Relacje porwanych Polaków – dziś już sędziwych – trudno czytać bez oburzenia i rozpaczy. Po raz kolejny pojawiła się bowiem książka, która rozbija mit „cywilizowanych” Niemców i obnaża to przekonanie, który jeszcze jesienią 1939 roku było obecne w Polsce – że okupacja nazistów jest jednak bardziej stabilna niż sowiecki odpowiednik. Jeśli do dziś zestawia się dwie totalitarne okupacje, to ta hitlerowska ma wciąż opinię bardziej „uporządkowanej”, że nawet tamtejsze ludobójstwa były bardziej „nowoczesne”. Nie umniejsza to zbrodni niemieckich, ale pozwala odczuwać jakoby rzekomo wyżej rozwinięci Niemcy nawet podczas okupacji prezentowali mniej barbarzyńskie, choć nadal nieludzkie, sposoby eksterminacji. Choćby najmniejsze cienie tego przekonania prysną, gdy zagłębimy się w relacje tak niewinnych ofiar niemieckich szaleństw, jak kilkuletnie dzieci. Niczym niezawinione, potrzebne wielkogermańskiemu społeczeństwu dla zasilenia planów demograficznych, dla zbudowania licznego narodu.

Bestie pod płaszczem instytucji

Co z tego, że już 7 listopada Heinrich Himmler został komisarzem Rzeszy do spraw umocnienia niemieckości, powołując cały aparat wywożenia dzieci i germanizowania ich na terenach Rzeszy, skoro wykonanie tego zadania było brutalnym zadawaniem traumy i zwyczajnym porywaniem kilkulatków?

1 września 1943 roku w domu rodziny Sowów pojawili się Niemcy. „Przyjechały cztery samochody. Psy wparowały na podwórko, następnie karabiny niemieckie ustawiono w rogach”. Okupanci przyjechali po ukrywających się we wsi partyzantów, ale znaleźli też przebywających tam potajemnie Żydów. Nikt z Polaków nie chciał im zdradzić kryjówki. „Wzięli najmłodszego Piotrusia za nogi, idą pod mur, żeby go roztrzaskać i wrzucić do ognia”. Niemcy spalili Żydów, zastrzelili rodziców Ireny, Janiny, Józia, Piotrusia i Gienia, a dzieci postanowili zabrać ze sobą.

Pieriekowka po niemiecku

Choć to Sowietom przypisuje się najskuteczniejsze metody „prania mózgów” (tzw. Pieriekowka duszy), to i Niemcy okazali się być w tym mistrzami. Gdy rodzeństwo Sowów zaczęło się spotykać po latach, szczęśliwie układając sobie życie, pani Janina – nadal związana z bliskimi – pozostała już na zawsze: zniemczona. „Maksymilian Jadoch wie, że urodził się w 1936 roku gdzieś w Polsce. Ale gdzie? – czytamy w książce. – Tego nie wie. Nie wie, w jakiej miejscowości. Nie wie, kim byli jego rodzice. Nie wie, jak znalazł się w domu dziecka. Długo wierzył, że jest Niemcem”. Ale wcześniej przebywał w szeregach sierocińców, straszony przez sadystycznych opiekunów, wyzywany i karany zamykaniem w małej izbie, tęsknił za miłością, bliskością i normalnym życiem. Nic dziwnego, że na widok pięknej Niemki, Elisabeth, uznał ją szybko za swoją mamę. Nie protestowała, ale po wojnie nie upomniała się po Maksa. Po dwudziestu latach powiedziała Maksowi, że nie jest jego matką – ale znów skłamała. „Powiedziała mi, że była pielęgniarką w Auschwitz. Uratowała mnie jako żydowskiego noworodka. Byłem sierotą. Uwierzyłem jej wtedy” – wspomina pan Jadoch. Ci więc, co podejrzewali, że wraz z końcem wojny rozdarcie dzieci się skończyło, szybko przekonają się, że traumie nie mogło być końca. Nie ma tegoż końca i dzisiaj.

Rasizm po niemiecku

Już same pseudobadania, mające sprawdzić czy dziecko nadaje się do germanizacji, czy ma w sobie „aryjski” potencjał, dzieci wspominają jako wydarzenie niezrozumiałe i upokarzające. Selekcja następowała czasem na oczach rodziców, wraz z porywaniem, jak to miało miejsce pod Zamościem: „Za bramą obozu przeprowadzano pierwszą segregację, oddzielając dzieci od kobiet. – Opowiada w książce Agnieszka Jaczyńska. – Z  relacji i  wspomnień wiemy, że dochodziło tam do dantejskich scen. (…) Matki i opiekunki nie chciały oddawać dzieci. Jeżeli w pobliżu byli mężczyźni, to wyrywali się, by bronić rodzin”. Etap segregacji rasowej dopiero się jednak rozpoczynał. „W trakcie badań wyławiano dzieci, które posiadały cechy rasy nordyckiej. Dzieci były badane pod kątem wyglądu zewnętrznego, budowy czaszki, rozstawu oczodołów, koloru włosów i oczu” – wspomina Jaczyńska. Legendarna niemiecka precyzja służyła właśnie temuL „W 1940 roku w Poznaniu zrobiono przesiewowe badania społeczności polskiej”. – Czytamy w „Teraz jesteście Niemcami”. – „Uznano wówczas, że liczba osób, które spełniają kryterium nordyckie, nie przekracza u nas 15–18 proc. Później oszacowano, że może to być nawet 20–25 proc. Hitler oczywiście kazał te badania utajnić, ale był to sygnał, że istnieje baza do pozyskania dzieci z Polski”. Cała Polska została usiana punktami administracyjnymi, które realizowały proces germanizacji porywanych dzieci. „Już w 1940 roku powstaje w Łodzi specjalny obóz rasowy przy ul. Spornej 71/73  (dziś bł. Alojzego Pankiewicza 15) w klasztorze oo. Bernardynów”. Tak wspomina w Łodzi swój pobyt Urszula Jachowicz, która była stosunkowo starszą dziewczynką, w chwili porwania – miała bowiem 14 lat: „Zostałam w czasie obławy zabrana z domu i odesłana do obozu w Łodzi na ul. Spornej. Było to w 1941 roku. W obozie były przeprowadzane badania lekarskie przez całą komisję, fotografowano mnie. Przed wysłaniem mojego transportu jakiś Niemiec miał do nas przemówienie. Mówił po polsku, że jedziemy do Niemiec, że będziemy tam Niemkami, i życzył, abyśmy miały jak najwięcej dzieci, chociażby po 12. Mnie wywieziono z transportem do Kessel i przydzielono do domu SS-manna lekarza”.

Opór nawet u dzieci

Lektura niektórych fragmentów wywołuje uczucia bólu przemieszanego z podziwem. Skoro jedenastoletni Kazimierz Dybowski przetrwał trzy lata w niewoli niemieckiej i oparł się germanizacji, to jakiż w sobie musiał mieć upór, ale i głęboko zakorzenioną świadomość rozróżnienia dobra i zła. Po przydzieleniu go do niemieckiej rodziny, nadano mu nazwisko Pillersdorf. „Ponieważ nie chciałem się poddać procesowi germanizacji – wspomina pan Kazimierz – osadzono mnie w obozie pracy dla dzieci i młodzieży w Łodzi przy ul. Przemysłowej, gdzie przebywałem od 1942 do 1945 roku. (…) W czasie pobytu w obozie wstrzykiwano mi zastrzyki z nafty i inne. (…) Przypominam sobie, że po zastrzykach miałem podwyższoną temperaturę, bóle głowy powodujące utratę przytomności, a po jednym z zastrzyków znalazłem się w szpitalu. Zastrzyki robiono w obozowej izbie chorych dzieciom wybranym przez odliczanie co dziesiąty”.

Z książki wynika, że oszacowanie wywiezionych z Polski dzieci jest niezwykle utrudnione, ale ilość jest liczona na pewno w dziesiątkach tysięcy. Nie wiemy więc ile procent porwanych wróciło po wojnie do domu, ale zdecydowana mniejszość. Do dziś wielu starszych obywateli RFN nie wie, że pochodzi z Polski – wspomnienia zatarły się w wojennej zawierusze, być może zostały wyparte. W połowie XX wieku było niemożliwe poszukiwanie swojej rodziny bez przywołania nazwiska ojca, miejsca urodzenia, nazwy szkoły – a te informacje, zostały zagłuszone specjalnym praniem mózgów.

Mimo że w tym roku minie 80 lat od wybuchu II wojny światowej, to skutki niemieckiej agresji są nie tylko widoczne, ale nadal kształtują świat. Oprócz zmiany granic, zmiany sojuszy politycznych i zrujnowania gospodarki – zginęły miliony ludzi, a setkom tysięcy złamano życie. Książka „Teraz jesteście Niemcami” (wydawnictwo M), pozwala zrozumieć, dziś już nieco zapomniany, a przecież nadal trwający – dramat ofiar niemieckiego totalitaryzmu.

Tekst ukazał się w Gazecie Polskiej Codziennie, nr 2340 z dnia 30 maja 2019 roku