Dzisiaj Donald Tusk przed godz. 13.00 zdecydował o zawieszeniu obrad Rady Europejskiej do jutrzejszego przedpołudnia. Jak mówi w rozmowie z portalem niezalezna.pl eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski, ta decyzja oznacza impas.

- Żaden z kandydatów nie uzyskał wymaganej większości, głosów 22 członków Rady. W sytuacji niemożności dokonania wyboru były dwie opcje – jedna, zwołać kolejny szczyt UE za dwa tygodnie, a druga – dociskać „kolanem” aż do zmęczenia. Została wybrana ta druga opcja. To konklawe będzie się przeciągało i liderzy państw członkowskich RE będą obradować tak długo, aż nie urodzi się jakiś kompromisowy kandydat

- mówi Jacek Saryusz-Wolski.

- To bardzo źle wygląda. Ktokolwiek zostałby szefem Komisji, będzie to kandydatura wymuszona, w długich bojach wywalczona, ale raczej nie łącząca, a pozostawiająca po sobie podziały

- dodaje europoseł.

Jutro także swoje obrady rozpoczyna Parlament Europejski. Według medialnych doniesień, w środę dokona on wyboru swojego przewodniczącego. Jak podkreśla nasz rozmówca, PE powinien według zwyczaju dokonać wyboru we wtorek, jednak wybór szefa PE opóźniono żeby "dać więcej czasu na decyzję Radzie Europejskiej".

- Doktryną Parlamentu Europejskiego, często powtarzaną, jest to, że Parlament jest suwerenny w swojej obsadzie szefostwa PE i ta pozycja nie wchodzi do tzw. „pakietu” stanowisk. Pomimo zaprzeczeń – w praktyce wchodzi. To też nie jest dobrą wiadomością dla europarlamentu, że szefowie rządów pośrednio wybiorą nam, europosłom, szefa PE

- tłumaczy Jacek Saryusz-Wolski, zwracając uwagę, że obecna sytuacja związana z obsadą najważniejszych stanowisk UE jest pokłosiem mijającej kadencji Komisji Europejskiej, "która skłóciła wszystkich ze wszystkimi".

Zapytany o to, kto jest wymieniany jako możliwy faworyt do objęcia fotela po Antonio Tajanim, nasz rozmówca wskazuje, że "normalnie o tej porze byłoby wiadomo, kto to może być, byłoby znane jedno lub dwa nazwiska"

- W tej sytuacji – nie. Parlament sam wywiesił białą flagę, mówiąc: „wy zdecydujcie, a nasza decyzja będzie decyzją pochodną”

- dodaje Saryusz-Wolski.

Europoseł przybliża także nieścisłości z praktyczną realizacją formuły kandydata wiodącego - "spitzenkandidat".

- Formuła spitzenkandidata oznacza, że szefem Komisji ma być ten człowiek, który został wysunięty przez zwycięską frakcję, a nie dowolną frakcję. To jest wielka zmyłka. Czy to może być Timmermans? Nie, jego frakcja przegrała, więc nie jest on tym zwycięskim spitzenkandidatem. To jest robienie wody z mózgu

- mówi europoseł.

- Coś dziwnego dzieje się w Europejskiej Partii Ludowej, która jest gotowa oddać to o czym mówiła, że nigdy nie odda. Gdy formuła spitzenkandidata padła, to EPL mogła wysunąć alternatywnego kandydata, np Michela Barniera. Odkrywane jest to, co do tej pory było zakryte. Nie chodzi o grupy i kolory polityczne, tylko o to, czy będzie to kandydat popierany przez Niemcy, Francję, Hiszpanię czy przez kogoś innego. W tej złej sytuacji jest jednak coś dobrego. Gdyby Wielka Brytania zamierzyła się wstrzymać, V4 z Włochami dysponowała by mniejszością blokującą i miałaby możliwość wpływania na sytuację i domagania się jednej z kluczowych funkcji dla siebie. Wygląda na to, że Stara Europa chce sama obsadzić wszystkie stanowiska, okopuje się. To też rodzi kontekst, który nie sprzyja jakiemukolwiek porozumieniu

- dodał Jacek Saryusz-Wolski.