Wyborcze niebo nad Berlinem z polskim akcentem

  

Majowy Berlin. Do wyborów do Parlamentu Europejskiego zostało kilka dni. Niemiecka stolica w niemrawym nastroju kampanijnym, na Charlottenburgu uliczni kaznodzieje wieszczą koniec świata, na głównej ulicy handlowej, czyli słynnym Kudammie, trwa wystawa oldtimerów, kafejki Ostkreuzu są tak zapełnione, że szpilki nie wciśniesz. O zbliżających się wyborach świadczą tylko latarnie oblepione partyjnymi plakatami. Piętrowe konstrukcje z hasłami AfD, Linke, prześmiewczej Die Partei czy Zielonych układają się w egzotyczne koalicje.

Sami berlińczycy są raczej nieczuli na hasła wyborcze. Polityka nie stanowi tematu rozmów – chyba że wkrada się w nie wątek Angeli Merkel. Dyskutowanie o Merkel jest na topie. A tak poza polityką w oczy rzuca się pewna prawidłowość. Zachodnia część miasta żyje rytmem kawiarni i restauracji, zaś im dalej na wschód, tym smutniej. Nigdzie indziej w Niemczech podział na Ost i West nie jest tak odczuwalny jak tutaj, w samym centrum dowodzenia rządu federalnego.

Czerwony Lichtenberg

„Europa to wolność. Wybierz Europę” – wita podróżnych billboard na dworcu Berlin Hauptbahnhof. „Najlepszą odpowiedzią na Europę jest… Europa” – przekonują Zieloni. Nieco dalej, kierując się na wschód, w dzielnicy Lichtenberg, postkomuniści z Linke chcą wywłaszczenia bogaczy i przydzielenia mieszkań potrzebującym. Idealne wyczucie czasu. Teraz, kiedy nawet socjaldemokratów ze współrządzącej na szczeblu federalnym SPD dopadł wirus debaty wywłaszczeniowej, temat nie schodzi z czołówek gazet. Historycy, politycy i dziennikarze zadają sobie pytanie o spuściznę Marksa, o to, czy na serio można upaństwowić koncern BMW i dlaczego młodzi Niemcy dają się uwieść ostalgii.

Niemiecka Partia Komunistyczna (DKP) nie załapała się na dyskusję o kolektywizacji i wywłaszczeniu, żąda za to jednolitej płacy minimalnej we wszystkich państwach UE. Stawka ma wynosić 15 euro na godzinę i przywrócić „solidarność europejską w miejsce konkurencji”. Towarzysze domagają się ponadto opieki medycznej zamiast czołgów i ubolewają nad tym, że Unia Europejska nie stanie się już nigdy Unią Robotników i Robotnic. 

Lichtenberg, mimo blisko 30 lat od zjednoczenia Niemiec, wciąż zdaje się być naturalnym środowiskiem dla takich idei. To tutaj pod koniec lat 60. XX w. powstała centrala NRD-owskiego Urzędu Bezpieczeństwa, z jej głównym rezydentem – Erichem Mielke. Tutaj również, na umownej granicy między Lichtenbergiem a Hohenschönhausen, działa muzeum założone w byłym centralnym areszcie śledczym Stasi. Na dziedzińcu muzeum jest gwarno, ludzie nadal interesują się mrocznymi kartami historii NRD. Tajemnicą poliszynela jest, że w otoczeniu byłego aresztu nadal mieszkają towarzysze pamiętający czasy swojego zaangażowania w sprawy enerdowskiego reżimu i ich potomkowie. To postkomunistyczne osadnictwo do dziś znajduje potwierdzenie przy urnach. W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r. 33,3 proc. mieszkańców Lichtenbergu oddało głos na postkomunistów z Linke, 13,9 proc. na CDU, a 9,3 proc. na AfD. A wiele wskazuje na to, że w tegorocznych wyborach najostrzejsza walka rozegra się między Linke a AfD, co rządzi się pewną logiką. Obie partie kreują się na antyestablishmentowe i postulują powołanie w Bundestagu specjalnej komisji, która miałaby prześwietlić działalność Treuhand, czyli Powiernictwa, które w latach 1990–1994 odpowiadało za prywatyzację i likwidację ok. 8,5 tys. enerdowskich zakładów produkcyjnych. 
Niemcom wschodnim Powiernictwo do dziś się kojarzy z traumą postzjednoczenia, z poczuciem rozczarowania i oszukania przez zachodnich polityków i biznesmenów. Narracja uderzająca w Powiernictwo jest stara jak samo zjednoczenie. Co jakiś czas w Bundestagu pojawia się postulat powołania komisji ds. prywatyzacji mienia enerdowskiego, istnieje kilka poważnych opracowań uniwersyteckich obnażających nieprawidłowości przy procesie prywatyzacji Ostów, nie brakuje też książek poświęconych temu zagadnieniu (najciekawsza z nich to zdecydowanie wydana w 2012 r. „Der deutsche Goldrausch: Die wahre Geschichte der Treuhand” – „Niemiecka gorączka złota. Prawdziwa historia Powiernictwa” autorstwa Dirka Laabsa). Kontrowersje wokół Powiernictwa nie wzięły się z powietrza, tym łatwiej jest je instrumentalizować w kampanii wyborczej. – To znamienne, że środowisko, które doprowadziło do zapaści gospodarczej NRD, teraz żąda powołania komisji ds. wyjaśnienia jej działalności – zauważa, odnosząc się do aktywności Linke, w rozmowie z „Codzienną” dr Hubertus Knabe, były dyrektor Muzeum Byłego Aresztu Śledczego, Berlin – Hohenschönhausen. (Wywiad z dr. Knabe już w czerwcowym numerze miesięcznika „Nowe Państwo”).

Czekając na Bannona

Czas sprzyja wykorzystywaniu wschodnioniemieckich elementów politycznie, już 1 września w Brandenburgii i Saksonii odbędą się wybory do landtagu, 27 października kolejne, w Turyngii. Kiedyś wschód to były przyczółki czerwonych, dziś na prowadzenie wysuwa się AfD. Alternatywa przyciąga do siebie nie tylko elektorat ultrakonserwatywny rozczarowany lewicowym odchyłem CDU, ale i skrajną lewicę. I nie jest to raczej sprawka wyłącznie pewnych cech wspólnych motywowanych charakterologicznie, takich jak „zauważalna tendencja do narcyzmu zwolenników Linke i AfD” – jak to w grudniu 2018 r. ujęli eksperci z Uniwersytetu w Lipsku. Chodzi o coś więcej, o klimat polityczny w Niemczech, który zbliżył do siebie partie z pozoru skrajnie odmienne. Na złość „politycznemu środkowi”.

Według instytutu badań opinii publicznej Emnid, AfD jest dziś najsilniejszą partią we wschodnich landach, poparcie dla niej w tych rejonach sięga nawet 23 proc., zaraz po niej plasują się CDU z 22 proc. i Linke z 18 proc. Alternatywa nie przysypia w kampanii. Ta do Parlamentu Europejskiego jest próbą przed rozgrywką na wschodzie Niemiec. I zapowiada się ostra walka. Swoje wsparcie dla AfD w tym okresie zasugerował kilka dni temu Steve Bannon, były doradca prezydenta Donalda Trumpa. Bannon miał wziąć udział w „Kongresie Wolnych Mediów” zorganizowanym przez AfD 13 maja w Bundestagu, ale ostatecznie, ku rozczarowaniu uczestników, przyjechał do Berlina dopiero trzy dni później. Pojawi się za to w Saksonii, przed i w trakcie wyborów do landtagu. Tak wynika z jego wypowiedzi dla „Neue Zürcher Zeitung”. Bannon zamierza jeszcze w czerwcu towarzyszyć saksońskiemu posłowi do Bundestagu z AfD Tinowi Chrupalli w kampanii wyborczej. AfD liczy na to, że obecność byłego doradcy Trumpa wzmocni ją w regionie przeciwko chadekom. Sprawa wygląda na poważną. Chrupalla twierdzi, że w Berlinie doszło do pięciogodzinnego spotkania między nim a Bannonem, rozmawiano nie tylko o bieżącej polityce, ale i o różnicach między wschodem i zachodem Niemiec, o bolączkach Ostów, które na fali polityki imigracyjnej rządu i frustracji wynikającej z poczucia zapóźnienia gospodarczego względem zachodu, radykalizują się w swoim buncie przeciwko rządom wielkiej koalicji CDU/CSU i SPD. Próbką tej frustracji politycy dostali po morderstwie w Chemnitz. Nastroje niby się od tego czasu uspokoiły, ale AfD i tak upiekła na tym ogniu swoją pieczeń. 

Keitel, Speer i Göbbels idą do Brukseli

Wracamy na Lichtenberg. Nad plakatem DKP wisi plakat partii Die Partei. Hasło: „Wybierzcie seksistów”. Według ostatnich sondaży, będąca politycznym ramieniem satyrycznego magazynu „Titanic” partia, sama określająca się jako „turbo-partia środka”, może liczyć na 3 proc. poparcia. Kilka dni temu wesołkowie z „Titanica” wywołali niemałe kontrowersje, kiedy okazało się, że na listach wyborczych Die Partei znaleźli się m.in.: psycholog Kevin Göbbels, pielęgniarz Andreas Keitel, student Tobias Speer czy kompozytor Dietrich Eichmann. Typowa prowokacja w ich stylu. Niejedyna zresztą. Die Partei promuje „bloker AfD”, nieistniejącą aplikację mającą blokować dostęp do internetowych treści o poczynaniach Alternatywy dla Niemiec oraz zestaw analogowy w postaci kartonowych „zasłaniaczy” na gazety. Czytając, można zasłonić artykuły dotyczące AfD lub zakleić usta liderom Alternatywnych. Happening goni happening. Natomiast już poza konwencję happeningu partia wyszła w swoim telewizyjnym spocie wyborczym zrealizowanym przez organizację Sea-Watch, która ratuje na Morzu Śródziemnym imigrantów przeprawiających się do Europy. Spot przedstawiał chłopca, który tonie, ponieważ „Unia Europejska na to pozwala”. Stacja ZDF, która miała wyemitować ten materiał w ramach kampanii, odmówiła. Wywiązała się awantura, telewizja twierdziła, że spot wcale nie jest wyborczy, tylko reklamuje działalność Sea-Watch. Ostatecznie jednak film pokazano. Die Partei triumfowała. Teraz tylko patrzeć, jak Göbbels i inni zasiądą w parlamentarnych ławach ze swoimi analogowymi blokerami AfD. 

Na poważnie o Europie w Instytucie Polskim

Skoro Niemcy nie zawsze są poważni, może poważnych rozważań o Europie należy szukać u Polaków. W ubiegły poniedziałek w Instytucie Polskim w Berlinie odbyła się prezentacja książki przygotowanej przez międzynarodowy zespół autorów pod redakcją profesora Davida Engelsa. 39-letni Belg jest wykładowcą Université Libre de Bruxelles i analitykiem Instytutu Zachodniego w Poznaniu. Ten historyk starożytności zajmuje się też propagowaniem myśli niemieckiego proroka upadku Zachodu Oswalda Spenglera. Kilka lat temu opublikował głośną książkę „Na drodze do Imperium”, w której porównywał obecny stan Unii Europejskiej do schyłkowej republiki rzymskiej i wskazywał, że kryzys dzisiejszej Europy prowadzi do jakiejś formy autorytaryzmu. 

Jak wielu ludzi krytycznie oceniających obecny stan Unii, David Engels zainteresował się procesami zachodzącymi w naszej, „wyszehradzkiej” części kontynentu. Wbrew medialno-politycznemu mainstreamowi uznał, że sprzeciw wobec forsowania imigracji i społecznej inżynierii nie jest przejawem zacofania „młodszej” Europy, lecz raczej świadectwem zachowania europejskiej tożsamości. To zainteresowanie zaowocowało nie tylko udziałem w kolejnych edycjach kongresów „Polska Wielki Projekt”, ale i przeniesieniem się do naszego kraju. W rozmowie z „Nowym Państwem” Engels mówił o motywach swojej decyzji, o tym, że przeprowadzka z „wielokulturowej” Belgii do Polski to dla niego prawdziwy powrót do Europy. Dziś, jako pracownik poznańskiego Instytutu Zachodniego, zajmuje się promowaniem dojrzałej i pozbawionej ograniczeń „political correctness” debaty o przyszłości zjednoczonej Europy.

 Z okien Instytutu Polskiego widać berlińską Wyspę Muzeów (tam cały czas trwa rozbudowa, Niemcy bez względu na polityczne kryzysy nie przestają inwestować w swoją stolicę) i monumentalną, choć mało urodziwą w swoim pruskim patosie wilhelmińską katedrę. Bardzo dobre miejsce, żeby zadać kilka pytań o kryzys Unii i poszukać odpowiedzi, które nie przyjdą do głowy starszym panom z pokolenia ’68. Prezentowana publikacja nosi tytuł „Renovatio Europae. Plädoyer für einen hesperialistischen Neubau Europas” (zostawiając pierwsze łacińskie słowa, podtytuł moglibyśmy przetłumaczyć jako „apel o hesperialistyczną odbudowę Europy”). Książka jest efektem międzynarodowej debaty zorganizowanej w Polsce przez Instytut Zachodni. Wśród autorów, oprócz Davida Engelsa i dyrektor poznańskiej placówki Justyny Shulz, znaleźli się m.in.: socjolog i wiceprzewodniczący PE Zdzisław Krasnodębski, francuska filozof Chantal Delsol, politolog i rektor Uniwersytetu Macieja Korwina w Budapeszcie András Lánczi, Alvino-Mario Fantini z Włoch, Jonathan Price (brytyjski politolog z Oxfordu, współpracownik Centrum Myśli JP II w Warszawie), niemiecki ekonomista Max Otte i również pochodząca z Niemiec publicystka i krytyk lewicowej twarzy feminizmu Birgitt Kelle.

Zgromadzone w tomie artykuły dotyczą m.in. kwestii ustrojowych, ekonomicznych, imigracji, przyszłości chrześcijaństwa w Europie, polityki rodzinnej. Nie stanowią jakiegoś jednolitego manifestu, to raczej wielogłos ludzi, których łączy diagnoza głębokiego kryzysu obecnej Unii i równocześnie świadomość, że jakaś forma zjednoczenia europejskich krajów i narodów jest konieczna, by Europa przetrwała w świecie globalnych imperiów. Przejawem tej świadomości jest np. jeden z artykułów Davida Engelsa, w którym postuluje on, jakie wspólne urzędy powinny zostać powołane w Unii przyszłości – unii szanującej autonomię narodów, mniej zbiurokratyzowanej i… „hesperialistycznej”. Cóż oznacza ten przymiotnik? Hesperydy, greckie nimfy Zachodzącego Słońca, symbolizowały mit o Wyspach Szczęśliwych na najdalszym Zachodzie i dążenie do poznania kresów dostępnego świata. W wizji proponowanej przez belgijskiego historyka Europa, by przetrwać, powinna również odbyć podróż do kresów Zachodu, zbudować nowy ład oparty na własnym dziedzictwie. Podobne myślenie widoczne jest w artykule Jonathana Price’a, gdzie brytyjski autor postuluje odrodzenie przez estetykę, odbudowę Europy przez sztukę, architekturę, uczynienie z naszego kontynentu z powrotem miejsca, z którego będzie płynąć w świat nauka piękna. Czy jednak takie odrodzenie jest możliwe? Czy nie poruszamy się jedynie w kręgu kolejnej konserwatywnej utopii? Dramatyczne dylematy imigracji, która bezpowrotnie zmienia oblicze kontynentu wybrzmiały zarówno w artykule Chantal Delsol (w zeszłym tygodniu odznaczonej przez ministra Konrada Szymańskiego nagrodą dla osób zasłużonych dla kontaktów polsko-francuskich – nagroda jest wspólną inicjatywą Instytutu Nowych Mediów, Polskiej Fundacji Narodowej i dziennika „L’Opinion”), jak i w trakcie dyskusji. Czy rzeczywiście – jak powiedział w trakcie dyskusji autor tomu – nowi islamscy Europejczycy mogą się porozumieć z rzecznikami konserwatywnej odnowy? Czy nie wolą oni raczej taktycznie popierać lewicy, która bezwiednie toruje drogę do islamizacji Zachodu?

Ciekawym wątkiem berlińskiej dyskusji były nawiązania do polityki, padały pytania o potencjał „nowej prawicy” (w kontekście niemieckim przede wszystkim AfD), a także o procesy zachodzące w Polsce i na Węgrzech. W prezentowanej publikacji ciekawy jest głos autora z Węgier, który kreśli na szerokim tle propozycje konstytucyjne dla Europy. Konstytucja Węgier zaczyna się od słów: „Boże, błogosław Węgrów”. Czy Bóg będzie jeszcze chciał błogosławić starej Europie?

Kilka lat temu prof. Andrzej Nowak komentował na antenie Radia Wnet zwyczajowe narzekania polskiej prawicy, jak to zła, lewacka Europa nas nie rozumie. Krakowski uczony wskazywał wówczas na potrzebę szukania sojuszników. Mówił, że na Zachodzie są ludzie, którzy podzielają nasze obawy i rozumieją nasze dążenia. Trzeba tylko ich poszukać, zaprosić do rozmowy. Książka zainicjowana przez belgijskiego historyka, który przeniósł się do Polski, by pozostać w Europie, jest przykładem realizacji tego postulatu. A jej prezentacja w Berlinie to dobry przykład polskiej i europejskiej polityki, nie tylko historycznej.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie,

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl