"Pavarotti" - Ikona muzyki operowej na wielkim ekranie

Luciano Pavarotti, / youtube.com/printscreen

  

Śpiewał z Carrerasem, Domingo, Zucchero i Bono, wypełniał stadiony i najważniejsze sale koncetowe; zarzucano mu romans z popkulturą. 2 sierpnia na ekrany kin wejdzie dokumentalny film "Pavarotti" w reżyserii laureata Oscara Rona Howarda.

W filmie Howarda jest scena, w której Luciano Pavarotti mówi, że chciałby być zapamiętany jako śpiewak, "który wyszedł z operą do ludzi". Krytyk muzyczna Dorota Kozińska stwierdziła, że Pavarotti był "archetypem Włocha". "Kochał życie, gotował, jeździł konno, skutecznie angażował się w akcje charytatywne, starał się ze wszystkimi utrzymywać dobre stosunki" - tłumaczyła. Jej zdaniem "nie ci, którzy pokazują, że wszystko jest pięknie, że są szczęśliwi, mają zawsze więcej odbiorców. Pavarotti w wyrafinowane rejony się nie zapuszczał i to zdecydowanie przysparzało mu popularności" - wyjaśniła. "To był taki swój chłop" - dodała.

Kozińska przyznaje jednak, że "Pavarotti dysponował pięknym, lekkim tenorem o charakterystycznej, jasnej barwie - jakby miał w głosie światełko". Miał niesamowitą lekkość śpiewania, przechodził swobodnie między rejestrami, słynne "wysokie c" nie sprawiało mu żadnych trudności. Pavarotti świetnie posługiwał się włoską techniką bel canto, estetycznie był zanurzony w XIX w.

"Był urodzonym talentem, ale w młodości miał problemy z głosem - guzki na więzadłach głosowych. Potem ktoś dobrze ustawił mu głos, dzięki czemu był bardzo świadom, jak się nim posługiwać. Publiczność kocha takie potężne głosy".

Zdaniem Kozińskiej, Pavarotti "nie był jednak wielkim interpretatorem". "Z punktu widzenia rzemiosła muzycznego nie był najlepszy na świecie. Przez całe życie miał kłopoty z czytaniem nut, długo uczył się na pamięć" - mówiła.

Ron Howard (autor m.in. oscarowego "Pięknego umysłu") naświetla rodzinną sytuację śpiewaka, ale nie próbuje za wszelką cenę szukać jego ciemnych stron. Tym bardziej, że nie bardzo jest czego szukać. Współpracownicy artysty mówili wielokrotnie o jego niełatwym charakterze, o tym, że stworzone przez siebie koncepcje ról uważał za bezdyskusyjnie najlepsze i narzucał je dyrygentom, czasem wszczynając awantury.

W jednej z rozmów z PAP krytyk muzyczny Bogusław Kaczyński przypomniał, że "Pavarotti spopularyzował operę, występując na masowych koncertach w plenerze, organizowanych na stadionach i w parkach, np. w Hyde Parku w Londynie czy Central Parku w Nowym Jorku". Za jego tezą przemawia fakt, że pierwszy koncert Trzech Tenorów (tria, w którym oprócz Pavarottiego występował Jose Carreras i Placido Domingo), odbył się 7 lipca 1990 r. w Termach Karakalli w Rzymie z okazji finału piłkarskiego Mundialu. Koncert ten można zobaczyć w dokumencie Howarda. Trio występowało również np. na starym Stadionie Wembley w Londynie, w Madison Square Garden w Nowym Jorku, pod Wieżą Eiffla w Paryżu, na stadionie Camp Nou w Barcelonie. Przyciągało na swe koncerty takie same tłumy, jak gwiazdy pop - Depeche Mode albo U2.

Zdaniem Kozińskiej "inicjatywa 'Trzech tenorów', aby ściągnąć jak najwięcej ludzi do opery i rozkochać ich w sztuce operowej, była szczytna", ale "Pavarotti nie tyle przyciągnął ludzi do prawdziwej opery, ile ściągnął operę pod strzechy i przyczynił się do popularności półamatorów, jak Andrea Boccelli. Bez Pavarottiego przedsięwzięcia z pogranicza klasyki i muzyki popularnej nie byłyby tak rozpowszechnione".

Kolejnym krokiem, który przybliżył szerokiemu gronu odbiorców operę, były telewizyjne transmisje spektakli. W 1977 r. zapoczątkowano cykl "Live from The MET", przedstawienia emitowano na żywo w sieci PBS. Pierwszą operą w tym cyklu była "La Boheme" Giaccomo Pucciniego, w której wystąpił m.in. Pavarotti. W filmie wykorzystano fragment wywiadu, który amerykański aktor Tony Randall przeprowadził z Pavarottim przed tym przedstawieniem.

Według Kozińskiej tenor wiedział, o co chodzi w świecie biznesu. "Wykorzystał bardzo dobrze swój największy atut, czyli uwielbienie tłumów. Dlatego angażował się w rozmaite przedsięwzięcia od 'Trzech Tenorów' poprzez śpiewanie z Celine Dion, Deep Purple, innymi rockmanami. To mocno przyczyniło się do rozkwitu jego popularności". Pavarotti współpracował też z menedżerem i organizatorem koncertów muzyki rozrywkowej Harveyem Goldsmithem. W filmie Goldsmith opowiada, że kiedy jedna z gwiazd zrezygnowała z zaplanowanego dawno występu, zlecił swoim pracownikom znalezienie kogoś, kto ją zastąpi. Jeden z nich pokazał mu w gazecie artykuł o Pavarottim. Goldsmith zadzwonił do agenta śpiewaka - Herberta Breslina, który odłożył słuchawkę. Menedżer wysyłał mu oferty faksem, aż w końcu jedna z nich spodobała się Breslinowi. Zorganizowali koncert Pavarottiego, na który wszystkie bilety zostały wyprzedane.

Kolejną inicjatywą śpiewaka były koncerty charytatywne "Pavarotti and Friends". Zapraszał na nie gwiazdy muzyki rozrywkowej m.in. Erica Claptona, Celine Dion, Eltona Johna, Stevie'ego Wondera. W filmie wypowiada się Bono, którego Pavarotti zmusił do występu i napisania piosenki "Miss Sarajevo". Opowiadał, że słynny tenor miał trudności ze skontaktowaniem się z wokalistą U2, więc zaprzyjaźnił się z jego gosposią i przez nią dotarł do Bono. Potem kobieta ponaglała muzyka - np. podając obiad, pytała "napisał pan już coś dla Pavarottiego"? Kiedy Bono w końcu napisał "Miss Sarajevo", śpiewak usilnie namawiał go na występ na koncercie "Pavarotti and Friends". Bono tłumaczył się sesją nagraniową, ale nieustępliwy Włoch nie dawał za wygraną. Pavarotti przyleciał do niego do Dublina, przyszedł do studia z ekipą filmową i przed kamerami zapytał, czy wystąpi na koncercie. Bono opowiadał, że w takiej sytuacji nie mógł odmówić.

Za swój romans z muzyką rozrywkową Pavarotti był krytykowany w mediach. Już po śmierci tenora watykański dziennik "L'Osservatore Romano" napisał w tytule wspomnienia o Pavarottim: "nadzwyczajny śpiewak operowy, porwany przez syreny popularnego sukcesu". W opinii gazety artysta zaczął "poszukiwać sukcesu" w 1992 r. od duetu z Zucchero.

"Puszczona w ruch machina biznesu wchłonęła muzykę" - podsumowuje 46-letnią karierę tenora gazeta. Według niej, "wielu wielbicieli chce pamiętać Pavarottiego jako wielkiego śpiewaka, którym był przez co najmniej dwa dziesięciolecia". Jednak zdaniem autora artykułu nadzwyczajny tenor dał się "ponieść popularności".

"Cyklon Pavarotti był symbolem muzyki operowej, która nakłada koronę popu oraz symbolem opery dla wszystkich" - podał dziennik "La Repubblica".

Kaczyński w wywiadzie udzielonym "Gościowi Niedzielnemu" powiedział, że fakt, że Pavarotti "występował z artystami, którzy reprezentują inne gatunki sztuki, inne formacje muzyczne, dowodzi, że był człowiekiem rozumiejącym czas i chciał nadążyć za tym czasem. Nie chciał zostawać tylko w zamkniętej, dusznej sali operowej, ale zależało mu na tym, żeby jak największej liczbie widzów pokazać piękno swojego głosu i urok swojego talentu".

Według Kozińskiej Pavarotti okazał się ostatecznie fenomenalnym śpiewakiem, ale nie operowym, lecz popularnym, a ściślej mówiąc, z pogranicza. Jej zdaniem "wybrał tę ścieżkę ze szczerego serca i z pełnym przekonaniem". "Nie zrobił tego dla pieniędzy, tylko dlatego, że uważał to za słuszny wybór" - dodała.

Urodzony w 1935 r. w Modenie, Pavarotti karierę występując w 1961 r. jako Rudolf w "Cyganerii" Pucciniego. Już w dwa lata później występował w najsłynniejszych teatrach operowych świata m.in w La Scali i Metropolitan Opera. Specjalizował się w repertuarze bel canto, szczególnie w operach Belliniego, Donizettiego, Rossiniego i Verdiego. Zmarł 6 września 2007 r. w rodzinnym mieście.

Film "Pavarotti" Rona Howarda (twórcy m.in. "Pięknego umysłu", "Apollo 13", "Kodu da Vinci") wchodzi do kin 2 sierpnia. Wcześniej film można obejrzeć na pokazach przedpremierowych.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl,


Wczytuję komentarze...

Sugerowała, że Grodzki chciał łapówki. Będzie miała kłopoty

/ Adrian Grycuk [CC BY-SA 3.0 pl (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/pl/deed.en)]

  

Rektor Uniwersytetu Szczecińskiego skierował sprawę wypowiedzi prof. Agnieszki Popieli na temat marszałka Senatu prof. Tomasza Grodzkiego do rzecznika dyscyplinarnego ds. nauczycieli akademickich – poinformowała w poniedziałek p.o. rzeczniczki prasowej uczelni Karolina Płotnicka-Błach.

Chodzi o facebookowy wpis mający sugerować, że marszałek Senatu prof. Tomasz Grodzki w przeszłości uzależniał wykonanie operacji umierającej matki prof. Popieli od wpłaty 500 dolarów.

"W związku z wypowiedziami prof. Agnieszki Popieli, o których w ostatnich dniach informują media, Rektor (prof. Edward Włodarczyk) oświadcza, że nie wyrażają one poglądów społeczności akademickiej Uniwersytetu Szczecińskiego"

– przekazała w komunikacie p.o. rzeczniczki prasowej uczelni Karolina Płotnicka-Błach.

Zaznaczyła, że celem uniwersytetu, zgodnie z jego statutem, jest "rozwój kultury społecznego dialogu"; "w tym duchu uprawiamy naukę i kształcimy studentów". Uczelnia – jak czytamy w komunikacie – "przywiązuje najwyższą wagę do współkształtowania standardów moralnych obowiązujących w życiu publicznym", o czym stanowi preambuła do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce.

"W związku z możliwym naruszeniem art. 275, ust. 1 tejże ustawy Rektor postanowił skierować sprawę wypowiedzi prof. Agnieszki Popieli do rzecznika dyscyplinarnego ds. nauczycieli akademickich"

– poinformowała Płotnicka-Błach.

Chodzi o wpis na facebookowym profilu prof. Agnieszki Popieli z Katedry Botaniki i Ochrony Przyrody Uniwersytetu Szczecińskiego:

"Masakra. Pan profesor Grodzki kandydatem na Marszałka Senatu. Jak moja Mama umierała, to trzeba było dać 500 dolarów za operację. Podobno na czasopisma medyczne. Faktury ani rachunku nie dostałam. Nigdy tego nie zapomnę".

W rozmowie z portalem wp.pl Grodzki zaprzeczył tym oskarżeniom. "Nie pamiętam żadnego kontaktu z autorką wpisu. Kategorycznie i stanowczo zaprzeczam, bym domagał się pieniędzy za operację. Wpłaty na działającą poza szpitalem fundację na rzecz transplantologii są absolutnie dobrowolne" - powiedział w rozmowie z portalem wp.pl Grodzki.

Według oświadczenia przekazanego w piątek  w imieniu marszałka Senatu przez mec. Jacek Dubois, prof. Tomasz Grodzki "stanowczo i jednoznacznie zaprzecza tego rodzaju twierdzeniom i wskazuje, że nigdy od nikogo nie żądał i nie uzależniał wykonania żadnych czynności medycznych, w tym operacji matki Pani Prof. dr hab. Agnieszki Popieli ani innych pacjentów od zapłaty jakiejkolwiek kwoty".

Mec. Dubois w oświadczeniu poinformował ponadto, że w związku z rozpowszechnianiem tych nieprawdziwych i zniesławiających informacji Tomasz Grodzki udzielił mu pełnomocnictwa do podjęcia koniecznych kroków prawnych w zakresie ochrony jego dóbr osobistych w przypadku powtarzania tego typu twierdzeń. Adwokat przekazał również, że jego klient nie będzie więcej komentował tej sprawy.

W piątek prof. Popiela napisała na Twitterze:

"Szanowni Państwo. Bardzo dziękuję za wsparcie tym z Państwa, którzy okazali mi zaufanie. Jest słowo przeciwko słowu. Wiele lat minęło. Sprawa pozostaje w sumieniu Pana Marszałka i moim. Bóg rozsądzi, jak przyjdzie na nas pora".

Prof. Popiela poinformowała też na Twitterze, zwracając się do dziennikarzy, że nie będzie na razie komentowała sprawy.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl