Lewica żąda przeprowadzki do Berlina

Zdjęcie ilustracyjne / pxhere.com/creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/

  

Choć od upadku muru berlińskiego mija 30 lat, ministerstwa federalne i podległe im urzędy mają też siedziby w dawnej siedzibie rządu RFN - Bonn . Coraz większa troska Niemców o klimat skłania ich do żądania, by przenieść całość administracji do Berlina.

W czasach istnienia dwóch państw niemieckich siedzibą rządu RFN było Bonn w Nadrenii Północnej-Westfalii. Po zjednoczeniu, żeby złagodzić straty materialne związane z przeniesieniem Bundestagu i rządu do Berlina, przyjęto w 1994 roku tzw. ustawę Berlin/Bonn. Gwarantuje ona, że każde ministerstwo ma dwie siedziby. Dla sześciu z nich dawna stolica jest wciąż kwaterą główną. Zgodnie z regulacjami w Bonn miała pozostać też większość miejsc pracy administracji rządowej. Obecnie proporcje się zmieniły - 60 proc. personelu ministerstw pracuje w Berlinie.

Podział ten od dawna był kwestionowany, ale w tym tygodniu debata rozgorzała z nieoczekiwaną mocą. Dzięki opublikowanym przez rząd danym okazało się bowiem, jak wiele podróży samolotowych muszą odbywać urzędnicy, którzy kursują między dwoma miastami. W ubiegłym roku było to 229 116 wewnątrzkrajowych lotów służbowych. I to w momencie, kiedy zarówno opozycyjni Zieloni, jak i współrządząca SPD domagają się ograniczenia podróży samolotami.

Frakcja partii Zielonych w Bundestagu opracowała nawet plan działań, które mają sprawić, że do 2035 roku większość połączeń krajowych oferowanych przez linie lotnicze stanie się zbędna. Podkreślono szkodliwy wpływ transportu lotniczego na środowisko. Projekt przewiduje przede wszystkim zwiększenie atrakcyjności kolei oraz wprowadzenie i podwyższanie podatku na paliwo lotnicze.

Przedstawiciele niemieckich socjaldemokratów i partii Lewica domagają się w związku z tym przeprowadzki do Berlina.

"Pełne połączenie siedzib byłoby właściwe nie tylko ze względu na szkody dla klimatu, których można by było uniknąć" - oświadczył w czwartek burmistrz Berlina Michael Mueller (SPD). "Wpłynęłoby to również pozytywnie na efektywność pracy urzędników"

- przekonywał.

Jego partyjny kolega, poseł do Bundestagu Sebastian Kahrs, chce zostawić w Bonn jedynie Ministerstwo Pomocy Rozwojowej, ponieważ w dawnej stolicy swoją niemiecką siedzibę ma ONZ.

Szef frakcji Lewicy w Bundestagu Dietmar Bartsch też żąda przeprowadzki ze względów "gospodarczych, społecznych i klimatycznych".

Również większość Niemców jest za takim rozwiązaniem. Według sondażu z kwietnia opowiada się za tym 55 proc. obywateli RFN. Przeciw - 27 proc. W samej Nadrenii Północnej-Westfalii zwolenników przeprowadzki jest więcej niż przeciwników: odpowiednio 47 proc. i 36 proc.

Chadecy z kolei przestrzegają przed pochopnymi decyzjami. "Jestem za szybkimi pociągami, ale nie za pośpiechem" - oznajmił wiceprzewodniczący frakcji CDU/CSU w Bundestagu Andreas Jung. Jego zdaniem należałoby lepiej wykorzystać możliwości, jakie oferuje cyfryzacja.

Wtóruje mu rzecznik klubu parlamentarnego liberalnej FDP Lukas Koehler.

"To całkowicie bez sensu, by w cyfrowej erze latać tam i z powrotem między Berlinem a Bonn, żeby wziąć udział w zebraniu. Wideokonferencja zazwyczaj w zupełności wystarcza. Chroni to środowisko, ale też nerwy pracowników, którzy nie są wystawieni na stres związany z podróżą"

- argumentuje.

Przeciwny przeprowadzce jest też lokalny rząd Nadrenii Północnej-Westfalii (CDU-FDP), którego zdaniem "przegrzany rynek mieszkaniowy Berlina nie poradziłby sobie z tysiącami urzędników i ich rodzinami".

Najbardziej zaskakujący sprzeciw wychodzi jednak od Zielonych, którzy postulują ograniczenie podróży lotniczych. Według przewodniczącego partii Roberta Habecka, istnienie dwóch centrów administracyjnych, to element "polityki strukturalnej".

"Do powszechnej praktyki należy zakładanie instytucji badawczych czy uniwersytetów w regionach, które potrzebują wsparcia w rozwoju" - mówił polityk w piątek.

W kwestii przeprowadzki urzędów z Bonn do Berlina nic nie jest rozstrzygnięte, poza tym, że - jak uważają komentatorzy - będzie to kolejna linia politycznego konfliktu.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Dorota Kania UJAWNIA: Skąd Kwaśniewscy mają miliony?

Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy / Fotomag/Gazeta Polska

  

Willa w Kazimierzu Dolnym należała nieformalnie do Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich – to, co do tej pory wiedzieliśmy w oparciu o fragmentaryczne dowody i poszlaki, potwierdziły niezbicie usystematyzowane materiały CBA. Ich zawartość pokazuje sieć powiązań, próby ominięcia prawa i poczucie bezkarności głównych bohaterów. Ale to nie wszystko – jak ustaliła „Gazeta Polska”, w związku z tą sprawą pojawiły się dowody dotyczące majątku byłej pary prezydenckiej. Dochody, które nie mają pokrycia w oficjalnych przychodach. Śledztwo dotyczy m.in. prania brudnych pieniędzy.

Gościem Doroty Kani w programie „Koniec systemu” na antenie Telewizji Republika był poseł PiS, prof. Przemysław Czarnek. Rozmowa dotyczyła przedstawionej w programie, a także w najnowszym numerze „Gazety Polskiej”, sprawy tzw. willi Kwaśniewskich w Kazimierzu.

Pytany o to, czy prokuratura, ujawniając materiał dowodowy, faktycznie złamała prawo – jak sugeruje część polityków opozycji - stwierdza jednoznacznie, że nic takiego nie miało miejsca.
 
Prawa nie złamano. Co do tego, czy to za wcześnie, to kwestia bardziej taktyki procesowej i taktyki prokuratury, niż przepisów prawa. Przepisy prawa jednoznacznie pozwalają prokuraturze na ujawnienie materiałów, tym bardziej jeżeli występuje interes społeczny. Nie byłoby ujawnienia tego materiału dowodowego, gdyby nie rewelacje byłego agenta CBA, Tomasza Kaczmarka, który stwierdził, że całe śledztwo ws. willi Kwaśniewskich było pod naciskiem ówczesnego szefa CBA, Mariusza Kamińskiego. Według Kaczmarka, wszystkie te zarzuty wobec państwa Kwaśniewskich, dotyczące nielegalnego posiadania willi w Kazimierzu oraz nielegalności środków finansowych, za którą nabyli tę willę, są efektem wyłącznie nacisków Mariusza Kamińskiego. Ujawnienie materiałów dowodowych ma przekonać i jednoznacznie przekonuje społeczeństwo, że w tej sprawie nie mamy nacisków
- tłumaczył poseł Przemysław Czarnek.
 
Polityk przekonuje, że sprawa, która miała miejsce 15 lat temu „powinna jak najszybciej mieć swój finał, aby rozwiać wszelkie wątpliwości”.

Materiały, które znamy dotychczas, dla przeciętnego obywatela nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Rozmowy, które znaliśmy wcześniej, śp. premiera Józefa Oleksego z Aleksandrem Gudzowatym są druzgocące dla państwa Kwaśniewskich. Wyłania się z nich obraz świata mafijnego.
- zwraca uwagę poseł Przemysław Czarnek.
 
Dorota Kania biorąc pod lupę majątek Kwaśniewskich zwraca szczególną uwagę na zaskakującą grypserę byłej pierwszej damy Jolanty Kwaśniewskiej. Czym jest „garaż”, „buty”, „zmniejszenie dziurek” i „szewc”? Odpowiedź w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.
[https://niezalezna.pl/311584-w-najnowszym-numerze-gp-izajasz-jeremiasz-i-ezechiel-w-sluzbie-pis]

 Jest to także infantylne, bo każdy, kto to czyta, wie od początku, o co chodzi. Ukrywanie się za „zielonymi butami” pokazuje, że sytuacja jest jednoznaczna.
- kwituje poseł Czarnek.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, Telewizja Republika, Gazeta Polska

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts