„To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” – słynne zdanie Neila Armstronga na Księżycu to jeden z przykładów na to, jak bardzo tamto wydarzenie z 20 lipca 1969 roku wpłynęło na naszą kulturę. Słowa Armstronga weszły na stałe do słownika najważniejszych bon motów wypowiedzianych w naszych dziejów przez słynne postaci – równoprawne do „Przyjdź i weź” Leonidasa, czy „Kości zostały rzucone” Juliusza Cezara. Notabene zdanie astronauty do dzisiaj budzi kontrowersje i dyskusje – czy Neil powiedział „a man” (w rozumieniu jednej osoby, jednego człowieka), czy też samo „man” bez „a”, nadając słowu sens „Człowiek” jako gatunek. Liczba odniesień kulturowych jeśli chodzi o lądowanie na Księżycu jest tak olbrzymia, że zapełniła by całe biblioteki – i to zarówno jeśli chodzi o dawne dzieła (legenda o Twardowskim, czy powieść Juliusza Verne’a o podróży na Księżyc) aż po dużo późniejsze. Świat wyobrażeń, mitów, filmów, seriali, prozy science-fiction czy piosenek miesza się tu z rzeczywistością, z niej wypływa, ale też na nią wpływa, czyniąc z lądowania Człowieka na Księżycu jedno z najważniejszych wydarzeń w historii rodzaju ludzkiego. I to niezależnie od tego, iż dziesiątki miliardów dolarów jakie wydano na kosmiczne programy wcale nie przyniosły takich zysków z punktu widzenia zdobyczy nauki, jak się spodziewano – a przynajmniej wielu tak twierdzi, sugerując, iż tak olbrzymie kwoty inwestowane w inne dziedziny naukowe przyniosłyby bardziej przełomowe odkrycia. Może jednak najważniejsze co uzyskaliśmy to coś, co nie przelicza się na dolary? Coś, co wiąże się z naszym, ludzkim, pragnieniem dotknięcia tego, co nie dotykalne i nieznane, z naszym poszukiwaniem absolutu? Pragnieniem docierania do granic, szukania tego co Piękne i Prawdziwe? W tym znaczeniu misja Apollo 11 była niejako takim wyciągnięciem ręki przez całą Ludzkość w stronę Tego Co Nieskończone. (...) 

A walka o to, kto stanie pierwszy na srebrnym globie trwała już przed wylotem. Wiadomo było, że z trójki Neil Armstrong, Buzz Aldrin i Michael Collins, na orbicie księżycowej w module dowodzenia „Columbia” pozostanie Collins, gdyż… jest najbardziej doświadczony. Innymi słowy najlepszy z nich miał pozostać na orbicie – bo to on miał ich wszystkich sprowadzić z powrotem na Ziemię. A sam przecież w związku z tym czuł „niesprawiedliwość losu” – on ma oto najlepsze doświadczenie i umiejętności, a „konfitury” będzie wyjadał kto inny. Bo przecież uwaga całej ludzkości będzie skupiona na tym, który pierwszy postawi stopę w księżycowym pyle. O to trwały zakulisowe przepychanki, a pełną intryg rozgrywkę wygrał Armstrong. Ponoć z tego względu niemalże nie ma zdjęć Neila z Księżyca  – Aldrin miał mu ponoć nie robić fotek z czystej zazdrości. Jedyny wizerunek Armstronga w trakcie misji znamy z… odbicia w kasku Buzza. (...)

Wielu z tych, którzy byli na Księżycu doświadczyło niezwykłych duchowych przeżyć. Michael Collins zachował w pamięci poczucie przerażającej samotności, gdy szybował pod drugiej stronie srebrnego globu, odcięty od kontaktu z Ziemią. Miał się czuć najsamotniejszym człowiekiem na świecie od czasów Adama. Z kolei Edgar Mitchell, z czwartej misji (Apollo 14), której celem było lądowanie ziemskim satelicie twierdził, iż doznał niezwykłego kontaktu z kosmicznymi siłami, z jakąś Mocą kryjącą się nieskończonych przestworzach. Było to coś mistycznego, coś co zmieniło go duchowo. Podobnie było z Buzzem. Po powrocie nie udźwignął sławy – z astronautów zrobiono gwiazdy, za którymi dziewczęta uganiały się jak za Beatlesami. Rozpił się. Potem jednak doznał łaski trzeźwości. Już jako trzeźwy człowiek, w roku 1986, trafił do Polski. Wracał z Moskwy, gdzie nie do końca udanie wyszło spotkanie z sowieckimi kosmonautami, którzy mieli się za lepszych. W Warszawie spędził jakiś czas, spotykając się także z Polakami, którym udało się pokonać alkoholizm i trwać w trzeźwości. Od nich wiem, co opowiadał na spotkaniach. Mówił między innymi o lęku. I o tym, że na Księżycu najbardziej dojmujące, przerażające, było poczucie absolutnej pustki, jaka roztacza się wokół człowieka. Brak atmosfery powoduje, iż nawet mrok jest „pusty”. To poczucie kontaktu z absolutną pustką było najgorszym przeżyciem w jego życiu. A potem dodał coś, co i dla mnie osobiście, stało się jednym z najważniejszych zdań – że właśnie tak, jak astronauta w przestrzeni, kosmicznej czuje się człowiek pozbawiony wiary w Boga. Bo wokół niego jest tylko pustka. Nicość. I lęk. A Bóg daje Nadzieję. Jego można się trzymać nawet czterysta tysięcy kilometrów od własnego domu. Za tę opowieść dziękuję Buzzowi Aldrinowi – „Na koniec świata i jeszcze dalej!”.

Cały artykuł do przeczytania w tygodniku Gazeta Polska