Scott Jurek nie wygląda, jakby potrafił przemierzyć jednym ultramaratonem Szlak Apallachów – turystyczną trasę liczącą 3540 kilometrów, zwłaszcza że dokonał tego w 46 dni, 8 godzin i siedem minut. O swoich wyczynach opowiadał w Polsce we wtorek 26 marca, gdy przyjechał odwiedzić nasz kraj i prezentować swoją najnowszą książkę: „Północ. Jak odnalazłem siebie na Szlaku Appalachów”. Ma 45 lat, ale śmiało można mu odjąć 7 lat, młodego wyglądu przysparza mu atletyczna sylwetka, żywotność, pogodny uśmiech. Nieprzypadkowo jego nazwisko brzmi swojsko – jeden z najtwardszych biegaczy w dziejach ma polskie korzenie. „Moja Babcia co prawda nie urodziła się w Polsce, ale w domu mówiła i czytała po polsku” – mówi „Gazecie Polskiej” Scott Jurek. Choć on sam nie zna polskiego (poza popularnymi „jak-się-masz?” czy „dzię-ku-je”), po swoich dziadkach wyniósł przekonanie, że „polskość oznacza dumę”. Jednak jego światowa sława wywodzi się z czego innego – weganin Jurek potrafi wpaść w taki tryb wysiłku fizycznego, że pokonuje setki kilometrów, jedynie z codzienną przerwą na kilka godzin snu.

Walka psychiki z organizmem

Zmęczenie na ekstremalnej trasie nie jest już zwykłą niechęcią do dalszego wysiłku – to już konkretny ból, którym organizm zmusza Cię do zaprzestania biegu. Jednak ultramaratończycy potrafią ujarzmić ból z wprawą tresera dzikich zwierząt. „Jeśli przygotujesz się na zmęczenie i ból, to łatwiej ci przyjdzie to znieść” – opowiada „Gazecie Polskiej” Jurek. Sportowiec twierdzi, że „współcześnie ludzie nawet nie chcą wiedzieć czym jest ból, unikają go za wszelką cenę. Samo ryzyko ich paraliżuje, ale bez tego nie da się osiągnąć sukcesu” – przekonuje. Gdy na Szlaku Apallachów przychodziło mu zdobywać kolejne szczyty, organizm się buntował. Jurek odkrył jednak, że ból często okazuje się tymczasowy. „Coś co piętnaście minut temu wydawało się nie do zniesienia , nagle staje się igraszką” – zapewnia ultrabiegacz i opowiada o tym, że strach i ból można poznawać stopniowo, można go wręcz oswoić. Jednak ponad 46 dni na szczytach Apallachów dostarcza wiele wrażeń – człowiek poznaje siebie, zanurza się w zjawiskach przyrody, pokonuje swoje słabości.

Tysiąc sześćset kilometrów w 14 dni

Również polski ultras Paweł Żuk nie wygląda na tytana sportu – niezwykle szczupły, młodszy od Jurka o dwa lata, ale biegać zaczął dopiero w wieku 36 lat. Miał wówczas nadwagę (103 kg przy 184 cm wzrostu), nie uprawiał sportu, a przed trzydziestką przeszedł zawał serca. W 2012 roku obiecał synowi, że weźmie udział w biegu na 10 kilometrów, ale wyzwanie okazało się trudniejsze, niż przypuszczał – w połowie drogi chciał poddać. „Ale zaraz potem zaświtała myśl: co z synem? Przecież czeka na mnie na mecie. Musiałem dociągnąć do końca. Wszyscy mnie wyprzedzali, nawet jacyś dziadkowie, dosłownie każdy. Dobiegłem do tej mety, ale już myślałem, że nie dożyję” – śmieje się Paweł w rozmowie z „Gazetą Polską”. W styczniu 2019 roku polski ultras był jedenastą osobą na świecie, która ukończyła nieprawdopodobny bieg w Atenach na 1600 kilometrów – Żukowi zajęło to 14 dni, 20 godzin, 2 minuty 26 sekund.

Zdrowie ultrasów

Lekarze wskazują, że długodystansowcy cierpią na przeciążenia stawów, mają kłopoty z kolanami a ultramaratony obciążają także organy wewnętrzne, np. wątrobę. Paweł Żuk komentuje takie przestrogi z uśmiechem: „Biegacze cały czas są bombardowani ostrzeżeniami, żeby nie biegali bez odpowiedniego sprzętu, badań, że są za starzy, że się nie nadają. A w biegach ultra spotykamy ludzi, którzy po pięćdziesiątce odnoszą największe sukcesy i mają z tego niewyobrażalną radochę, ale też są dzięki temu zdrowsi” – przekonuje. „Oczywiście zdarza się, że ludziom się coś naciągnie, nadwyręży, przyjdzie jakaś kontuzja – ale to się w równej mierze zdarza kanapowcom, zwykłym biegaczom jak i ultramaratończykom. Ciągle słyszę, że jak będę biegał co tydzień maraton, to mi się stanie to i owo, a biegam tak już od pięciu lat i co? I czuję się świetnie – mogę przebiec 1600 kilometrów” – dodaje z rozbrajającą pogodą ducha.

Najważniejszy krok

„Mam na warszawskim Tarchominie taką grupę, z którą regularnie biegamy” – opowiada Żuk. „Ludzie przychodzą, patrzą na siebie i mówią: kurczę, temu się udało, to czemu mnie ma się nie udać? Miło się na to patrzy, zresztą połowa z nas to już ultrasi. Każdy ma swoje wyzwania, jedni biegają maratony, inni wybierają trasy w górach po 100-150 kilometrów i dają radę”. A jakie są różnice między ultrasami, maratończykami i zwykłymi biegaczami. Grecki superbiegacz z Grecji, dziś już 63 letni Janis Kuros, przekonuje w swoich artykułach, że prawdziwi ultrasi zaczynają się od twardzieli, którzy mogą biec 24 godziny non stop. Paweł Żuk opowiada, że najciężej jest się przełamać i ruszyć w trasę, że dla niego „pierwszy bieg okazał się najważniejszy, pierwszy kryzys okazał się największy, a później było już tylko lepiej”. Scott Jurek początek wielkich wyzwań widzi podobnie. „Jeśli ktoś waży 150 kilo, ale pewnego dnia wychodzi z domu, zaczyna spacerować, maszerować, a potem biec – pokonuje sam siebie” - zapewnia. „To osobiste doświadczenie wyznacza Twoją granicę – czasem najwspanialszy bieg w życiu zaczyna się od włożenia butów i otwarcia drzwi”.

Tekst ukazał się w tygodniku „Gazeta Polska” nr 17 z 24 kwietnia 2019.