Gdy 14 sierpnia 2006 roku po Niedzielnej Mszy świętej ojciec Hanna został zatrzymany przez muzułmańskich ekstremistów, wiedział, że to nie jest zwykły napad. Następnych 28 dni jego życia było pełne dynamicznych wydarzeń, cierpienia i nadziei. Jeśli dla chrześcijanina Miłosierdzie wydaje się abstrakcyjne lub trudne, to spotkanie z „porwanym w Iraku” może przynieść wiele zrozumienia. Porywacze uprowadzili duchownego jako szefa lokalnej wspólnoty chrześcijańskiej, gdy właśnie wyznawcy Chrystusa doznają w tamtych terenach coraz gorszego traktowania, a nawet i prześladowań. Ani wyzwiska, ani groźby, ani dotkliwe bicie nie złamało ojca Hanny i nie zmusiło do porzucenia wiary katolickiej na rzecz islamu – a o to porywaczom chodziło. „Skuliłem się w kłębek w kącie i przed każdym ciosem osłaniałem się rękami uniesionymi nad głową, gdy tymczasem oni nie przestawali pytać [o zmianę wyznania – red.] i wymierzać ciosów” – opisuje biskup w relacji. „Kiedy kolejny z ciosów wymierzono mi prosto w plecy, wygiąłem tułów w obawie że połamią mi kości i spowodują trwałe kalectwo” – wspomina.

Trudno nie wzburzyć się na takie traktowanie. Czy więc świat islamski nie potrzebuje zachodniej krucjaty, która zrobiłaby porządek w niespokojnym świecie muzułmanów? „Bliski Wschód potrzebuje miłości, potrzebuje przede wszystkim stabilności i współpracy” – mówi „Gazecie Polskiej” ojciec Hanna. Czyżby? Czytelnicy naszego tygodnika wiedzą o scenach z udziałem muzułmanów w miastach zachodniej Europy i widok rozwrzeszczanych i zuchwałych Arabów drwiących z europejskich wartości nie napawa nas sympatią.

Czego potrzebują muzułmanie

A jednak biskup znajduje dla nich wiele zrozumienia. O jednym z porywaczy, zajmujących się w grupie ekstremistów czyszczeniem broni, pisze, że „dla tego młodego człowieka obecne zajęcie było jednym z niewielu dostępnych dla niego, chciał, abym to zrozumiał”. Zresztą pokojowe nastawienie, pokora i oznaki życzliwości ze strony porwanego, przyniosły konkretne owoce. Oprócz dialogu z jednym z szeregowych ekstremistów, oprócz wymiany zdań i wspólnych opowieści, muzułmanin zdobył dla duchownego paracetamol, łamiąc dane mu rozkazy poprzez pomoc chrześcijaninowi. Dlatego w rozmowie z „Gazetą Polską” duchowny przekonuje, że państwa Bliskiego Wschodu przede wszystkim potrzebują stabilności i takich rządów, które nie będą rozgrywać religijnych niesnasek w tej mozaice kultur na swoich terytoriach. Trudno jednak nie zapytać jak to zrobić, skoro wszystkie kraje islamskie tak daleko odbiegają od standardów demokratycznych. Biskup uśmiecha się i przyznaje: „To jest problem, nie przeczę, że jest to długa droga, ale przecież w takich krajach jak Jordania czy Indonezja, być może też Emiraty Arabskie, choć daleko do doskonałości, to jednak społeczeństwa mogą tam liczyć na stabilność i klarowne prawo” – przekonuje duchowny. To ważne świadectwo – przecież ojciec Hanna poczuł radykalizm muzułmanów na swoich kościach.

Próba ucieczki

Więźniowie totalitarnych reżimów nieraz wspominają, że w niewoli łatwiej jest przeżyć jak człowiek nie myśli o przyszłych i odległych sprawach, tylko skupia się na następnych chwilach, przeżyciu, zdobycia kolejnej racji żywnościowej czy wyspaniu się. Zofia Kossak, torturowana podczas niemieckiej okupacji, liczyła swoje wybite zęby, modliła się, myślała o swoich bliskich – a nie o dalekosiężnych planach „co będzie, gdy?”. Ojciec Hanna także przyznaje, że myśli o bliskich – rodziny, przyjaciół i parafian, dodawało mu siły, ale też podjęta przez duchownego próba ucieczki nie była wcześniej planowana, czy nawet oczekiwana. Po prostu zdarzyło się, że strażnik go na chwilę opuścił, że więzy pętające jego nadgarstki były luźniejsze, po prostu nikogo nie było w okolicy, można więc było biec. Przepłynięcie rwącej rzeki okazało się jednym z najcięższych wyzwań w jego życiu. „Prę przed siebie. Mój umysł oczyszcza się. Żyję tylko tu i teraz. Tylko to się liczy. Każda sekunda jest wszystkim. (…) Wokół mnie jest tylko woda” – relacjonuje w książce walkę z silnym nurtem. Jakże dobrze jest widzieć duchownego, już bezpiecznego, siedzącego na tyłach Zgromadzenia Sióstr Uczennic Boskiego Miłosierdzia w Warszawie. Dziś mówi już ze śmiechem: „Tak, umiem pływać, idzie mi to bardzo dobrze”. Gdy jednak przyszło to udowodnić, nic nie było do końca pewne, a i wątek ucieczki kończy się w sposób nieoczekiwany. Książka potrafi dostarczyć zwrotów akcji jak powieść sensacyjna.

Cierpienie i przebaczenie

„Czasami myślałem, że było to zaproszenie do męczeństwa” – wspomina w książce. „Wówczas postrzegałem to jako wezwanie. A przygotowując się na możliwość, że zakończy się to śmiercią, modliłem się o to, abym dobrowolnie ją przyjął” – opisuje. Dlatego biskupa należało zapytać o to, co najtrudniejsze w postawie chrześcijańskiej – czy nienawidził swoich oprawców? Duchowny bierze głęboki oddech, a przeciągająca się chwila ciszy świadczy o jakiejś wewnętrznej walce. „Tak. Były takie chwile” – dodaje ze wstydem. Gdy czuł ból, słyszał wyzwiska, a ciosom pięści nie było końca, czuł wobec porywaczy nieomal wszystko co najgorsze. „Ale pan redaktor musi wiedzieć, że były też momenty przebaczenia. Tych było więcej, były głębszym przeżyciem, a przede wszystkim oczyszczały także mnie” – puentuje duchowny. Biskup Saad Sirop Hanna udowodnił, że chrześcijańskie świadectwo wiary ma głęboki sens i pozwala lepiej zrozumieć rzeczywistość. Warto o tym pamiętać w laicko-ateistycznej Europie.

Tekst ukazał się w tygodniku „Gazeta Polska” nr 20 z 15 maja 2019 r.