Wyrok za przywłaszczenie obrazu Gierymskiego

obraz Maksymiliana Gierymskiego / wikipedia.org

  

Skazane na karę roku więzienia w zawieszeniu małżeństwo, które przywłaszczyło obraz Aleksandra Gierymskiego "Zima w małym miasteczku", dzieło z listy strat wojennych MKiDN, będzie dodatkowo musiało informować sąd o przebiegu okresu próby - zdecydował dziś Sąd Apelacyjny w Krakowie.

W dzisiejszym, prawomocnym wyroku, wydanym przez Sąd Apelacyjny w Krakowie, uwzględniono apelację prokuratury, która domagała się, aby skazani musieli informować sąd o przebiegu okresu próby.

Małżonkowie, Joanna W.-M. i Mariusz M., oskarżeni zostali o przywłaszczenie obrazu o wartości 800 tys. zł, stanowiącego "mienie o znaczącej wartości oraz dobro o szczególnym znaczeniu dla kultury". Zarzucono im także to, że "dokonali nieumyślnego uszkodzenia obrazu poprzez jego nieprawidłowe przechowywanie". Groziło im za to od roku do 10 lat więzienia.

Sąd Okręgowy w Krakowie w listopadzie ub.r. uznał Joannę W.-M. i Mariusza M. za winnych zarzucanych im czynów i wymierzył im karę roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na rok. Na oskarżoną nałożył również karę grzywny w wysokości 500 złotych, uzasadniając, że to na niej ciążył większy obowiązek zadbania o los obrazu, gdyż znajdował się on wśród rzeczy przez nią odziedziczonych. Dzieło znajdowało się na liście strat wojennych ministerstwa kultury.

"Tutaj należy zwrócić uwagę na tę okoliczność, że artykuł 284 stanowi o przywłaszczeniu cudzej rzeczy, czyli traktowaniu cudzej rzeczy w taki sposób, jakby się było jej właścicielem" - podkreślała w uzasadnieniu do czwartkowego wyroku sędzia Barbara Nita-Światłowska. W ocenie składu sędziowskiego, "należy zwrócić uwagę, ze względów edukacyjnych, na bardzo ważny element, a mianowicie różnicę między przywłaszczeniem a kradzieżą".

"Kradzież to wyjęcie rzeczy spod cudzego władztwa (...), natomiast przywłaszczenie to sytuacja, w której może być nawet tak, że (sprawca) legalnie wchodzi w posiadanie rzeczy, ale traktuje je jako rzecz własną, nie mając do niej prawa własności"

- podkreślono w uzasadnieniu.

Dzieło, które figurowało jako strata wojenna na liście obiektów utraconych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zaginęło w 1945 r., a miejsce jego pobytu ujawnione zostało dopiero w 2017 r. Okazało się, że znajdowało się ono w prywatnych rękach – Joanna W.-M. natrafiła na nie, przeglądając rzeczy swojej zmarłej w 2007 r. babci i przechowywała przez kolejne lata.

Przewodnicząca składu sędziowskiego w uzasadnieniu do dzisiejszego wyroku wyjaśniła, że w świetle prawa "dziedziczy się tylko takie składniki mienia, które stanowią własność spadkodawcy". Zwróciła również uwagę, że od momentu znalezienia przez małżonków obrazu do momentu, w którym ujawnili tę informację organom ścigania minęło aż dziesięć lat.

Od ubiegłorocznego wyroku odwołali się także obrońcy oskarżonych. Argumentowali oni m.in., że osób, które posiadają różnego rodzaju poszukiwane dzieła sztuki jest więcej, ale boją się one konsekwencji ujawnienia tego faktu. Oceniono, że tocząca się sprawa miała szansę stać się przykładem dla innych, że warto ujawniać te informacje. Apelacje nie zostały jednak uwzględnione.

Jak wynika z ustaleń prokuratury, obraz "Zima w małym miasteczku" w 1938 r. kupiło Muzeum Narodowe w Krakowie od antykwariusza Franciszka Studzińskiego. Po wybuchu wojny przejęli go Niemcy. W czasie okupacji przechowywany był w budynku Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, gdzie mieściła się siedziba Generalnego Gubernatorstwa. Wisiał w gabinecie oficera Kajetana Muehlmanna, który zajmował się zabezpieczaniem dzieł sztuki i skarbów kultury w Generalnym Gubernatorstwie. W 1945 roku Niemcy, wycofując się, podpalili budynek i ślad po obrazie zaginął.

Maksymilian Gierymski (1846-1874) był pejzażystą wywodzącym się ze szkoły monachijskiej. Choć żył zaledwie 28 lat, namalował około 100 dzieł, a jego obrazy były chętnie kupowane za granicą. Według specjalistów część z nich może się wciąż znajdować w prywatnych kolekcjach w Niemczech, Austrii, Wielkiej Brytanii, USA i w Ameryce Południowej.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...


Przez epidemię brytyjskie rolnictwo czekają trudne czasy. „Nie będzie owoców i warzyw w sklepach”

/ pixabay.com

  

Brytyjskie rolnictwo czekają trudne dni. Okazuje się, że przez epidemię koronawirusa nie będzie miał kto zebrać plonów. Pandemia zakłóciła pracę linii lotniczych, sprawiła, że wiele państw zamknęła swoje granice oraz spowodowała, że wiele osób po prostu boi się wyjeżdżać za granicę.

Zbiory warzyw i owoców w państwach Europy Zachodniej od lat opierają się na pracy robotników tymczasowych z biedniejszych państw, zarówno z UE, jak i spoza Wspólnoty. Od pewnego czasu są z tym jednak coraz większe problemy. Rozwój gospodarczy Polski i reszty państw Europy środkowo-wschodniej sprawił, że coraz mniej osób uważa pracę na zachodnich farmach za odpowiednio atrakcyjną finansowo. W Wielkiej Brytanii nałożyło się na to również zamieszanie wokół Brexitu. 

Prawdziwą tragedię spowodowała jednak epidemia Covid-19. Zakłóciła pracę linii lotniczych, sprawiła, że wiele państw zamknęła swoje granice oraz spowodowała, że wiele osób po prostu boi się wyjeżdżać za granicę. "Guardian" informuje, że efektem tego jest to, że do pracy na brytyjskich farmach w tym sezonie brakuje aż 90 tysięcy osób. Najgorsza sytuacja jest w przemyśle owocowym – tutaj aż 98% siły roboczej stanowią obcokrajowcy. 

Sytuacja jest poważna. Niektóre zbiory zaczynają się bowiem już za kilka tygodni. Jeżeli do tego czasu właścicielom farm nie uda się znaleźć pracowników, to plony mogą się zmarnować, co przełoży się na braki w zaopatrzeniu.

„Nie będzie owoców i warzyw w sklepach”

- stwierdziła Stephanie Maurel z organizacji Concordia

 „Szparagi i fasola zaczynają się za kilka tygodni, ogórki na początku kwietnia, pomidory przez cały rok"

- dodała.

Chcąc poradzić sobie z widmem braku pracowników właściciele farm usiłują rekrutować pracowników branży gastronomicznej, która z powodu koronawirusa spotkała się z falą zwolnień. Wątpliwe jednak aby to wystarczyło. Większe farmy wynajmują loty czarterowe, które mają przywieźć robotników z np. Ukrainy czy Białorusi, ale to bardzo drogie rozwiązanie, godzina lotu takiego samolotu na jedną osobę to ok. 250 funtów. Przedstawiciele organizacji zrzeszających rolników coraz częściej mówią, że w poniesieniu kosztów tych lotów powinien pomóc rząd. 
 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Guardian, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts