„Gazeta Polska”: Prawda nie obroni się sama. Komu przeszkadza ambasador Przyłębski?

Andrzej Przyłębski / youtube.com/print screen

Dorota Kania

Szefowa działu krajowego „Gazety Polskiej Codziennie”, redaktor naczelna Telewizji Republika, wicenaczelna portalu Niezależna.pl oraz dziennikarka śledcza „Gazety Polskiej”.

Kontakt z autorem

  

Jestem ambasadorem nie po to, by zaspokoić własne ambicje, lecz po to, aby reprezentować i bronić interesów Rzeczypospolitej Polskiej – z Andrzejem Przyłębskim, ambasadorem RP w Berlinie, rozmawia Dorota Kania.

Po wyborach do Unii Europejskiej, których pokłosiem jest rezygnacja szefowej Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) Andrei Nahles, zmienia się scena polityczna naszego zachodniego sąsiada. Czy ta przebudowa będzie miała wpływ na stosunki polsko-niemieckie?

Rezultaty wyborów do PE zapewne tak, rezygnacja pani Nahles raczej nie.

Pana wypowiedzi są szeroko komentowane nie tylko przez opozycyjne media w Polsce, lecz także w Niemczech. Niedawno portal welt.de opisał Pana dyskusję w „Salonie dyplomatycznym” w Eberswalde i z tamtejszym burmistrzem, Friedhelmem Bogdinskim. Słuchacze byli zirytowani tym, że przedstawia Pan Polskę w inny sposób niż na przykład telewizja ARD.

To nie była dyskusja z burmistrzem, który tylko otworzył dwugodzinne spotkanie ze mną. Wagę takich zaproszeń widzę choćby w tym, że do Eberswalde wybrał się ze mną jeden z najwybitniejszych niemieckich dziennikarzy, Henryk Broder, wielki autorytet tutaj. Aby posłuchać tego, co mówię, i zobaczyć, jak na to reaguje niemiecka publiczność na tzw. prowincji. A reakcja na moje wywody, oparte na empirii (na przykład na rezultatach wyborów, na ocenie rządu przez większość społeczeństwa, na skutkach reform), wywody zdecydowanie odbiegające od tego, co o Polsce piszą niemieckie media mainstreamowe, była tam w zdecydowanej mierze pozytywna. W dyskusji nie zgadzał się ze mną tylko jeden człowiek na około 120 zebranych. A i on żegnając się ze mną, powiedział, że warto było przyjść.

W Polsce jest Pan na celowniku mediów sprzyjających totalnej opozycji – klasycznym przykładem jest krytyka Pańskich działań podejmowanych w obronie Polski.

Tak, bo media te próbują nie dopuścić do zmiany zakłamanego wizerunku Polski, który od czterech lat bez żenady lansują. W zwalczaniu mnie i mych interwencji nie wahają się posługiwać sfalsyfikowaną przez IPN tezą o mojej współpracy z SB.

Czy był Pan tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Wolfgang”?

Nigdy nie współpracowałem z SB, a sprawa była wielokrotnie wyjaśniana – przeze mnie, ale przede wszystkim przez Instytut Pamięci Narodowej. Jednoznacznie stwierdzono, że nie ma dowodów na to, że byłem tajnym współpracownikiem komunistycznych służb specjalnych.

Jest jednak zobowiązanie do współpracy z 1979 roku, jest wybór pseudonimu.

To prawda. Nastąpiło to jednak w okolicznościach, które powodują, że w świetle prawa nie można uznać mnie za tajnego współpracownika SB.

Jakie to były okoliczności?

Jesienią 1978 roku rozpocząłem studia filozoficzne w Poznaniu. W akademiku zetknąłem się z podziemnymi publikacjami, które czytałem, o których dyskutowałem z kolegami. Uznawałem to za oczywistość, za moje prawo. Wiosną 1979 roku mój wuj, były żołnierz armii Andersa, od czasów wojny zamieszkały w Wielkiej Brytanii, przysłał mi długo wyczekiwane zaproszenie do odwiedzin. Było ono wówczas warunkiem uzyskania paszportu i wizy. Kiedy złożyłem wniosek o paszport do Biura Paszportowego w Komendzie Wojewódzkiej MO w Koninie, zostałem wezwany na rozmowę. Podczas niej urzędnik (który okazał się później pracownikiem SB) oświadczył mi, iż moja działalność polegająca na kolportowaniu podziemnych wydawnictw jest od miesięcy obserwowana. I że wobec powyższego nie mam szans na otrzymanie zgody na wyjazd. Odprawił mnie z kwitkiem i kazał pojawić się za kilka dni po ostateczną decyzję.

Byłem przerażony ogromem wiedzy, którą miał na mój temat. Zrozumiałem, że jestem od miesięcy pod czujną obserwacją SB. Gdy pojawiłem się ponownie, stwierdził, że jedyną szansą na otrzymanie zgody na wyjazd jest podpisanie deklaracji współpracy z SB. Ja wtedy nie myślałem już w kategoriach krótkiego wyjazdu i powrotu. Zobaczyłem, że jestem skonfrontowany z totalitarnym systemem, który stale będzie mnie miał na oku. Postanowiłem zatem opuścić Polskę na stałe. Podpisałem deklarację, której nie zamierzałem dotrzymywać. Nie chciałem bowiem wracać do PRL.

A jednak po kilku miesiącach Pan wrócił. Dlaczego?

Zdecydowały o tym dwa elementy. Miłość do mojej ówczesnej dziewczyny, a obecnie żony, która nie chciała zdecydować się emigrację i dołączenie do mnie. Oraz negatywne nastawienie wuja do mojego pozostania na Zachodzie. Uważał, że nie zawsze emigracja to najlepsze wyjście. Wróciłem więc i oddałem paszport. Nie rozmawiano ze mną o pobycie w Anglii.

Służba Bezpieczeństwa o Panu zapomniała?

Nie do końca, jak się okazało. Zadzwonili kilka tygodni później do akademika, zapraszając na spotkanie. Nie poszedłem. Zadzwonili ponownie. Odmówiłem, tłumacząc, że się do tego absolutnie nie nadaję. Dodałem też, że powstrzymam się od jakiejkolwiek nielegalnej działalności wymierzonej w PRL, ale o współpracy nie może być mowy. Więcej kontaktów nie było.

Z dokumentów wynika, iż wyrejestrowano Pana w maju 1980 roku.

Tak, stało się to w roku powstania Solidarności. Jednak data mego wyrejestrowania ma się nijak do stanu faktycznego, bo ja nie współpracowałem ze służbą bezpieczeństwa. Nawet jednego dnia. Dokumenty potwierdzają moje słowa. Nie ma w nich jakiegokolwiek śladu współpracy.

Po ujawnieniu teczki Pana sprawa trafiła do Biura Lustracyjnego IPN.

Tak, i zostałem oczyszczony, ponieważ było to jedyne zgodne z prawem rozstrzygnięcie.

Dlaczego Pan tak uważa?

Ponieważ nie było żadnych dowodów na współpracę. Do podpisania zobowiązania o współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa doszło w określonych okolicznościach, o czym zresztą napisałem w oświadczeniu lustracyjnym, które złożyłem na uczelni, chociaż większość środowiska naukowego była za odrzuceniem ustawy lustracyjnej. Niczego zatem nie ukrywałem, choć po niemal 40 latach nie pamiętałem zbyt wiele szczegółów. W dokumentacji archiwalnej IPN nie znaleziono śladu jakiegokolwiek donosu czy raportu pochodzącego ode mnie. Wedle obowiązujących przepisów podpisanie deklaracji współpracy i wybór pseudonimu nie oznacza jeszcze współpracy. Ona musi się zmaterializować. Przecież mogło się to odbyć pod przymusem, fizycznym lub psychicznym, jak w moim przypadku. Aby być tajnym współpracownikiem, trzeba realnie współpracować, tzn. wykonywać zlecenia, dokumentować to notatkami itp., uczestniczyć w szkoleniach i zachować tajność, a z mych akt wynika, iż o tym, co stało się w Biurze Paszportowym, poinformowałem od razu kilka osób. Informacja o tym fakcie jest w mojej teczce, podana przez tego, który na mnie donosił. Nie byłem zatem TW. Tym bardziej niegodziwe są stwierdzenia nazywające mnie esbekiem. Przecież takie sformułowanie dotyczyć może tylko osób zatrudnionych w tej służbie, pobierających wynagrodzenie etc.

Zawnioskował Pan o przeniesienie postępowania z poznańskiego IPN do innego oddziału. Dlaczego?

Zrobiłem to za radą mojego pełnomocnika, który zwrócił uwagę na przedłużające się postępowanie w poznańskim oddziale IPN. Jako strona nie mieliśmy wpływu na wybór konkretnego oddziału.

Dlaczego uważa Pan, że mogło chodzić o przeciąganie sprawy?

Wypełniając formularz paszportowy, nie wymieniłem nazwiska jednego z moich kuzynów. Przyjaźniłem się z nim, o czym służby zapewne wiedziały. On zaś kilka lat wcześniej, bodaj w 1976 roku, uciekł via Szwecja i Berlin Zachodni do USA. Przyjmujący mnie pracownik Biura Paszportowego oczywiście zauważył to pominięcie i zażądał uzupełnienia, co uczyniłem na odrębnej karcie, podpisując ją własnym imieniem i nazwiskiem. Nie była to zatem notatka TW „Wolfganga”. To było uzupełnienie dokumentacji paszportowej przez ubiegającego się o paszport Andrzeja Przyłębskiego. W tamtych czasach otrzymanie paszportu poprzedzone było uciążliwą, nieprzyjemną dla wnioskującego procedurą.

Niektórzy dziennikarze zarzucali jednak Panu, iż mógł Pan tym kuzynowi zaszkodzić.

Nie zaszkodziłem. Nie podałem żadnych szczegółów, w tym jego adresu. Kuzyn wiedział też, że dopóki nie dostanie obywatelstwa USA, nie wolno mu pojawić się w Polsce. Przyjechał do Polski jakieś 20 lat po tym zdarzeniu, już po upadku PRL. Jako Amerykanin. Uważa, że nie spotkały go z tego powodu nigdy żadne nieprzyjemności czy problemy. Co więcej – dołączyła doń w USA, jeszcze za PRL-u, niemal cała rodzina – brat i trzy siostry. I żadna z tych osób nie miała problemu z otrzymaniem paszportu, wielokrotnym wyjeżdżaniem do USA i z powrotem stamtąd. Kuzyn powiedział mi niedawno, że potwierdził to podczas przesłuchania w IPN. Nie zburzyło to naszych bardzo bliskich, dobrych relacji utrzymujących się do dziś.

Czy teraz, po zapoznaniu się ze wszystkimi dokumentami, wie Pan, kto brał udział w tej sprawie?

Początkowo myślałem, że to ktoś z licznej grupy studentów różnych kierunków, zamieszkujących ten sam akademik. Żyliśmy tam niczym komuna – muzykowanie, biesiady, dyskusje trwały często do białego rana. Ja, chłopak z niedużej wioski, nieświadomy macek, które miała SB, oraz przekonany o przysługującej mi wolności do debatowania, nie wahałem się pokazywać tych zakazanych publikacji innym i dyskutować o ich treści.

Jednak to był ktoś inny.

Tak. Z akt wynika, iż doniósł na mnie znajomy moich rodziców. Był emerytowanym wojskowym prokuratorem, jeśli się nie mylę. A teraz okazało się, że był także… rezydentem SB. Wbrew temu, co insynuują niektórzy dziennikarze, nie był żadnym „moim wychowawcą ideowym”. Mieszkał 300 kilometrów od ówczesnego miejsca mojego zamieszkania, przyjeżdżał tam raz na kilka miesięcy, w odwiedziny, bodajże do swoich rodziców. Nie wiem dokładnie, bo nasze relacje były luźne i najczęściej były to ostre dyskusje, wręcz kłótnie, bo on był przekonanym marksistą, a ja od momentu podjęcia studiów filozoficznych stałem się ostrym krytykiem Marksa. Na rozwój moich poglądów duży wpływ miały rozprawy prof. Leszka Nowaka, mego ówczesnego nauczyciela akademickiego, jednego z najwybitniejszych powojennych filozofów polskich. Twórcy tzw. antymarksowskiego materializmu historycznego, nowatorskiej historiozofii, działacza Solidarności, internowanego w grudniu 1981 roku. Do głowy mi wówczas nie przyszło, że funkcjonariusz systemu – wojskowy prokurator – może być ponadto wysokim funkcjonariuszem SB. I że zadenuncjuje syna swoich dobrych znajomych . Stąd moja otwartość wobec niego. Pokazywałem mu przywożoną z Poznania „bibułę” i ostro o tym dyskutowaliśmy. On zmarł przed wieloma laty. Dziś myślę, że niemal zrujnował mi życie.

Niemal?

Tak. Bo udało mi z tego wyrwać. I od tego momentu – a minęło niemal 40 lat – nie miałem żadnego kontaktu z jakimikolwiek służbami. Od powstania Solidarności sympatyzowałem z tym ruchem, jednak nie angażowałem się w politykę, koncentrując się najpierw na studiach (w ich trakcie założyłem rodzinę), a potem na badaniach naukowych. W trakcie przygody dyplomatycznej, jaką była praca w polskiej ambasadzie w Kolonii pod koniec lat 90., zobaczyłem, że automatyczne niejako przejście z sytemu totalitarnego do systemu wolności i narodowego samostanowienia nie udaje się. I że rozumiem tego powody, obserwując z bliska ówczesnych polityków, nie tylko postkomunistów, ciągle obecnych na scenie politycznej. Szczególnie ważne dla mojego politycznego dojrzewania były lata 1999–2005, gdy przebywaliśmy z żoną częściowo w Berlinie, a częściowo w Poznaniu.

Według „Gazety Wyborczej” został Pan „uśpionym agentem”, obudzonym w latach 90., już w nowej Polsce.

To, co napisała ta gazeta, jest niebywałą wręcz nikczemnością. Nie może się ona przy tym zdecydować, czy „wybudzono” mnie na początku lat 90., gdy otrzymałem prestiżowe stypendium Humboldta i wyjechałem do Niemiec na dwa lata, czy pod koniec lat 90., gdy podjąłem pracę na Wydziale Nauki Ambasady RP w Kolonii, czy też gdy przeniosłem się do Berlina i objąłem funkcję kierownika Wydziału Nauki i Kultury w polskiej ambasadzie. Tym jednak, co najbardziej oburza, jest to, że tego rodzaju wymysły, niepotwierdzone żadnym dokumentem, znajdują miejsce w Wikipedii. Pokazuje to, że także to „źródło wiedzy” nie ma mechanizmów zapobiegających autokompromitacji.

Jak tego rodzaju publikacje odbijają się na Pana obecnej pracy w Berlinie?

Irytuje mnie bezczelność rozmaitych polskich polityków czy dziennikarzy (bo niemieccy sobie na to nie pozwalają), szafujących co rusz sformułowaniami w rodzaju „TW Wolfgang” czy „esbek”, mimo jednoznacznego orzeczenia Instytutu Pamięci Narodowej.

Według „Gazety Wyborczej” jest Pan na salonach dyplomatycznych Berlina niezbyt mile widzianym gościem.

Wbrew jej doniesieniom jest wręcz odwrotnie. Jestem jednym z aktywniejszych ambasadorów w Berlinie. Zapraszany do debat i na indywidualne spotkania w całych Niemczech. W ubiegłym roku odbyły się konsultacje obu rządów przygotowane przez kierowaną przeze mnie placówkę. Jestem aktywny medialnie. Południowoniemiecka telewizja SWR zaprosiła mnie na dwugodzinną debatę na legendarnym Zamku Hambach o zagrożeniach dla demokracji, a berlińska telewizja TVB zrobiła ze mną ponadgodzinny wywiad, wyświetlony potem w prime time. W obecnej sytuacji spotkanie ze mną dla wielu dziennikarzy czy zachodnich polityków jest jedyną możliwością konfrontacji z prawdziwą, a nie zakłamaną wiedzą o tym, co się obecnie w Polsce dzieje.

Czy mógłby Pan podać jakiś przykład?

Często zaczynam swe wystąpienia od stwierdzenia, że jestem od 30 lat członkiem NSZZ „Solidarność” (na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu) i to, co się dziś w Polsce dzieje, uważam za próbę dokończenia wielkiego zrywu Solidarności. Gdy dwa lata temu powiedziałem to w Akwizgranie Timothy’emu G. Ashowi tuż po tym, jak otrzymał Nagrodę Karola, zdumiał się. Wielka szkoda, że autor, który w Niemczech uchodzi za eksperta od Europy Środkowo-Wschodniej, nie dostrzega tego. Jestem ambasadorem nie po to, by zaspokoić własne ambicje, ale by reprezentować i bronić interesów Rzeczypospolitej Polskiej. Dziś oznacza to tłumaczenie reform dokonywanych przez obecny rząd.

Cały wywiad w najnowszym numerze "Gazety Polskiej", dostępnym od środy w kioskach!

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska

Tagi

Wczytuję komentarze...

Rozmowy ministrów edukacji RP i Białorusi

/ https://twitter.com/MEN_GOV_PL

  

Minister edukacji narodowej Dariusz Piontkowski odbył dziś spotkanie z białoruskim ministrem edukacji Iharem Karpienką. „Głównym tematem rozmów było nauczanie języka polskiego na Białorusi” – poinformował szef MEN.

Jak powiedział minister Piontkowski, stronie polskiej zależy na tym, by na Białorusi „otwierane były klasy z nauczaniem języka polskiego tam, gdzie pojawiają się osoby chętne do nauki”.

„Druga sprawa to pozostawienie możliwości zdawania egzaminów maturalnych dla uczniów szkół z polskim językiem nauczania”

– powiedział Piontkowski. Wcześniej organizacje polskie alarmowały, że planowane zmiany w kodeksie edukacji doprowadzą do likwidacji takiej możliwości i konieczne będzie zdawanie matury w jednym z języków państwowych – białoruskim lub rosyjskim.

Minister edukacji powiedział, że „spotkanie pokazało, że jest otwartość strony białoruskiej na rozmowę o nauczaniu języka polskiego”.

„Na razie przekazaliśmy szczegóły do komisji dwustronnej. Tam są dwa albo trzy elementy, które dotąd budziły pewne kontrowersje, mamy nadzieje, że po tych rozmowach uda się doprowadzić do pozytywnego efektu” – oświadczył Piontkowski.

Dodał, że w trakcie rozmów polska delegacja zaproponowała także stronie białoruskiej możliwość dwustronnej wymiany młodzieży – „tak, jak Polska to robi z Niemcami, Ukrainą czy Litwą”.

Jak przekazał Piontkowski, minister Karpienka zadeklarował, że strona białoruska „nie widzi problemu w tym, aby mogły powstawać polskie klasy (klasy z nauczaniem języka polskiego – red.)”.

„Mamy nadzieję, że to przełoży się na praktyczne działania i na realną możliwość tworzenia takich klas w białoruskim systemie szkolnictwa” – dodał. Jak powiedział, władze białoruskie wskazują, że w dużej mierze decyzje takie leżą w gestii władz lokalnych, a język polski jest traktowany jak inne języki obce.

„My natomiast kładziemy nacisk na to, aby stworzyć ramy prawne, które pozwolą – tak jak jest to w Polsce – aby mniejszości narodowe mogły mieć swoje klasy, swoje szkoły, kultywować naukę języka, tradycji, historii”

– podkreślił Piontkowski.

Dlatego m.in., jak powiedział, zaprosił ministra edukacji Białorusi do odwiedzin w Polsce, „by mógł porównać rozwiązania polskie (kierowane do mniejszości białoruskiej – red.) i białoruskie”.

Na Białorusi języka polskiego w szkołach w różnej formie uczyło się w ubiegłym roku szkolnym blisko 13 tys. dzieci. Ponad połowa z tego przypadła na szkoły społeczne, działające przy organizacjach polskich. Ich przedstawiciele zwracają uwagę, że liczba uczniów szkół społecznych rośnie, ale jest to nie tylko efekt ogólnej tendencji, ale częściowo także wypierania języka polskiego ze szkół państwowych.

Na Białorusi działają dwie państwowe szkoły polskie w Grodnie i Wołkowysku (ich powstanie sfinansowała RP jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku). Oprócz tego w systemie szkolnictwa państwowego w niektórych białoruskich szkołach jest możliwa nauka języka polskiego jako przedmiotu lub w ramach zajęć dodatkowych.

Zarówno przedstawiciele Związku Polaków na Białorusi, jak i Polskiej Macierzy Szkolnej, mówią o tym, że obserwują stopniowe ograniczanie nauki języka polskiego jako przedmiotu i fakultetu.

W czasie dwudniowej wizyty na Białorusi minister Dariusz Piontkowski spotkał się z Polakami mieszkającymi na Białorusi i rozmawiał z przedstawicielami środowisk oświaty polskiej. W niedzielę wziął udział w rozpoczęciu roku szkolnego w Szkole Społecznej im. Króla Stefana Batorego, prowadzonej przy ZPB w Grodnie.

W poniedziałek w Mińsku minister Piontkowski odwiedził szkołę państwową nr 69, gdzie język polski jest nauczany jako jeden z przedmiotów.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl