"Rocketman": Elton John kładzie się na kozetkę. Ale jak! RECENZJA

Taron Egerton jako Elton John / fot. mat.pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl

Kontakt z autorem

  

Takie filmy jak "Rocketman" mają często u swoich źródeł jeden fundamentalny grzech pierworodny: są hagiograficzną laurką, a nie opowieścią o człowieku z krwi i kości. Twórcom produkcji poświęconej Eltonowi Johnowi udaje się tej pułapki uniknąć, a dzieło Dextera Fletchera choć momentami jest nieco przegadane, to oddaje złożoność życiorysu jednego z najbardziej utytułowanych artystów wszech czasów. Tak naprawdę "Rocketman" nie jest jednak jedynie biograficzną formą specyficznego hołdu złożonego Johnowi, ale i przyczynkiem do głębszej dyskusji o ponurej stronie świata muzyki przez wielkie "M", samotności czy roli rodziny w kształtowaniu charakterów i wrażliwości.

Ale po kolei. Film Fletchera jest swoistą podróżą, jaką tytułowy Rocketman (w roli Eltona Johna bardzo sprawny Taron Egerton) odbywa w ramach udania się na terapię, która ma pomóc mu wyleczyć go z szeregu nałogów, w jakie wpadł w trakcie swojej kariery artystycznej. Nie jest to łatwa wyprawa w czasie' obok miłych wspomnień i pięcia się w górę po szczeblach kariery muzycznej widz otrzymuje szereg scen, w których Reginald Dwight - tak bowiem brzmi prawdziwe imię i nazwisko artysty - mierzy się z nieobecnym, do bólu chłodnym ojcem, pogrążoną w emocjonalnym chaosie matką i własną nadwrażliwością, którą rozumieją jedynie babcia Reggiego i jego najlepszy przyjaciel Bernie. Ten ostatni zresztą, znany miłośnikom muzyki jako Bernie Taupin, będzie przez lata autorem tekstów do hitów, które fani Eltona Johna wyśpiewywali na koncertach idola i nucili pod prysznicem i za kółkiem.

Widz jest sprawnie prowadzony przez historię życia Eltona Johna - od najmłodszych lat jeszcze w ramach szlifowania warsztatu w Królewskiej Akademii Muzycznej, przez pierwsze występy w angielskich pubach i knajpach, na wielkiej karierze, jaką przyniosły mu USA kończąc. Każdy z kolejnych etapów ma swój niepowtarzalny klimat, jaki można wręcz chłonąć niemal wszystkimi zmysłami. Gdy mały Elton (jeszcze jako Reggie) stawia pierwsze kroki na drodze swojej wówczas - pożal się Boże - kariery, brytyjski świat wyzuty z emocji i oparty o suche relacje, jest wręcz namacalny, a klimat tamtejszych pubów niemal czuje się węchem z perspektywy kinowego fotela. I dalej - gdy John podbija pierwsze sceny w Anglii (a z czasem USA), jesteśmy świadkami, jak osobowość i charakter artysty dojrzewają na naszych oczach. Nie jest to jednorazowe wydarzenie, ale proces, który twórcy filmu oddali bardzo szczegółowo, nie oszczędzając samego bohatera. 

Chciałem, żeby widzowie zobaczyli, jak wielką cenę płaci się za sławę. Jak wielki wpływ na życie ma dzieciństwo i wychowanie. I jakie życie bywa samotne

 - mówił już po premierze filmu sam zainteresowany, który nie krył wzruszenia po premierze produkcji. I faktycznie, to się udaje; wraz z rozwojem kariery Eltona Johna gdzieś niepostrzeżenie rośnie i jego samotność, i wracające raz po raz traumy z dzieciństwa. W tym kontekście na szczególne odnotowanie zasługuje wątek dotyczący terapii (i jej wagi w życiu człowieka), jaką widz ma szansę zaobserwować. Krok po kroku, mierząc się z kolejnym trudnym momentem swojego życia, Rocketman oczyszcza się, wybacza sobie, dorasta, patrzy z innej perspektywy na szereg smutnych zdarzeń. Scena, w której kochany przez cały świat artysta walczy o choćby cień uwagi własnego ojca, ostentacyjnie ignorującego jego potrzeby i emocje, musi poruszyć nawet największego twardziela. 

Poza wszystkim "Rocketman" jest jednak fantastyczną podróżą po świecie brytyjskiej, a później także amerykańskiej muzyki - żonglerka utworami Eltona Johna, które wybrzmiewają w filmie, jest precyzyjnie zorganizowana, a widz nie ma okazji ani chwili się nudzić. Wraz z bohaterem upijamy się w angielskim zatęchłym barze, przeżywamy dramat relacji (lub ich braku...) rodzinnych, odpływamy na scenie wraz z niemal magiczną siłą scen i koncertów, wreszcie - precyzyjnie obserwujemy wrażliwość Rocketmana. W tym ostatnim wątku nie mogło zabraknąć i kilku scen związanych z homoseksualizmem muzyka, ale i ten aspekt raczej po prostu pojawia się w filmie, a nie jest jego osią. Sama produkcja to także interesująca refleksja o efektach ubocznych sławy, która gdy zaczyna sięgać dalej niż kilka lokalnych miasteczek, daje o sobie znać choćby w formie chorych ambicji, ostrej walki o gigantyczne pieniądze czy wreszcie wielkiej samotności artysty, który - wydawać by się mogło - złapał Pana Boga za nogi.

"Rocketman" to pięknie opowiedziana historia o artyście, który nieustannie walczy: chrześcijanie mogą w tej historii dostrzec okruchy nawrócenia i walki o to, by dobro gdzieś głęboko w człowieku wygrało ze złem, a świat był chociaż odrobinę lepszy. Inni wyciągną bardziej ogólną refleksję, na której końcu jest po prostu optymistyczny wniosek związany z poukładaniem sobie na nowo fundamentów dotyczących wartości, istoty spraw i problemów, które zaprzątają nam głowę. Mało? Jak na ostatnie kinowe hity to naprawdę coś.

Ocena: 8 /10

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Krytykują reformę sądów. Kim są „niezależni eksperci”? Mąż i były mąż... Gersdorf

Małgorzata Gersdorf / Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

  

Premier Mateusz Morawiecki zdecydował o skierowaniu do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o zbadanie zgodności z konstytucją przepisów prawa, które zostały zastosowane do wydania czwartkowej uchwały trzech izb Sądu Najwyższego. Na antenie jednej z komercyjnych stacji wypowiadał się na ten temat „niezależny ekspert”. Bohdan Zdziennicki ocenił, że działania premiera to „kompletny absurd”. „Krytykują reformę sądów, a kariery robili w PRL” – zwróciła uwagę Dorota Kania. Redaktor naczelna Telewizji Republika dodała, że jeden z tych „niezależnych ekspertów” to obecny mąż prof. Małgorzaty Gersdorf, drugi - wypowiadający się w podobnym tonie, to były mąż Gersdorf.

[polecam:https://niezalezna.pl/307570-premier-niektorzy-sedziowie-przypisuja-sobie-prawo-do-stanowienia-prawa]

W czwartek trzy izby Sądu Najwyższego podjęły uchwałę, w myśl której nienależyta obsada sądu jest wtedy, gdy w jego składzie znajduje się osoba wyłoniona przez KRS w obecnym składzie. Premier Morawiecki skierował wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z konstytucją przepisów prawa, które zostały zastosowane do wydania tej uchwały trzech izb Sądu Najwyższego.

"Chcę z całą mocą podkreślić, że ta sprawa jest bardzo poważną sprawą, ponieważ część sędziów Sądu Najwyższego przypisuje sobie prawo z jednej strony do stanowienia prawa, podczas gdy takie (prawo) ma wyłącznie Sejm i Senat, w porządku konstytucyjnym państwa polskiego. Po drugie - Sąd Najwyższy przypisuje sobie również kompetencje Trybunału Konstytucyjnego, czyli rozstrzygania czegoś, do czego powołany jest wyłącznie Trybunał Konstytucyjny"

– ocenił premier Mateusz Morawiecki.

[polecam:https://niezalezna.pl/307168-julia-przylebska-mowi-gazecie-polskiej-gersdorf-uzurpuje-sobie-nienalezne-prawa]

Dodał, że ma także kolejną wątpliwość, "w takim bardzo podstawowym czytaniu konstytucji", art. 144 i 179.

Moim zdaniem one są jasne, ale niech TK rozstrzygnie. Te artykuły mówią o tym, że to pan prezydent jest ostateczną instancją, która powołuje sędziów. Mało tego, jeśli występują jakiekolwiek nieprawidłowości w powoływaniu na wcześniejszych etapach procedury, to prerogatywa prezydenta sanuje te wątpliwości - powiedział szef rządu.

Nienależyta obsada sądu jest wtedy gdy w jego składzie znajduje się osoba wyłoniona przez KRS w obecnym składzie – wynika z czwartkowej uchwały trzech izb Sądu Najwyższego. Uchwała nie ma zastosowania do orzeczeń wydanych przez sądy przed dniem jej podjęcia. Wyjątkiem są orzeczenia Izby Dyscyplinarnej SN, w odniesieniu do której ma zastosowanie do orzeczeń tej Izby bez względu na datę ich wydania. W posiedzeniu nie uczestniczyli sędziowie z Izby Dyscyplinarnej i Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN oraz siedmioro sędziów z Izby Cywilnej SN. Uchwała została podjęta przy udziale 59 sędziów; do uchwały zgłoszone zostało sześć zdań odrębnych.

[polecam:https://niezalezna.pl/307536-premier-skierowal-wniosek-do-trybunalu-konstytucyjnego-chodzi-o-uchwale-sadu-najwyzszego]

Uchwała ta nie wywołuje skutków prawnych, została wydana z rażącym naruszeniem prawa – oświadczyło Ministerstwo Sprawiedliwości. Według ministerstwa, narusza ona m.in. art. 179 Konstytucji RP, który stanowi, że sędziowie są powoływani przez Prezydenta Rzeczypospolitej, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony.

Decyzję premiera komentują eksperci. Jeden z nich, Bohdan Zdziennicki, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, mąż Małgorzaty Gersdorf występując w TVN 24. w „Faktach po Faktach” odniósł się do wniosku Mateusza Morawieckiego. Ocenił go jako „kompletny absurd”.

– Premier nie ma takich kompetencji. To Sąd Najwyższy jest kontrolerem prawa, a premier nie ma takich uprawnień, aby kontrolować uchwały Sądu Najwyższego podjęte zgodnie z obowiązującym prawem

– przekonywał.

Jak tłumaczył, "w zakresie orzekania, korzystania z kompetencji, rozstrzygania rozbieżności w orzecznictwie jest właściwy tylko sąd". - Premier nie ma nic do powiedzenia – ocenił

Przypomniał jednocześnie, że Sąd Najwyższy realizował także wyrok unijnego Trybunału Sprawiedliwości, "bo sądy polskie są też sądami europejskimi".

W takiej samej roli wystąpił również kolejny „niezależny ekspert” – prof. Tomasz Giaro. Razem z kilkunastoma dziekanami stwierdził, że „obywatele stracą realne prawo do sądu niezależnego i niezawisłego”.

„Projekt w obecnym kształcie stanowi poważne zagrożenie dla funkcjonowania demokratycznego państwa prawnego i sądowej ochrony praw jednostki"

– pisali dziekani 15 wydziałów prawa polskich uczelni. Pod stanowiskiem z grudnia 2019 roku podpisał się również prof. dr hab. Tomasz Giaro.

Dorota Kania zwróciła uwagę na „niezależnych ekspertów”, którzy kontestują reformę sądów. „Kariery robili w PRL” – pisze redaktor naczelna Telewizji Republika i dodaje, że jeden jest mężem, a drugi byłym mężem prof. Małgorzaty Gersdorf.

Dziennikarka śledcza w rozmowie z portalem niezalezna.pl nie ma wątpliwości, że Zdziennicki i Giaro w swoich działaniach upatrują własnych korzyści.

Przykład sędziego Bohdana Zdziennickiego i profesora Tomasza Giaro pokazuje, że działania nadzwyczajnej kasty mają podstawy również w osobistym interesie

– powiedziała w rozmowie z niezalezna.pl Dorota Kania.

„Wystarczy przypomnieć karierę pana Zdziennickiego, który był doradcą Wojciecha Jaruzelskiego. Natomiast pan Giaro był stypendystą fundacji Humboldta i w czasach PRL-u pracował na Uniwersytecie w Bonn. To pokazuje, że jest to obrona własnych przywilejów, a nie żadna obrona sprawiedliwości, czy demokracji”

–  dodała redaktor naczelna Telewizji Republika.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts