Rusza szczyt Bałkanów Zachodnich. „Jesteśmy za partnerstwem, a nie za relacją nauczyciel–uczeń”

– Staramy się traktować naszych partnerów z Bałkanów Zachodnich w sposób partnerski. Uważamy, że budowa siły Unii Europejskiej nie może się opierać na stosunku nauczyciel–uczeń, z jakim mieliśmy czasami do czynienia w naszych relacjach z państwami Europy Zachodniej. I to jest doceniane na Bałkanach – mówi wiceminister spraw zagranicznych Szymon Szynkowski vel Sęk w rozmowie z Olgą Doleśniak-Harczuk i Antonim Opalińskim (Polskie Radio 24).

Szymon Szynkowski vel Sęk
gov.pl

Dziś w Poznaniu rozpoczyna się Szczyt Bałkanów Zachodnich, który potrwa do piątku. Czym jest Szczyt Bałkanów Zachodnich i dlaczego odbywa się właśnie w Polsce?

Nieco ponad dwa lata temu Polska została zaproszona do przyłączenia się i do przewodnictwa w Procesie Berlińskim czyli inicjatywie, która rozpoczęła się w roku 2014. Przyjęliśmy to z zainteresowaniem, chcąc zaangażować się w proces polityczny, który powstał na skutek nie do końca zgodnych z oczekiwaniami państw Bałkanów Zachodnich postępów rozszerzenia Unii Europejskiej.  Ta polityka rozszerzenia skierowana do sześciu państw Bałkanów Zachodnich – Albanii, Czarnogóry, Serbii, Bośni i Hercegowiny, Macedonii Północnej i Kosowa w pewnym momencie, w 2014 roku spowolniła. Pojawiła się deklaracja przewodniczącego Komisji Europejskiej, Jeana Claude Junckera, że w bieżącej kadencji kraje te nie mogą liczyć na przystąpienie do Unii. Niby wydawało się to wszystkim oczywiste, że to jest zbyt krótka perspektywa czasowa, niemniej jednak na Bałkanach Zachodnich to zostało odczytane jako element  blokujący postępy w procesie rozszerzenia.

Spowolnienie to często tłumaczono kryzysem imigracyjnym, ale jednocześnie starano się jednak zatrzymać Bałkany Zachodnie w orbicie euroatlantyckiej.
Tak, a żeby nie zniechęcać krajów Bałkanów Zachodnich do starań o członkostwo w Unii, próbowano uruchomić proces nieco obok polityki rozszerzenia, proces o charakterze politycznym, tak aby cały czas Bałkany Zachodnie były w orbicie zainteresowań Unii Europejskiej, ale też aby sam region miał takie poczucie, że jest ważny z punktu widzenia Unii. Inicjatorem tego procesu były Niemcy. Niemcy prowadziły to w mniejszej grupie państw, dopraszały kolejne państwa, również Polskę. Między innymi dlatego, że Polska przystąpiła do Unii stosunkowo niedawno. Polska jest od chwili akcesji do UE orędownikiem polityki rozszerzenia, przede wszystkim akcentując konieczność rozszerzenia wspólnoty o kraje Partnerstwa Wschodniego. Tam także jest szóstka krajów, co do których uważamy za istotne żeby wysyłać sygnały, że warto myśleć o przyszłym  przystąpieniu do Unii Europejskiej. Dlatego jesteśmy wiarygodnym państwem, żeby uczestniczyć w innym formacie rozszerzeniowym. Pan Premier Morawiecki zdecydował, że Polska nie tylko obejmie przewodnictwo w Procesie Berlińskim, ale również, w jego ramach, zorganizuje Szczyt Bałkanów Zachodnich.

I wybór padł na Poznań a nie na Warszawę. Co o tym zadecydowało?
To była odważna i niestandardowa decyzja, bo w przeszłości – z wyjątkiem Triestu – te szczyty odbywały się w stolicach państw. Chcieliśmy po pierwsze pokazać Polskę z innej perspektywy niż stolicy, po drugie Poznań został wybrany jako silny ośrodek akademicki, jako ośrodek o tradycjach targowych – istotnym komponentem tego szczytu jest bowiem komponent biznesowy. Wreszcie Poznań jest też dobrym miejscem do dyskusji z udziałem społeczeństwa obywatelskiego i organizacji wydarzeń towarzyszących szczytowi. Na to mocno postawiliśmy i to będzie też jeden z wyróżników tego szczytu w porównaniu z poprzednimi.

O tym, że inicjator Procesu Berlińskiego, czyli Niemcy mają dość rozległe powody by interesować się tym regionem świadczą chociażby rządowe dokumenty poświęcone Bałkanom Zachodnim. Dobrze opracowane i konkretnie wyznaczające cele. A jakie Polska ma lub zamierza mieć interesy na Bałkanach Zachodnich?
To jest pewna współzależność. Bałkany potrzebują Unii Europejskiej, bo upatrują w niej szansy rozwoju, natomiast my nie możemy sobie pozwolić na niestabilne sąsiedztwo  Unii Europejskiej. To jest kluczowa przyczyna dla której my się angażujemy w politykę rozszerzenia. Jeżeli traktujemy odpowiedzialnie kwestie bezpieczeństwa , rozwoju gospodarczego, budowania dobrobytu, to stabilizowanie bezpośredniego sąsiedztwa Unii jest najzwyczajniej konieczne. Na Bałkany Zachodnie są dziś zwrócone oczy ważnych aktorów gry międzynarodowej takich jak Chiny, Rosja czy państwa Zatoki Perskiej Jeżeli UE nie będzie się interesować tym regionem, nie będzie wysyłała impulsów zachęcających do akcesji, to ten region może zostać zdominowany przez innych, a na to jako Unia nie możemy sobie pozwolić.

To jest zrozumiałe. Jednak nas interesuje konkretnie perspektywa polska.
Nasze interesy gospodarcze są oczywiste. Bałkany Zachodnie to rozwijające się rynki, gdzie możemy upatrywać szansę ofensywy naszych firm opierających się na nowoczesnych technologiach, budujących gospodarkę czy to w sferze energetyki czy elektromobilności, czy w wielu innych dziedzinach. Polska stawia na rozwój, żeby wykorzystywać te rynki jako region, w którym może nastąpić ekspansja naszej gospodarki. Mało jest takich rynków w bezpośrednim sąsiedztwie Unii Europejskiej, które byłyby równie perspektywiczne jak rynek Bałkanów Zachodnich. Oczywiście z różnymi odcieniami, bo to jest region bardzo niejednorodny. Z jednej strony jest Czarnogóra, która jest malutkim krajem, ale w tej chwili zorientowanym bardzo proeuropejsko i proamerykańsko. Z drugiej strony mamy dużą Serbię. Jeżeli realnie ocenić jej sytuację polityczną, to pojawiają się tam różne głosy i ten kierunek proeuropejski nie jest tam wcale oczywisty. To są dwa kraje z otwartymi negocjacjami akcesyjnymi. Na drugiej stronie osi mamy Bośnię i Hercegowinę i Kosowo, kraje cały czas bardzo niestabilne, z niestabilną sytuacją ustrojową, z  dużymi problemami w zakresie korupcji i przestępczości zorganizowanej. Ale tam też gospodarka daje potencjał wkraczania na te rynki. Każdy kraj należy traktować osobno, natomiast jedna rzecz jest wspólna – możemy tam upatrywać szansę dla naszego rozwoju.

Kiedy Polska przystępowała do UE państwa takie jak Niemcy z impetem wkroczyły na nasz rynek ze swoimi inwestycjami, sieciami handlowymi, szeroko pojętym biznesem. Z jednej strony subwencje, z drugiej zalew obcego kapitału. Sadzi Pan, że teraz również przed Polską otworzy się perspektywa dynamicznego wejścia na rozwijające się rynki aspirujących do członkostwa w UE państw Bałkanów Zachodnich?
Co do zasady, możemy w podobny sposób skorzystać na akcesji tych krajów do Unii Europejskiej jak na naszej akcesji skorzystały państwa Europy Zachodniej. Tylko, że – co jest ważne - my staramy się traktować naszych partnerów z Bałkanów Zachodnich w sposób partnerski. Uważamy, że budowa siły Unii nie może się opierać na stosunku „nauczyciel-uczeń” , z jakim mieliśmy czasami do czynienia w naszych relacjach z państwami Europy Zachodniej. I to jest doceniane na Bałkanach. Myślę, że długofalowo taka polityka przynosi lepsze rezultaty niż  podejście, które w krótkiej perspektywie pozwala może na większe zyski tego, który jest partnerem silniejszym, ale w dłuższej perspektywie burzy pewne zaufanie i nie pozwala na tak konstruktywną współpracę jak ta oparta o zasady partnerskie.

Czy fakt, że jesteśmy – zresztą całkiem świadomie – postrzegani jako kraj związany ze Stanami Zjednoczonymi, nie utrudnia nam kontaktów z niektórymi krajami na tym obszarze, gdzie jednak krzyżują się wpływy amerykańskie, rosyjskie, chińskie?
Z niektórymi ułatwia, z innymi sprawia, że te relacje są bardziej złożone. Sytuacja jest bardzo różna. Są kraje, które należą do Paktu Północnoatlantyckiego jak Czarnogóra i  Albania. Natomiast w takim kraju jak Serbia blisko 80% społeczeństwa jest przeciw wstąpieniu do NATO, co w dużej mierze związane jest z wciąż żywą pamięcią o interwencji NATO w tym kraju w 1999 r.  Trzeba więc mieć świadomość tego zróżnicowania i my ją mamy, ale też nie zamierzamy przez to zmieniać naszych strategicznych celów. Najtrudniej w tym kontekście rozmawia się z Serbią, ale z nią łączy nas wiele innych rzeczy – tradycje kulturowe, trudne doświadczenia historyczne. Staramy się szukać obszarów wspólnych, chociaż oczywiście nasza strategiczna , transatlantycka współpraca ze Stanami Zjednoczonymi nie dla wszystkich na Bałkanach Zachodnich jest wyborem optymalnym i zrozumiałym.

Czy my przypadkiem nie obiecujemy krajom bałkańskim „gruszek na wierzbie”, skoro wśród politycznych elit takich krajów jak Francja czy kraje Beneluxu coraz częściej słychać głosy, że rozszerzenie Unii było błędem, dokonało się za szybko, a kraje „nowej” Unii okazały się „niewdzięczne”. Czy rzeczywiście widzi Pan w UE wolę dalszego rozszerzenia wspólnoty?
Dlatego niczego nie obiecujemy. Nie możemy obiecywać rzeczy, których nie jesteśmy w stanie samodzielnie wypełnić. Polska jest orędownikiem tego rozszerzenia, Grupa Wyszehradzka również. Jest szereg innych krajów, np. Bałtowie, którzy też wspierają tę kwestię. Ale już w Niemczech sytuacja jest troszkę inna niż dwa-trzy  lata temu. Tam entuzjazm do rozszerzenia nieco przygasł a najsłabszy jest we Francji i krajach Beneluxu. Rzecz w tym, żeby przekonywać te kraje, że rozszerzenie jest jedną z możliwych recept na przezwyciężenie trudności Unii Europejskiej. I że nie jest tak, że najpierw musimy rozwiązać  wszystkie problemy wewnątrz Wspólnoty i dopiero później możemy się rozszerzać. Gdyby tak myślano w latach dziewięćdziesiątych nie byłoby rozszerzenia roku 2004 i lat następnych. Problemy Unii jako organizacji międzynarodowej tak naprawdę nigdy się nie skończą, zawsze będzie jakiś pretekst do tego, żeby powiedzieć stop rozszerzeniu. Rzeczywiście dzisiaj obserwujemy pewną kumulację kryzysów, ale to nie powinien być pretekst, żeby innym zamykać drzwi do członkostwa. Te drzwi powinny być cały czas otwarte , a decyzje kiedy dany kraj przystąpi powinny być dobierane w zależności od jego postępów i optymalnego momentu. Nie dyskutujemy dzisiaj o datach. Ta data pojawiła się w strategii Komisji, ona później już nie wracała, zresztą część państw krytycznie oceniała, że w ogóle się pojawiła. Lepiej nie dyskutować o datach tylko o intencji i o tym jaki kierunek obrać na Bałkanach Zachodnich. Ten kierunek powinien być europejski, co do dat – na pewno jeszcze mamy czas.

Skoro staramy się aktywnie uczestniczyć w przygotowaniach do rozszerzenia Unii to zapewne przyglądamy się sytuacji w poszczególnych krajach. Jak  Pan ocenia sytuację w Bośni i Hercegowinie i funkcjonowanie tych ustaleń sprzed  lat, które miały przynieść kompromis między poszczególnymi grupami zamieszkującymi ten kraj?
W Bośni i Hercegowinie panuje bardzo skomplikowana i złożona sytuacja ustrojowa. Jest to kraj będący w praktyce jeszcze formą międzynarodowego protektoratu. Cały czas nie ma pełnych cech suwerenności. Jego konstytucja jest konstytucją rozpisaną przez państwa w 1995 roku jako element układu z Dayton. Ona wówczas wydawała się dobrą receptą i była pewnie jakąś receptą skuteczną w tamtym czasie żeby zniwelować napięcia i wprowadzić pokój. Natomiast to nie są w mojej opinii rozwiązania  na efektywne funkcjonowanie państwa w długim okresie. Ten problem dostrzega zapewne społeczność międzynarodowa, na pewno widzą to bośniaccy politycy.  System podziału decyzji między trzy narody i parytety sprawiają, że  obsada różnych urzędów zmienia się rotacyjnie w bardzo krótkim okresie czasu. To sprawia, że efektywne zarządzanie państwem na poziomie urzędniczym nie może przezwycięży ć tych blokad na poziomie politycznym. Ten paraliż wynika właśnie z nieefektywnego układu ustrojowego. To bardzo komplikuje możliwość wprowadzania reform koniecznych do członkostwa w Unii Europejskiej.To prawda, że Bośnia i Hercegowina ma przed sobą długą drogę, tego nikt nie kryje, natomiast warto wysyłać tam sygnały pozytywne, a nie zniechęcające jakim było przesłanie tych kilkuset pytań.

A jak  Pan ocenia wpływ państw arabskich i Turcji na  społeczeństwo bośniackie? Bośnia i Hercegowina jest bardzo specyficzna, nie tylko jeśli chodzi o kwestie etniczne ale i religijne, po części takie muzułmańskie państwo w środku Europy.
Tak, te wpływy istnieją, chociaż myślę, że większym problemem dzisiaj dla Bośni , niż te wpływy, które oczywiście są widoczne jest po pierwsze nieefektywność ustrojowa, po drugie kwestia Republiki Serbskiej, czyli części Bośni i Hercegowiny, w której niektórzy politycy próbują podsycać nastroje separatystyczne. To sprawia, że toczy się dyskusja czy państwo bośniackie nie zostanie rozsadzone od środka.

I jest jeszcze spór wokół ewentualnego przystąpienia Bośni i Hercegowiny do NATO. Serbia jest w tym względzie bardzo wyczulona
Zgadza się. Także w relacjach serbsko-kosowskich, w których ostatnio znowu wzrosło napięcie w związku z kampanią serbską wymierzoną w uznawanie Kosowa jako państwa. Serbia nie ukrywa, że prowadzi na arenie międzynarodowej kampanię, żeby kolejne państwa wycofywały swoje uznanie dla Kosowa. Ta kampania odnosi pewne rezultaty, kilka  państw poszło tym tropem. To jest zresztą dyskusyjne z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Z drugiej strony mamy Kosowo, które nałożyło stuprocentowe cła na towary serbskie , ale też na towary bośniackie. Tutaj Bośnia też jest składową tych napięć między Belgradem a Prisztiną. Myślę, że gdyby zapadła decyzja, która dzisiaj jest czysto teoretyczna, o przystąpieniu Bośni do NATO, to trzeba by niezwykle roztropnie postępować, żeby nie wywoływać dalszych napięć.

Jak kształtują się dziś nasze relacje handlowe z państwami Bałkanów Zachodnich?
Z regionu przesyłanych jest dużo artykułów spożywczych, a także surowce mineralne. My z kolei eksportujemy tam sprzęt AGD i meble  , ale również przetwory spożywcze Te relacje handlowe nie są bardzo intensywne, ale to też pokazuje możliwy potencjał. Niewątpliwie artykuły spożywcze w jedną i drugą stronę to jest ta gałąź, która jest szansą i dla Bałkanów Zachodnich, które mają dość ciekawą ofertę.
Są  jeszcze  relacje turystyczne, które się niesamowicie zdynamizowały w ostatnich latach. Także dzięki odważnej postawie naszego narodowego przewoźnika. Lot otworzył regularne połączenia do Skopje  i Podgoricy. To ułatwia podróże na Bałkany Zachodnie, bo wcześniej trzeba było latać tam przez Wiedeń. Wydaje mi się , że w Macedonii Północnej jesteśmy jedną z najliczniejszych grup turystycznych odwiedzających ten kraj, jesteśmy też w czołówce w Czarnogórze i Albanii. To nie zadziałało jeszcze w drugą stronę, stąd też nasze zadanie. Ten szczyt jest także po to, żeby Polskę wypromować na Bałkanach.

Bardzo aktywni są na Bałkanach Chińczycy. Inwestują w infrastrukturę, udzielają pożyczek. Europa już się chyba zorientowała, że chińskie inwestycje to nie jest tylko biznes. Czy w naszych planach bierzemy pod uwagę tę wzrastającą obecność?
Oczywiście. Chiny są faktycznie bardzo aktywne na Bałkanach, w kilku krajach budują autostrady, realizują kosztowne projekty m.in. w Czarnogórze. My wiemy na jakich zasadach te chińskie projekty się odbywają. To jest inwestycja którą można stosunkowo szybko zrealizować. Z punktu widzenia tych krajów może to się wydawać atrakcyjne, ale Chiny traktują to docelowo jako rozszerzanie swojej strefy wpływów. Bierzemy to pod uwagę i zachęcamy, choćby poprzez stworzenie Funduszu Inwestycyjnego Bałkanów Zachodnich, zwiększanie nakładów na ten fundusz, tworzenie nowych możliwości finansowania inwestycji przez Unię Europejską, aby Bałkany nie były zdane tylko na pieniądze chińskie. Bo w tej chwili trochę to tak wygląda, że kraje Bałkanów Zachodnich korzystają po prostu jako kraje niezamożne z możliwości, które są z ich punktu widzenia atrakcyjne i dostępne. Ale za dwadzieścia lat to odczują. Polska też popełniła w latach dziewięćdziesiątych różne błędy, korzystając z różnych, wydawałoby się bardzo atrakcyjnych możliwości współpracy i rozwoju. Jak wiemy może to później przynosić bardzo złożone rezultaty, może mieć negatywne skutki. Wiemy na przykład jak w Polsce rozwinął się rynek prasy lokalnej. Niektórym się wydawało się, że kapitał płynący z zewnątrz jest doskonałą szansą żeby zdynamizować ten rynek i go rozwijać. Tymczasem nie ma nic za darmo.  Dzisiaj wiemy jaki jest koszt tego, że takie inwestycje kapitałowe zostały zrealizowane na polskim rynku prasy. Myślę, że to samo może być na Bałkanach jeżeli tak bezrefleksyjne będzie korzystanie z tej jedynej dostępnej możliwości. Dlatego Unia musi wykreować swoją ofertę.

A jak zapatrują się na nasze pomysły wspierania Bałkanów Zachodnich Węgrzy, którzy bezpośrednio z tym obszarem graniczą?
Cała Grupa Wyszehradzka jest orędownikiem polityki rozszerzenia, natomiast samo zaangażowanie w Proces Berliński jest sprawą bardziej skomplikowaną ponieważ żaden z krajów Czwórki poza Polską nie uczestniczy w tej procedurze. Więc jest tutaj element pewnego rozczarowania u niektórych polityków tych krajów, że nie zostali do tego procesu zaproszeni. To nie jest w żaden sposób nasza odpowiedzialność, bo to inicjator, czyli Niemcy, wystosowuje te zaproszenia. My natomiast chcemy Grupę Wyszehradzką też, w miarę naszych możliwości, przybliżać do tego ciekawego procesu politycznego. Pewnym sygnałem z naszej strony i krokiem w tym kierunku jest zaproszenie Czechów, którzy od 1 lipca obejmują prezydencję w Grupie Wyszehradzkiej, w formule obserwatora na szczyt w Poznaniu. Pan premier Morawiecki zadecydował, że to będzie taki sygnał do Grupy Wyszehradzkiej, że nie zostawimy naszych partnerów.

Nawiązując do wątku z rynkiem prasy i polskimi doświadczeniami z kapitałem zagranicznym w mediach. Media na Bałkanach również charakteryzują się sporym udziałem kapitału zagranicznego, zwłaszcza niemieckiego, ale też austriackiego. To się na przestrzeni lat zmieniało, ale jednak element niemiecki jest wciąż silny.
Ja się nie przyglądałem tak dokładnie rynkowi prasy na Bałkanach Zachodnich, ale jeżeli rzeczywiście jest tak jak Państwo mówią, to znaczy, że to zagrożenie, o którym wspominałem, korzystania z atrakcyjnej jak się wydawało , oferty obcego kapitału, który daje zyski w krótkim okresie czasu bo pozwala na dynamiczny rozwój rynku, dotknęło też Bałkany Zachodnie. Warto z tego wyciągać wnioski, w niektórych przypadkach jest to bardzo trudne. Wiemy jak w Polsce jest to trudne żeby wprowadzić jakieś rozwiązania, które odwrócą ten proces. Mam nadzieję, że nasze  doświadczenia pomogą - na tyle , na ile będzie to możliwe, podejrzewam, że sytuacja w poszczególnych krajach jest niejednorodna. Tam, gdzie kapitał zagraniczny jest dominujący , warto uczulać naszych przyjaciół z Bałkanów Zachodnich, że brak reakcji na tego rodzaju, wydawałoby się, że atrakcyjne oferty  może długoterminowo powodować problemy.

Jak Polska chce uczulać państwa Bałkanów Zachodnich na tego typu kwestie, biorąc pod uwagę, że to Niemcy,  państwo prowadzące najbardziej ekspansywną politykę gospodarczą na Bałkanach spośród wszystkich członków UE, są inicjatorami całego Procesu Berlińskiego?
Mamy też relacje bilateralne z tymi krajami i realizujemy swoją agendę. Zostaliśmy do tego procesu zaproszeni, ale program naszej prezydencji to nasze autorskie przedsięwzięcie.

Program zatem leży wyłącznie w naszej gestii?

W naszej prezydencji mamy cztery priorytety. Poza gospodarką, zależy nam na wzajemnych połączeniach krajów bałkańskich ze sobą – energetycznych, drogowych, kolejowych, oraz połączeniach regionu z Unią Europejską, kwestiach społeczeństwa obywatelskiego, czyli think-tanków, współpracy naukowej i uniwersyteckiej. 3  lipca, dzień przed głównym szczytem, organizujemy szczyt think-tanków. Naszym partnerem przygotowującym ten szczyt jest Ośrodek Studiów Wschodnich. Mam nadzieję, że te dyskusje przełożą się na decyzje polityczne. Ci, którzy przyjadą będą mieli okazję spotkać się z ministrami, zostaną włączeni w panele 4 lipca. Ten komponent społeczeństwa obywatelskiego ma być wyróżnikiem szczytu poznańskiego, ma pokazać, że my widzimy integrację nie jako decyzję podjętą tylko na poziomie politycznym, ale jako integrację społeczeństw, wzajemne zrozumienie, wymianę doświadczeń, budowanie świadomości koegzystencji w Europie krajów Bałkanów Zachodnich i obecnych krajów Unii. Na to stawiamy i to jest ten trzeci filar. Czwartym filarem jest filar bezpieczeństwa, głównie kwestia przeciwdziałania korupcji. Polska ma skuteczne doświadczenia w tym zakresie. Pani minister Elżbieta Witek będzie też obecna na szczycie i spotka się ze swoimi odpowiednikami.

Poza tym w Poznaniu odbył się tydzień kultury krajów bałkańskich, były debaty uniwersyteckie, koncerty, wykłady, festiwal filmów bałkańskich, nawet warsztaty kulinarne, po szczycie odbędzie się jeszcze festiwal Akademia Gitary, gdzie Bałkany będą tematem przewodnim. Wyszliśmy więc poza standardową konwencję szczytu politycznego. To było zresztą moją ambicją, jako pełnomocnika rządu od spraw organizacji tego szczytu, żeby nie ograniczyć się do dwudniowej konferencji. Wracając zaś do naszego przewodnictwa w Procesie Berlińskim, zależało nam na tym, by rozłożyć tę prezydencję na kilka miesięcy, wypełnić ją różnymi wydarzeniami towarzyszącymi. To się udało.

Wróćmy na zakończenie rozmowy do klasycznej geopolityki, bo mało rozmawialiśmy o Rosji. Dyplomacja polska rywalizowała z rosyjskimi wpływami na Bałkanach nawet jak nie było państwa polskiego,  za czasów księcia Czartoryskiego. Te wpływy ostatnio nieco osłabły ale jednak istnieją. Czy my bierzemy to pod uwagę?
Oczywiście, że bierzemy to pod uwagę, obserwujemy w niektórych z krajów te wpływy jako bardzo intensywne i sprawiające, ze utrudnia to przyjęcie jednoznacznej decyzji o szybkich postępach w negocjacjach akcesyjnych. Natomiast my nie chcemy pokazywać się na Bałkanach wprost jako konkurencja tylko wysyłać sygnały o charakterze pozytywnym, pokazywać, że długofalowo Unia Europejska jest atrakcyjniejszym partnerem do rozmowy, bardziej wiarygodnym niż Rosja. Jeżeli przekonamy naszą wiarygodnością, co nie jest łatwe, bo Unia sporo obiecuje natomiast nie wszystkie kraje są równie konsekwentne  w wypełnianiu tych obietnic, jeżeli pokażemy się jako partner wiarygodny jest szansa na to, że ta rosyjska oferta przedstawiana krajom Bałkanów Zachodnich w mniej lub bardziej ukryty sposób zostanie ostatecznie odrzucona. Przez część krajów , mam wrażenie, już została odrzucona, natomiast myślimy o regionie jako o całości.

Decyzja sprzed lat, żeby uznać niepodległość Kosowa, także w Polsce budziła wątpliwości, między innymi u prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jak Pan dziś ocenia jej skutki?
Od tej decyzji minęło 11 lat. My stanęliśmy wpół drogi, bo uznaliśmy Kosowo jako państwo, ale nie nawiązaliśmy z Kosowem relacji dyplomatycznych, nie mamy w Kosowie ambasady, Kosowo nie ma placówki u nas, nie ma oficjalnych wizyt. Jesteśmy więc w dość złożonej sytuacji prawno-międzynarodowej. Niektóre kraje  nie uznały Kosowa, ale prowadzą w Prisztinie biura łącznikowe. Możliwości relacji są różne. Oceniając z perspektywy historycznej można się zastanawiać nad tym, czy tak szybkie uznanie wówczas Kosowa było decyzją właściwą, ale ta decyzja wtedy zapadła. Dzisiaj raczej powinniśmy się skupić na tym, żeby zdecydować jaki będzie dalszy rozwój naszych relacji. Kosowo jest państwem, w którym nie brakuje problemów, ale które ma perspektywę proamerykańską i również proeuropejską, bardziej oczywistą, niż niektóre inne kraje regionu. Warto wspierać rozwiązywanie problemów, które przesłaniają sprawowanie władzy w tym państwie i wykorzystywać relacje handlowe. Natomiast na dzisiaj nie ma takiego przekonania, w szczególności wobec problemów na linii Belgrad – Prisztina, o możliwości poczynienia dalszych kroków,  jeśli chodzi o nawiązanie relacji dyplomatycznych.

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

#Szczyt Bałkanów Zachodnich

Olga Doleśniak-Harczuk/Antoni Opaliński
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo