To raczej potrwa jeszcze długo. Nie ma przesłanek, by myśleć poważnie o dymisji rządu i skróceniu kadencji sejmu. Choć sondaże wskazują, że poparcie rządzącej partii spada w gwałtownym tempie, to właśnie dlatego czas na ewentualne plany wyborcze minął – Platforma teraz nie zaryzykuje. Zbyt wielkie jest prawdopodobieństwo, że sromotnie przegra i odda władzę. Będzie więc trwać za wszelką cenę niezależnie od tego, co się zdarzy. Licząc na medialną ochronę i… cud.

Oczywiście, gdyby wybory odbyły się jeszcze w tym roku, PO miałaby pewnie szanse utrzymać władzę. Zarówno Ruch Palikota, jak i SLD w sondażach przekraczają próg wyborczy i chętnie deklarują, mniej lub bardziej otwarcie, gotowość zawiązania koalicji z partią Tuska. Poczynania Ruchu Palikota, któremu udało się ostatnio przygarnąć działaczy zarówno z PO, jak i z SLD wskazują, że to jego partia może liczyć na dynamikę wzrostu. A to, mimo wizerunkowej labilności postawy Palikota, świetna informacja dla Donalda Tuska.

Teatr komiczny

Jak mówią byli działacze Ruchu Palikota, którzy dla odmiany jakiś czas temu przeszli do SLD, powstanie tego ugrupowania zainicjowano w gabinecie premiera. Jak dotąd w każdym ważniejszym głosowaniu Ruch Palikota głosuje niezwykle lojalnie razem z Donaldem Tuskiem. Ten teatr jest coraz bardziej komiczny – Janusz Palikot stanowczo krytykuje, oburza się, atakuje – a jak przychodzi co do czego, zawsze popiera kluczowe rozwiązania PO. Niemniej na to przedstawienie, zapewne w znacznej części dzięki lansującym Palikota głównym mediom, nabiera się wciąż ok. 10 proc. wyborców. A to z punktu widzenia PO niebagatelna siła potencjalnego, jak się okazuje niezwykle posłusznego koalicjanta z własnego chowu. Dlatego wydawać by się mogło, że PO – jeśli nie chce podzielić losu AWS i Unii Wolności, także kiedyś łudzących się zatrzymaniem spadków poparcia – powinna uciec do przodu. Czyli doprowadzić do poważnej zmiany politycznej: albo przebudowy koalicji z wymianą premiera włącznie, albo zarządzenia wyborów.

Nic jednak nie wskazuje na to, by partia ta była jeszcze zdolna do odważnych i ryzykownych decyzji. Machina urzędniczo-klientelistyczna znacząco rozbudowana przez pięć lat rządów PO jest nastawiona na trwanie bez względu na to, co będzie potem.

Tę bezwolność struktur władzy opanowanych przez PO zauważył brytyjski „The Economist”, gdy w ostatnim tygodniu, komentując sytuację w Polsce i pisząc o niezrealizowanych obietnicach zmian zapowiadanych przez Platformę, zauważył, że w czasie rządów Donalda Tuska o 150 tys. zwiększyła się liczba pracowników administracji. To „urzędnicze lobby – setki tysięcy nisko opłacanych urzędników państwowych żywotnie zainteresowanych tym, by wszystko zostało tak, jak jest” – ocenia i przypomina, że „PO miała być partią małego, taniego państwa”.

Obiecanki cacanki

Ech, mnóstwo rzeczy miało być dzięki rządom Platformy. Pamiętacie państwo te klipy wyborcze z 2007 r. i te sprzed kilku zaledwie miesięcy? Te, w których ciepły głos Tuska mówił, że młodzi będą wracać z emigracji, bo „w kraju będzie się opłacało pracować”, „dobrze opłacani lekarze” będą nas leczyć, dobrze opłacani nauczyciele będą uczyć nasze dzieci, a dobrze opłacani policjanci będą strzec naszego bezpieczeństwa? I te, które opowiadały o Polsce w budowie? Dziś nie tylko nie mamy skończonych na czas autostrad, mostów i stadionów, ale też z wymienianych pięć lat temu grup zawodowych pewnie najlepiej żyje się lekarzom, którzy zyskali na tyle wysokie podwyżki płac, iż jeszcze nie zjadła ich inflacja. A i to pewnie nie wszystkim. Reszta – przy podniesieniu VAT, podatków, likwidacji kolejnych ulg, gwałtownym wzroście cen benzyny i żywności, opłat za żłobki i przedszkola – nie może zapewnie spokojnie tych klipów dziś oglądać. A w nich brzęczał przecież jeszcze głos premiera: „przy bezpiecznych drogach wyrosną nowoczesne stadiony. Musimy tylko wygrać te wybory”.

Złość – to chyba coraz powszechniejsza reakcja na sam widok osoby Tuska. Pokazują to sondaże. Wedle Homo homini w ostatnich tygodniach wzrosła i umocniła się grupa wyborców, którzy oceniają pracę szefa rządu zdecydowanie źle. I jest ich już więcej niż źle oceniających rząd. To znacząca zmiana – jeszcze do niedawna to Tusk był lokomotywą partii. Dziś jest jej balastem. Według najnowszego sondażu OBOP dla TVP już 60 proc. Polaków ocenia jego pracę negatywnie. Daleko więcej pozytywnych ocen mają ministrowie w jego rządzie – Bogdan Zdrojewski czy Radek Sikorski.

I zdrajca, i kłamca

Tusk, mimo ogromnej energii rządowych propagandystów, by zdeprecjonować zarzuty wobec niego, nie jest w stanie odkleić od siebie oskarżeń o zdradę, wysuwanych przez opozycję i krytyczne wobec rządu media i środowiska. Najwyraźniej nie umie temu zaradzić. Media mainstreamowe robią, co mogą – wyśmiewają, szydzą, plują, ale dla znacznej części Polaków jest to jedno z podstawowych oskarżycielskich skojarzeń wiązanych z liderem Platformy. Na dodatek wiąże silne emocje – bardzo trudno będzie je zneutralizować. Zapewne dzieje się tak dlatego, że postawa, jaką Donald Tusk przyjął, grając ze stroną rosyjską przeciw polskiemu prezydentowi przed uroczystościami w Katyniu, i potem, gdy zlekceważył śledztwo smoleńskie, oddając Rosjanom kontrolę nad dowodami i wyjaśnianiem katastrofy, jest już całkiem czytelna dla bardzo wielu Polaków. Tak jak znacząca grupa podejrzewa, że w Smoleńsku mogło dojść do zamachu, tak dość jasne jest, że działania premiera nie były – mówiąc oględnie – zgodne z polską racją stanu. Stutysięczna demonstracja w obronie wolności słowa i telewizji Trwam w Warszawie w pewnym momencie spontanicznie przerodziła się w manifestację antyrządową. Przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów hasło „zdrajca Tusk” brzmiało w całych Alejach Ujazdowskich, odbijając się od szczelnie zamkniętych okien siedziby premiera. Taka ocena szefa rządu bynajmniej nie jest odosobniona.

Podobnie jest z drugą zbitką skojarzeniową – przyjmowaną jako oczywista przez jeszcze większą grupę Polaków. „Kłamca, kłamca!” – rzucali w twarz premierowi politycy PiS podczas obrad w sejmie nad ustawą emerytalną. Było to pewnie mało eleganckie, ale premier zafundował sobie ten brak respektu niejako na własne życzenie. W ubiegłym tygodniu szef rządu zupełnie niespodziewanie, za to całkiem otwarcie i publicznie, zaczął kłamać na temat rozdzielenia wizyt w Katyniu. Twierdził – wbrew faktom znanym już opinii publicznej, wbrew dokumentom przytaczanym w licznych publikacjach, z raportem Millera włącznie – że to prezydent nie chciał wspólnych uroczystości i że Lech Kaczyński zgłosił chęć wyjazdu do Katynia dopiero wtedy, gdy dowiedział się o zaproszeniu Putina dla Donalda Tuska. Po tym wystąpieniu ludzie wyraźnie zobaczyli, że premier mija się z prawdą i manipuluje faktami. To oczywiście niezwykle destrukcyjne i demoralizujące zjawisko – gdy urzędnik państwowy tej rangi pokazuje się jako kłamca. I wywołuje konkretne skutki – prestiż Donalda Tuska jako premiera, ale też jako lidera partii gwałtownie spada.

Przełamać psychologiczną barierę

Nic więc dziwnego, że w PO słychać coraz więcej niekontrolowanych przez liderów partii głosów, tych w kuluarach i całkiem oficjalnych, że w PO źle się dzieje, że premier nie panuje nad sytuacją, że bezwzględne narzucanie rozwiązań i sprowadzanie posłów do roli maszynki do głosowania musi się skończyć itp. Ale też apele Jarosława Gowina, by wyciszyć w PO spory ideologiczne, wynikają z tego samego – strachu przed rozbiciem klubu, potężnej awantury w partii, uruchomienia nieobliczalnej siły emocji, która ledwo trzymającą się strukturę rozerwie na strzępy. Frustracja – jak donoszą nawet zaprzyjaźnione z PO media – narasta w partii z każdym tygodniem. „PO jest w stanie rozkładu” – można przeczytać nawet na łamach „Gazety Wyborczej”. Dlatego prawdopodobnie platformersów nie stać już na żadną ucieczkę do przodu. Tymczasem sondaże pokazują, że w ciągu najbliższych tygodni PiS może przegonić w sondażach partię Tuska. Według najnowszych badań OBOP dziś jeszcze chce głosować na PO 30 proc. Polaków, ale na PiS tylko o 1 proc. mniej – 29. Gdyby nie istnienie pompowanej przez media Solidarnej Polski, która ma 6 proc. poparcia, partia Jarosława Kaczyńskiego byłaby już zdecydowanym liderem sondaży. Oznaczałoby to przełamanie ważnej psychologicznej bariery – Polacy uwierzyliby, że istnieje szansa na odsunięcie skompromitowanego premiera i jego rządu od władzy. To z kolei mogłoby przyspieszyć spadek notowań PO i tworzyć poważną presję do doprowadzenia do wcześniejszych wyborów. Choć jednocześnie wydaje się, że bez względu na spadki notowań, kompromitacje, manifestacje i protesty ten rząd będzie się trzymał z determinacją swoich foteli. Stanowczo zbyt wiele ma do stracenia w przypadku oddania władzy.