Unijna gra o podział stanowisk

  

Ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego dały bezprecedensowy wynik, który spowodował zacięcie się zwyczajowych procedur podziału stanowisk w Unii Europejskiej. Tradycyjny mechanizm uzgodnień politycznych między dwiema dominującymi dotąd frakcjami PE – Europejską Partią Ludową (EPP) oraz Postępowym Sojuszem Socjalistów i Demokratów (S&D) – wobec strat wyborczych obu tych ugrupowań okazał się niewydolny. 

Próba podjęcia decyzji w pozatraktatowym gremium przywódców Niemiec, Francji, Hiszpanii i Holandii, którzy spotkali się przy okazji szczytu G20 w Osace (28–29 czerwca), okazała się nie do wdrożenia. To początek nowej epoki.

Koniec duopolu EPP-S&D

Skończyła się dominacja EPP i S&D. Pierwsza frakcja straciła 38 mandatów (zdobyła 179, czyli 23,83 proc., w stosunku do posiadanych dotąd 217, czyli 28,9 proc.), a druga 34 mandaty (ma 153, czyli 20,37 proc., a miała 187 – 24,9 proc.). Obie te frakcje, posiadające dotąd łącznie 53,8 proc. mandatów, miały większość bezwzględną w PE. Obecnie połączone głosy EPP oraz S&D dają jedynie 44,2 proc. Zmusza to do poszukiwania innej konfiguracji większościowego sojuszu.

Trzecia co do wielkości frakcja w PE – Sojusz Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (ALDE&R) – odniosła sukces, zdobywając 105 mandatów (13,98 proc.) wobec posiadanych dotąd 68 mandatów (9,1 proc.). Stało się tak wskutek załamania się tradycyjnej struktury partyjnej we Francji w wyborach narodowych w 2017 r. Widoczna wówczas marginalizacja starych partii francuskich (gaullistów i socjalistów) i triumf La République En Marche! Emmanuela Macrona wyraźnie wpłynęły na obecny wynik wyborów europejskich nad Sekwaną. Erozja poparcia dla La République En Marche! (protest żółtych kamizelek) nie przywróciła żywotności ani gaullistom, ani socjalistom. Partia Macrona (21 mandatów) przegrała więc wprawdzie ze Zjednoczeniem Narodowym Marine Le Pen (22 mandaty), ale wchodząc do ALDE jako siła nieistniejąca dotąd w PE, spowodowała wzrost potencjału tej frakcji i jednocześnie wymusiła zmianę jej nazwy na Renew Europe (Odnowienie Europy) w celu zatarcia jej liberalnego charakteru, nieakceptowalnego przez część wyborców Macrona. Wzrost znaczenia tej frakcji i jej niezbędność w układaniu większości w PE wobec załamania się dominacji duopolu EPP-S&D spowodował sukces wizerunkowy Macrona w postaci wypromowania kandydatury Christine Lagarde na stanowisko szefowej Europejskiego Banku Centralnego i przedstawiciela frakcji Renew Europe, byłego premiera Belgii Charles’a Michela na szefa Rady Europejskiej.

Macron bardzo potrzebował tego sukcesu po porażce w starciu z Le Pen i po fiasku swojego projektu federalizacji UE poprzez wyodrębnienie z niej Unii pierwszej prędkości, zbudowanej wokół strefy euro. Istotą tego pomysłu było uwspólnotowienie przyszłych długów eurogrupy, co miało oznaczać przyjęcie przez podatników niemieckich odpowiedzialności za przyszłe długi Francji. Był to oczywiście pomysł zupełnie nierealistyczny, gdyż każdy polityk niemiecki, który by go poparł, przegrałby wybory. Uzyskanie stanowiska szefowej EBC dla Francuzki, uchodzącej z racji braku wykształcenia ekonomicznego za niekompetentną, i stanowiska szefa RE dla Belga przykrywa obie porażki i wzmacnia politycznie Macrona na scenie wewnątrzfrancuskiej. Ta jednak będzie się zapewne dalej destabilizowała wobec niezdolności obecnych elit do rozwiązania głównych problemów kraju (rosnącego zadłużenia sięgającego 106 proc. PKB i fiaska integracji imigrantów).

Kres absolutnej dominacji Niemiec

Dominacja duopolu EPP-S&D miała drugie dno. W obu tych frakcjach dominowały bowiem Niemcy. CDU/CSU w EPP, a SPD w S&D. CDU/CSU zachowała swoją dominację w EPP, choć zmniejszyła jej skalę. (29 mandatów, czyli 16,5 proc. posłów EPP, wobec dotychczasowych 34 mandatów – 15,6 proc.). Oznacza to kontynuację promowania przez EPP interesów niemieckich w UE. Jednak ponieważ do większości w PE trzeba dokooptować co najmniej jednego dodatkowego partnera, tort do podziału dla polityków EPP się skurczył. W tej sytuacji decyzja Merkel o wysunięciu kandydatury Fransa Timmermansa z S&D na stanowisko szefa Komisji Europejskiej wywołała bunt części rodziny politycznej EPP. To chadecja wygrała wybory do PE i oddanie najbardziej prestiżowego stanowiska socjalistom, i to w sytuacji niedoboru stanowisk do podziału, okazało się politycznie niewykonalne.

Przetarg był tym trudniejszy, że druga co do wielkości S&D – także zdominowana dotąd przez Niemców, tyle że z SPD, i skupiająca licznych socjalistów włoskich, brytyjskich, francuskich i hiszpańskich – przeżyła poważną rewolucję. Francuscy socjaliści w ostatnich wyborach wypadli z gry, a zarówno SPD, jak i socjaliści włoscy ponieśli ciężkie straty. Brytyjscy labourzyści zanotowali najgorszy wynik wyborczy od 1910 r. i zdobyli zaledwie 10 mandatów. Sukces odnieśli natomiast socjaliści hiszpańscy (20 mandatów). Nastąpiła zatem zmiana układu sił wewnątrz S&D. Największą grupą narodową w łonie tej frakcji stali się Hiszpanie, drugą Włosi, a Niemcy spadli na trzecią pozycję. Za nimi uplasowali się Brytyjczycy, Francuzi zaś zupełnie z niej wypadli. Fakt ten zmienił pole manewru Berlina. Dotąd rządząca w Niemczech Wielka Koalicja CDU/CSU-SPD miała swoje odzwierciedlenie w zdominowanych przez Niemców obu głównych ugrupowaniach europejskich. To, co ustalono w Berlinie, było skutecznie transferowane do EPP przez CDU/CSU, a do S&D przez SPD.

Klęska niemieckich socjaldemokratów i zastąpienie ich na forum PE przez Hiszpanów złamały ten mechanizm. Wypromowanie Timmermansa leżało w interesie koalicji rządzącej RFN – zapewniało dalszą bezproblemową współpracę obu koalicji – rządowej w Niemczech i europejskiej w Brukseli. Jego porażka otworzyła proces rywalizacji dotychczasowych sojuszników o podział miejsc w głównych instytucjach UE. Sprzeciw wobec Timmermansa Grupy Wyszehradzkiej i Włoch, a także zbulwersowanych oddawaniem socjalistom szefostwa Komisji Europejskiej chadeków z EPP doprowadził po trzech rundach rokowań do upadku jego kandydatury. Teza, że był to teatr polityczny wiodący do wyboru Ursuli von der Leyen, z Timmermansem jako kandydatem pozornym, przeznaczonym do rzucenia na pożarcie Polsce, Węgrom, Czechom, Słowakom i Włochom, by bez sprzeciwu przyjęli Niemkę jako szefową KE i jeszcze uznali to za swój sukces, nie wytrzymuje konfrontacji z tymi faktami.

Decyzja o wyborze szefa KE należy do PE

Wysunięcie kandydatury von der Leyen przez Radę Europejską nie oznacza jej automatycznego przyjęcia przez Parlament Europejski. RE ma prawo wskazać kandydata na szefa KE, ale decyzję o jego akceptacji lub odrzuceniu podejmuje PE. Podział stanowisk w UE zaproponowany przez RE wywołuje zaś obecnie duży sprzeciw w Parlamencie. Ustami szefowej swej frakcji Iratxe Garcii Pérez protestują socjaliści z S&D, którzy nie dostali obiecanego Timmermansowi stanowiska. Protestuje część chadeków (ich przedstawicielem jest wiceszef frakcji EPP Esteban González Pons), wyrażając sprzeciw wobec uzurpowania sobie przez RE prerogatywy PE, którą jest wybór własnego przewodniczącego. Zieloni, którzy odnieśli poważny sukces wyborczy w RFN, zostali pominięci przy podziale tortu. Ich poparcie dla decyzji RE jest zatem wątpliwe. Partie eurosceptyczne (np. brytyjscy brexitowcy) mogą zaś sprzeciwiać się dla zasady.

Porażka niemieckiego modus operandi czy porażka Polski?

„Za rządów PO-PSL pozycja Polski w UE była tak silna, że Polska miała szefa PE i szefa RE. Teraz nie ma nic, a jako sukces rząd ukazuje wypromowanie na fotel szefowej KE Niemki” – twierdzi opozycja. Czy ktoś z Państwa pamięta, kto był przewodniczącym PE przed Jerzym Buzkiem albo po nim? Jeśli nie, to niech Państwo sami sobie odpowiedzą dlaczego. Ja stawiam tezę, że z uwagi na nikłe znaczenie tego stanowiska.

Mierzenie skuteczności polityki państwa sukcesami personalnymi jego polityków prowadziłoby do wniosku o wyjątkowo silnej pozycji krajów Beneluksu w UE, zważywszy na wielokrotne szefowanie ich obywateli w Komisji Europejskiej. Tymczasem wynikało ono z tego, że mocarstwa do tej pory wolały mieć na tym stanowisku kogoś z mniejszych krajów. Niemiec (Walter Hallstein) był przewodniczącym KE raz (przez dwie kadencje) i było to na początku, w latach 1958–1967. Francuz Jacques Delors podobnie (1985–1995). Czy to znaczy, że Berlin i Paryż mają słabą pozycję w UE? To przecież absurd. Im mniejszy kraj, tym wygodniejszy kandydat, stąd wyjątkowo silna pozycja „słynnego mocarstwa” Luksemburga. Lukseburczykami byli Gaston Thorn (1981–1985), Jacques Santer (1995–1999) i Jean-Claude Juncker (2014–2019). Herman Van Rompuy z Belgii był z tych samych powodów szefem RE (jego konkurent Tony Blair, mając za sobą Wielką Brytanię, byłby politycznie zbyt silny dla Niemiec i Francji). Wybór Donalda Tuska był jedynie potwierdzeniem sprowadzenia Polski do poziomu kraju, którego formalny awans przez sukces personalny jednego z jego polityków nie zagrozi interesom Berlina, a ów polityk, uzależniony w swoim wyborze na drugą kadencję od poparcia Niemiec, będzie wobec nich lojalny. Obecne rozdanie złamało tę logikę.

Straty prestiżowe Merkel są duże. Przepadł pierwszy promowany przez nią kandydat Manfred Weber, potem drugi – Timmermans. Uzyskanie stanowiska przewodniczącego KE dla polityka niemieckiego (von der Leyen) wcale zaś nie jest wygodnym dla Niemiec rozwiązaniem. Dla RFN lepiej było mieć na czołowych stanowiskach powolnych sobie polityków z innych krajów, których lojalność wobec Berlina kupowano tymi właśnie stanowiskami. Zamiana dobrze funkcjonującej (skutecznej w realizacji interesów niemieckich) dominacji nieformalnej na dominację formalną przynosi więcej strat niż korzyści. Poprzednio to Niemcy mogli mówić innym – dostaliście już takie a takie stanowisko dla waszego kraju. Bez naszego poparcia byście go nie dostali. Oczekujemy w zamian tego i tego. Więcej nie dostaniecie. Wybrany urzędnik wiedział, że jego kariera zależy od poparcia Niemiec, a nie od poparcia jego kraju pochodzenia.

Sterowanie pozbawionymi istotnego własnego zaplecza politycznego politykami z małych lub słabych państw członkowskich znakomicie służyło interesom Niemiec i Francji, zdejmując z nich bezpośrednią odpowiedzialność, przy zachowaniu skuteczności ich wpływu na decyzje organów centralnych UE. Teraz będzie odwrotnie. Wszyscy będą mówić Niemcom: „Macie najważniejszego urzędnika w UE. Reszta tortu do podziału powinna przypaść innym”. Co to za sukces? Czy Juncker lub Tusk byli mniej lojalni wobec Niemiec niż będzie von der Leyen? Poprzedni układ był dla Berlina bardziej opłacalny. Teraz RFN będzie ponosić bezpośrednią odpowiedzialność za funkcjonowanie UE i płacić koszty tej odpowiedzialności, a sukcesów w zarządzaniu ową strukturą w zaistniałej sytuacji raczej nie należy oczekiwać.

Josep Borrell zamiast Mogherini

Nowy szef dyplomacji UE socjalista Josep Borrell Fontelles kierował dotąd MSZ Hiszpanii. Pod koniec maja publicznie nazwał Rosję „naszym starym wrogiem”, za co ambasador Królestwa Hiszpanii w Moskwie został wezwany do rosyjskiego MSZ.

Polityka Madrytu wobec Moskwy jest twardsza niż przeciętnie na Zachodzie. Hiszpańska policja zorganizowała największą operację kiedykolwiek przeprowadzoną na Zachodzie przeciw rosyjskiej mafii, uderzając w tzw. grupę Petrowa – odnogę petersburskiej mafii Tambowskiej, bezpośrednio związanej z zapleczem Putina. Hiszpanie zdali sobie sprawę z groźby penetracji rosyjskiej, a wsparcie Moskwy dla separatyzmu katalońskiego utwierdziło ich w tym przekonaniu. Okazało się, że geostrategicznie Rosja jest dla Hiszpanii bliższa, niż się wydawało. Rosja, która od dawna ma kondominium w Algierii do spółki z Francuzami, dosyć skutecznie wchodzi obecnie politycznie do Maroka, którego relacje z Hiszpanią są fatalne. Dochodzi to tego konflikt Madrytu z Kremlem o wpływy w Ameryce Łacińskiej.

Sukces Polski

Pozycję państwa w grze międzynarodowej mierzy się nie liczbą pochwał ani stanowisk, lecz tym, czy jego wola polityczna jest przeprowadzana. Na ostatnim szczycie UE Polska wypełniła to kryterium. Sparaliżowanie pozatraktatowej procedury Spitzenkandidaten i procederu ustaleń w grupie „dyrektoriatu”, którego decyzje dawano do zatwierdzenia maluczkim to sukces RP. RFN, Francja, Hiszpania i Holandia ustaliły w Osace, jak ma być bez nas i te uzgodnienia okazały się niewdrażalne. Odrzuciliśmy przywilej zatwierdzania oznajmianych nam decyzji i zmusiliśmy mocarstwa do ich zmiany. Sukcesem jest także pokazanie wszystkim, że atakowanie Polski szkodzi w robieniu kariery w UE. Następni dwa razy się zastanowią, zanim pójdą drogą Timmermansa. Zarzuty opozycji o „pozostaniu z pustymi rękami” są zaś groteskowe, gdyż po kadencji Tuska Polska nie mogła liczyć na stanowisko centralne w UE. Gramy o dobre portfolio dla polskiego komisarza. Miniony szczyt UE nie był zaś poświęcony rozdziałowi tek w KE. To nadal przed nami i w tym zakresie wszystkie państwa UE „wróciły z niczym”. Opozycja to przecież wie i cynicznie kłamie.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl