wyli z oburzenia, gdy podczas pielgrzymki Radia Maryja jeden z uczestników popchnął kogoś z ekipy Polsatu.

Długo nie musiałem czekać. Opis brutalnego ataku posła PO na dziennikarkę „Wyborcza” opatrzyła wdzięcznym tytułem „Polowanie na Niesioła”. Kolejne doniesienia w portalach stosują klasyczny manewr odwracania kota ogonem. „To wybryk młokosa”, czytam, sądząc, że ktoś tak ocenia furię Niesiołowskiego. A jednak nie, to słowa prezydenckiego ministra Nałęcza w odniesieniu do posła PiS-u, gdy ten, komentując agresję byłego marszałka, powiedział, że nie ma dlań miejsca w demokratycznej polityce.

W wielu relacjach z ataku przywołano obszerny fragment ze słowami Jarosława Kaczyńskiego o Hitlerze i oskarżenie Palikota w stosunku do związkowców o agresję wobec jego ludzi. Na jednym z portali natychmiast pojawił się obszerny, apologetyczny życiorys Niesiołowskiego – bohaterskiego opozycjonisty – profesora od owadów, barwnej postaci polskiej polityki. Potem wywiad, w którym prowadzący skwapliwie spisuje kolejny stek wyzwisk Niesiołowskiego pod adresem Ewy Stankiewicz i innych dziennikarzy i w ogóle na to nie reaguje, jakby nic się nie stało...

Dla większości mediów winni są związkowcy, Kaczyński, a najbardziej sama Stankiewicz.

Opuszczona kamera reportera TVP przypomina mi zachowanie dziennikarzy w Charkowie, gdy przed laty pijany Aleksander Kwaśniewski – aspirujący dziś na jednym z portali do miana „moralnego przywódcy Polaków”– bełkotał, chwiejąc się na nogach. Wtedy z akredytowanych 18 reporterów jedynie Maria Przełomiec relacjonowała, że prezydent zachowuje się „dziwnie”. Inni zdążyli opuścić kamery lub filmowali korony drzew.

Bo przecież nie wolno polować na władzę (chyba że jest nią PiS). W Polsce media były i są od tego, żeby chronić rządzących przed rozwydrzonym społeczeństwem. Ten straszny lud już nie wie, czego chce. Zachciało się im emerytur na starość, żądają telewizji z Torunia, chcą dzieci uczyć historii – niedoczekanie! Najpierw domagają się autostrad, a jak rząd pozwolił budować, to teraz żądają za pracę pieniędzy. Szczytem wszystkiego jest to, że nie chcą wierzyć w raport Anodiny. A jeszcze w ich imieniu na niewinnych ludzi polują wścibscy dziennikarze prowokatorzy.

Czekam, aż „Wyborcza” zorganizuje komitet pokrzywdzonych przez prowokatorów. Otwierać go powinien oczywiście Niesiołowski, potem Ryszard Cyba, Edmund Klich, posłanka Beata Sawicka, Miro – zwany niekiedy „Białym Nosem” – Rychu, słynny szkoleniowiec, senator Misiak, minister Mucha ze swoim fryzjerem. Coś mi się wydaje, że z każdym dniem lista będzie coraz dłuższa.