Komuniści natarli w południe podzieleni na dwie grupy – jedną  zmierzającą od Wierzchoniowa, i drugą idącą wąwozem zwanym Gibiennym Dołem. Znakiem rozpoznawczym był podwinięty lewy rękaw kurtek mundurowych. Przodem szli znający te tereny ubecy, za nimi dowódcy sowieccy. Mimo czujności pojawienie się nieprzyjacielskiej tyraliery było dla partyzantów zaskoczeniem. Część oddziału „Orlika” odpoczywała właśnie po długim marszu. Przed tyralierą jechały samochody pancerne i transportery, które otworzyły huraganowy ogień z ciężkiej broni maszynowej. Partyzanci zaczęli się chaotycznie bronić. Na pomoc przyszedł im II pluton pod dowództwem por. „Świta” atakując we flankę nacierających enkawudzistów. Wreszcie nastąpiło kontrnatarcie I plutonu, które pomogło żołnierzom podziemia wyrwać się z okrążenia. Tymczasem Bernaciak wraz ze swoimi ludźmi – „Spokojnym”, „Mścicielem”, „Nieczują” i „Czarnym” szli ścieżką na szczyt zalesionego zbocza. Nagle natknęli się na ośmiu ludzi w sowieckich i polskich mundurach z podwiniętymi lewymi rękawami. Było to dowództwo grupy operacyjnej – m.in. naczelnik Wydziału do Walk z Bandytyzmem WUBP Lublin kpt. Henryk Deresiewicz oraz zastępca PUBP w Puławach por. Aleksander Ligęza ps. „Armata”.„Orlik” poznał ich i otworzył ogień, a następnie wykorzystując zamieszanie spowodowane utratą dowódców, zepchnął sowietów do wąwozu i rozpoczął ich likwidację. Zwycięstwo było całkowite.

Bitwa w Lesie Stockim została upamiętniona napisem na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.