Niemcy zzieleniały

Sądny dzień dla SPD, czyli podwójna porażka w wyborach do Parlamentu Europejskiego i samorządowych w Bremie. Triumf Zielonych na zachodzie kraju i Alternatywy dla Niemiec (AfD) w postenerdowskich landach, gorzkie zwycięstwo chadeków i powracające z nowym impetem pytanie: czy Zieloni zastąpią socjaldemokratów przy boku CDU/CSU? Klimat powyborczy w Niemczech zwiastuje ciekawe przetasowania.

W Bremie, najmniejszym kraju związkowym Niemiec, socjaldemokraci od 1946 r. wystawiali burmistrza. I świat był w porządku. Do 26 maja 2019 r. Po 73 latach rządów SPD partia traci władzę, a jeden z najbardziej okrutnych dla socjaldemokratów scenariuszy przewiduje jej utratę na rzecz CDU. Partnera, który – nie da się ukryć – na szczeblu federalnym doprowadził socjaldemokratów w ciągu kilkunastu miesięcy do politycznej ruiny. Na czołowego kandydata CDU w Bremie, przedsiębiorcę i nową twarz w polityce, Carstena Meyera-Hedera, głosowało od 25,5 do 26,5 proc. Socjaldemokraci otrzymali ok. 24,5 proc. głosów. Szefowa SPD Andrea Nahles twierdzi, że nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć koalicję z SPD, Linke i Zielonymi, ale to na razie pieśń przyszłości.

Schulz marzy o powrocie

Nahles ma bowiem podwójny problem. Fatalne wyniki SPD nie tylko w Bremie, lecz także i w wyborach do Parlamentu Europejskiego obnażyły słabość jej przywództwa i kryzys trawiący partię od wyborów do Bundestagu w 2017 r. A ciosy są dotkliwe i padają z kilku stron. Ten, który przyniosły wyniki wyborów do PE, należy do najbardziej bolesnych.

Jeszcze nigdy w ogólnokrajowych wyborach SPD nie przegrało wyścigu z Zielonymi, a teraz okazuje się, że aż 1,32 mln wyborców, którzy głosowali na socjaldemokratów, odpłynęło do Zielonych. SPD uzyskało zaledwie 15,8 proc. głosów, Zieloni 20,5 proc. CDU/CSU 28,9 proc. Na czwartym miejscu uplasowała się Alternatywa dla Niemiec z 11 proc. Wynik ten potwierdził to, o czym w kuluarach mówiono od miesięcy, czyli rosnące znaczenie Zielonych i słabnącą w zawrotnym tempie pozycję socjaldemokratów, dla których decyzja o zawiązaniu kolejnej, wielkiej koalicji z chadekami może zakończyć się bolesnym upadkiem.

Media niemieckie nazajutrz po wyborach prześcigały się w czarnych scenariuszach dla SPD, a w dniu wyborów nawet sami politycy partii nie szczędzili jej gorzkich słów.

Sigmar Gabriel, były szef SPD, zdegradowany po wyborach do Bundestagu przez stronnictwo Andrei Nahles do rangi zwykłego posła, w popularnym programie dziennikarki Anne Will krytykował kierunek, a raczej brak kierunku SPD. Jego wypowiedzi odebrano w SPD jak kopanie leżącego i potępiono, zwłaszcza że Gabriel niedawno zapowiedział swoje pożegnanie z polityką. Publiczne rozliczanie się z liderami politycznego matecznika na odchodnym nie zostało dobrze przyjęte. Podobnie jak pogłoski o planowanym powrocie do gry Martina Schulza. „Bild am Sonntag” cytował wypowiedź anonimowego posła: „Martin całkiem jasno zapowiedział, że zmierzy się z Andreą. Nie ma nic do stracenia. Alternatywą byłoby grzanie ławki rezerwowej do końca kadencji, a potem emerytura”. Wygląda na to, że upiory przeszłości w osobach znokautowanych kolegów partyjnych nie dadzą Andrei Nahles spokoju.

Reitschuster: odrealnione SPD, pompowanie Zielonych

Zdaniem Borysa Reitschustera, komentatora niemieckiej polityki, podstawowy problem SPD polega na tym, że partia straciła kontakt z rzeczywistością. – Kasta liderów uprawia zideologizowaną politykę, oddalając się od swojego elektoratu. Jeżeli SPD diametralnie nie zmieni nastawienia, dozna kolejnych porażek i skończy się jej przygoda z wielką koalicją. Na razie będą się ratowali zmianą na górze, prawdopodobnie Andrea Nahles zostanie zastąpiona kimś innym, ale to nie są zmiany wieszczące przełom, raczej doraźne ratowanie sytuacji – mówi Reitschuster w rozmowie z „Codzienną”. Publicysta dodaje, że Zieloni i tak od pewnego czasu grali drugie skrzypce w wielkiej koalicji, a mediom publicznym zarzuca nadmierną promocję ekopartii. – Media publiczne zachowują się jak osobisty rzecznik prasowy Zielonych, to niedopuszczalne. Poza tym, czytając komentarze powyborcze w niemieckiej prasie, można odnieść wrażenie, że cała Europa zzieleniała, a tak nie jest, owszem Zieloni mają niezły wynik, ale nie sposób realiów polityki niemieckiej przekładać na całą Europę – dodaje.

Prof. Engels: Żelazna kurtyna wcale nie upadła

Profesor David Engels, analityk Instytutu Zachodniego, nie kryje zaskoczenia wynikami wyborów w Niemczech. W rozmowie z „Codzienną” stwierdza, że choć rezultaty nie odbiegają znacznie od ostatnich prognoz, i tak szokują. – One szokują, ponieważ potwierdzają na kilku płaszczyznach pęknięcia polityczne w Europie. Po pierwsze to, że Niemcy po raz kolejny w swojej historii są w Europie politycznym outsiderem. Podczas gdy ich sąsiedzi stawiają na partie konserwatywne, postulujące zreformowanie struktur Unii Europejskiej, w Niemczech zatriumfowała kontynuacja polityki Angeli Merkel. Poza tym uwidacznia się coraz ostrzejszy podział na zdominowany przez AfD wschód i zachód oczarowany Zielonymi jako najczystszą postacią politycznie poprawnego, ekosocjalistycznego nastawienia. To bez wątpienia historyczny triumf Zielonych. Konkluzja jest jednak taka, że nawet 30 lat po upadku muru między wschodem a zachodem nadal wisi żelazna kurtyna. I ta przepaść między hegemonialnym „motorem Europy” a resztą kraju, która długo pozostawała w tyle, będzie się jeszcze bardziej pogłębiała. Na poziomie zaś całej Unii Europejskiej możemy się spodziewać kontynuacji kryzysu tożsamości w sytuacji, gdy Europa rozpaczliwie potrzebuje jedności – tłumaczy prof. Engels.

Borys Reitschuster, zapytany o ocenę kondycji CDU po wyborach do PE, stwierdza, że jest ona dramatyczna, a głównym winowajcą tego stanu jest Angela Merkel. – Jeżeli CDU chce przetrwać, powinna zmusić Merkel do ustąpienia ze stanowiska kanclerza, nie sądzę jednak, by to nastąpiło w najbliższym czasie. Nie podoba mi się poza tym negatywny obraz Polski kreowany przez CDU. To nie jest w porządku – mówi Reitschuster. Rozmówca „Codziennej” nie wyklucza, że Angela Merkel mimo niedawno złożonej deklaracji może się ubiegać o jakieś wysokie stanowisko w strukturach UE. – Ja wiem, że Merkel odżegnywała się od dalszej kariery w Brukseli, ale kiedyś wykluczała transformację  energetyczną, by ją później wdrożyć, więc pożyjemy, zobaczymy. Nie zdziwiłbym się, gdyby się nagle okazało, że zajmuje wakat po Jeanie-Claudzie Junckerze czy Donaldzie Tusku – kończy.

Tymczasem w AfD…

11 proc. w wyborach do PE i ponad 6,3 proc. w wyborach regionalnych w Bremie to satysfakcjonujące wyniki dla Alternatywy dla Niemiec (AfD). Potwierdziły się ostatnie przed wyborami prognozy wskazujące na AfD jako najsilniejszą siłę polityczną we wschodnich landach przed ważnymi wyborami do landtagów Brandenburgii, Saksonii i Turyngii.

W oświadczeniu przesłanym „Codziennej” Georg Pazderski, szef berlińskich struktur AfD, triumfuje:

„AfD odniosła sukces w Brukseli i w Bremie mimo bezprecedensowej nagonki na nas (…). Teraz nasi posłowie zasiadają we wszystkich ważnych parlamentach i stanowią w nich jedyną prawdziwą siłę opozycyjną. Będziemy zmieniali nasz kraj na lepsze. Nie można już sobie wyobrazić sceny politycznej bez AFD bez względu na to, jak bardzo stare partie chciałyby się nas z niej pozbyć”.

A pozbyć chce się nadal wielu, ale i Alternatywni nie należą do pokojowo nastawionych. Przewodniczący AfD Alexander Gauland już wskazał na głównego wroga ideologicznego, zapowiadając ostrą walkę na jesieni. Tym wrogiem są Zieloni. Czyli wychodzi na to, że Zieloni są wrogiem prawie wszystkich: SPD ponieważ odebrali im ponad milion głosów i są na dobrej drodze, by zastąpić socjaldemokratów w koalicji z CDU/CSU, Zieloni są też wrogiem postkomunistów z Linke, którym zrabowali 600 tys. głosów, i jeszcze gryzą się z Afd, która dostrzega w nich zagrożenie dla konserwatywnej odnowy Niemiec. Niemcy faktycznie zzieleniały.

 


Źródło:

Olga Doleśniak-Harczuk
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo