Antiga: Podoba mi się w Polsce

Antiga w 2014 roku, gdy prowadził reprezentację Polski / Tasnim News Agency [CC BY 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/4.0)]

  

Trener Stephane Antiga przyznał, że droga do historycznego wicemistrzostwa Polski z siatkarzami ONICO Warszawa nie była prosta, a w pamięci ma też pecha z ubiegłego sezonu. "Ale w związku z tymi wszystkimi kłopotami wywalczony teraz medal jeszcze lepiej smakuje" - powiedział Francuz, który opuszcza Warszawę, ale chętnie pozostałby w Polsce.

Miniony sezon był z pana i ONICO Warszawa punktu widzenia słodko-gorzki. Z jednej strony historyczny dla klubu medal mistrzostw Polski, ale z drugiej pechowe kontuzje i zamieszanie w decydującej fazie przyczyniły się do tego, że finał w trzech meczach rozstrzygnął się na korzyść Zaksy Kędzierzyn-Koźle... Jak pan do tego podchodzi z perspektywy czasu?

Stephane Antiga: Po wygranym półfinale nie było czasu nawet na radość z awansu, bo trzeba było zachować koncentrację i skupić się na dalszej pracy. Finał potoczył się dość szybko, ale były momenty, w których wiedzieliśmy, że była szansa... Mam na myśli ten pierwszy mecz, ale i w trzecim secie ostatniego spotkania. Do końca mieliśmy nadzieję, że rywalizacja może się przedłużyć i wrócimy na czwarty mecz na Torwar. Dlatego byliśmy rozczarowani. To naturalne w tej sytuacji uczucie. Nawet jeśli ZAKSA prowadziła 2:0 w pierwszym pojedynku, to robiliśmy wszystko, by nawiązać walkę. Teraz satysfakcja jest już większa niż frustracja i rozczarowanie.

Co pana zdaniem w większym stopniu miało wpływ na przebieg finałowej rywalizacji - brak kontuzjowanych Bartoszów Kurka i Kwolka, czy kontrowersje dotyczące błędów sędziowskich w pierwszym spotkaniu?

S.A.: Obaj Bartkowie byli bardzo ważnymi graczami w naszym zespole. Oczywiście inni, w tym Maciej Muzaj, starali się ich zastąpić i grali bardzo dobrze... ale mogło być jeszcze lepiej. Nie mogę powiedzieć, że z Kurkiem i Kwolkiem w składzie na pewno byśmy wygrali któryś z tych meczów lub wywalczyli złoto, ale na pewno szanse na to byłyby większe.

A o pomyłki z zaciętego pierwszego spotkania finałowego ma pan jeszcze żal do arbitrów?

S.A.: Naprawdę nie było łatwo zapomnieć o tym. Kontrowersje, nieuznany punkt... Ale tak bywa. Nie można powtórzyć tego spotkania, nie można zmienić wyniku. ZAKSA wygrała i jest mistrzem.

W poprzednim sezonie warszawskiemu zespołowi brakło zaledwie punktu, by znaleźć się w czołowej "szóstce" i walczyć w play off-ach o medale. Teraz przed najważniejszą częścią fazy pucharowej wypadło dwóch kluczowych siatkarzy, a potem doszło do wspomnianych błędów. Czy to jakieś fatum?

S.A.: Trochę tak jest. Czasami kiedy się ciężko trenuje, to pojawia się ryzyko urazu. Ale teraz najpierw wyszła kontuzja Kurka, a zaraz potem straciliśmy pechowo Kwolka, który skręcił kostkę w pierwszym spotkaniu półfinałowym. Rok temu z kolei w ważnym momencie drugi z Bartków miał zapalenie wyrostka robaczkowego. Czasem to już bywa męczące. Bo niby kontuzje są częścią gry, ale jest chyba jakaś granica. Ale w związku z tymi wszystkimi kłopotami wywalczony teraz medal jeszcze lepiej smakuje.

Gdzie będzie pan pracował w przyszłym sezonie?

S.A.: Na razie nie wiem. Jeszcze nie jestem gotowy, żeby podejmować taką decyzję.

Pańskim priorytetem jest pozostanie w PlusLidze czy wręcz przeciwnie - chciałby pan zmienić otoczenie?

S.A.: Oczywiście podoba mi się w Polsce. Od dawna tu mieszkam. Ale jestem otwarty na różne opcje. Obecnie analizuję propozycje.

Ostatnio pojawiły się głosy, że jest pan kandydatem do przejęcia po Andrei Gardinim posady trenera Zaksy. Dostał pan oferty z polskich klubów?

S.A.: Nie chcę tego komentować.

ONICO już w styczniu podało, że nie przedłuży z panem kontraktu. Osoby ze środowiska siatkarskiego podkreślały wówczas, że zazwyczaj kluby takie wiadomości ogłaszają w przerwie międzysezonowej. Ma pan żal o to, że tak rozwiązano tamtą sytuację?

S.A.: Oczywiście, nie było to przyjemne. Nie osłabiło jednak tego, że chciałem zdobyć medal i w ten sposób zakończyć pracę w stolicy. To był projekt, który zaczęliśmy ponad dwa lata temu z Pawłem Zagumnym. Chcieliśmy zbudować dobrą drużynę w Warszawie. Naprawdę jestem zadowolony, a nawet dumny, że się udało. To miasto czekało ponad 20 lat na medal zespołu siatkarskiego. Jestem zaszczycony, że byłem tego częścią. Chodziło nam o stworzenie fajnego zespołu, który będzie grał fajną siatkówkę. Ciężko pracowałem razem z zawodnikami, by to zrealizować.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Brytyjska policja w głębokim kryzysie. „Gdyby porwali ją kosmici, nikt by nie zauważył”

zdjęcie ilustracyjne / mannedguarding11 CC0

  

Gdyby dziś cała brytyjska policja została porwana przez kosmitów, nikt by tego nie zauważył, ponieważ w rzeczywistości i tak nie jest w naszym życiu obecna i nie zapobiega przestępczości – mówi „Codziennej” brytyjski publicysta „Mail on Sunday” Peter Hitchens.

Jak by Pan ocenił obecny stan brytyjskiej policji?

Policjanci nie robią tego, do czego zostali zatrudnieni. Wielu z nich jest niewątpliwie bardzo miłymi ludźmi, którzy ciężko pracują. Jednak, jeżeli tkwisz w błędzie, to nawet gdy jesteś nie wiadomo jak miły i pracowity, nie odniesiesz sukcesu. Pomysł, że można w jakikolwiek sposób kontrolować lub powstrzymywać przestępczość, reagując na nią po fakcie, jest jednym z najbardziej podstawowych błędów. To nie działa i nigdy nie zadziała. Ale brytyjska policja tak właśnie robi.

Uważa Pan, że jednym z głównych problemów brytyjskiej policji jest to, że jest ona niewidoczna na ulicach kraju?

Podstawowe zasady pracy [zachodniej] policji, wymyślone na początku XIX w. przez [premiera Wielkiej Brytanii w latach 1834–1835 oraz 1841–1846] Roberta Peela, polegały na tym, że policja ma być widoczna. Ma regularnie chodzić po ulicach, stale przypominać o obecności prawa i jego przestrzeganiu oraz odstraszać przed poten-cjalnym złamaniem prawa. Brytyjska policja z powodzeniem trzymała się tych reguł w okresie między 1829 r. a 1967 r. Potem nagle przestała to robić i od tego czasu stała się jedną wielką porażką. Reaktywne działania policyjne, przychodzenie na miejsca zbrodni po fakcie nie zniechęcają do popełniania przestępstw. Jaki jest pożytek z takiej policji? Zaledwie udzielanie pierwszej pomocy po popełnieniu przestępstwa i zanotowanie szczegółów zajścia. Policjant może spróbować schwytać przestępcę po fakcie, ale w wielu przypadkach to się nie udaje.

Sama policja stwierdza, że brak pieszych patroli jest spowodowany brakami kadrowymi.

Te braki to bajki. Jeżeli popatrzy się na statystyki policyjne z XX w., to w czasach, kiedy policja skutecznie strzegła porządku w Wielkiej Brytanii, proporcjonalnie liczba policjantów do liczby mieszkańców była mniejsza. Teraz mogliby mieć w policji nawet milion funkcjonariuszy, ale nadal nie zdołaliby kontrolować przestępczości, ponie-waż nie robią tego, co do nich należy. Gdyby dziś cała brytyjska policja została porwana przez kosmitów, nikt by tego nie zauważył, ponieważ w rzeczywistości i tak nie jest w naszym życiu obecna i nie zapobiega przestępczości.

Co w takim razie jest przyczyną likwidacji na Wyspach pieszych patroli policyjnych?

Napisałem o tym całą książkę „Krótka historia przestępstwa” („A Brief History of Crime”). Pod koniec lat 60. XX w. trudno było rekrutować policjantów. Konkurencję dla zatrudnienia w policji stanowiły rozwijające się nowe branże, takie jak fabryki masowej produkcji samochodów. Oferowały one dość wysokie wynagrodzenia za niewykwalifikowaną pracę. Uznano więc, że może łatwiej będzie o zatrudnienie funkcjonariuszy, jeżeli zamiast pieszych patroli postawi się na patrole zmotoryzowane. Z czasem okazało się, że to nie działa, mimo to resort spraw wewnętrznych podjął decyzję o rozpowszechnieniu idei patroli samochodowych. Policja stała się całkowicie reaktywna, jak straż pożarna. Ale jakość przywództwa zarówno w polityce, jak i w egzekwowaniu prawa w Wielkiej Brytanii jest tak niska, że nikt nie widzi, iż popełniono błąd, więc nie bierze się do naprawiania go.

Niektórzy bronią obecnej policji, mówiąc, że przestępczość w kraju spada.

Napisałem długie artykuły na temat manipulacji statystykami kryminalnymi. Początkowo wyśmiewano je, ale ostatecznie moje tezy zostały potwierdzone przez jedną z komisji Izby Gmin. Łatwo manipulować danymi o zgłoszonych przestępstwach. Już nie ma klasycznych statystyk o zbrodniach jak kiedyś. Teraz istnieją tylko dane liczbowe o przestępczości i coś, co nazywa się badaniami przestępczości w Anglii i Walii (Crime Survey for England and Wales). Zasadniczo to „wielki sondaż opinii publicznej”, który ma być podstawą naszej rzekomej wiedzy na temat poziomu przestępczości w kraju. Jeśli ktoś nie zadał sobie trudu, aby zgłosić przestępstwo, to ono nie istnieje. Ale w wielu częściach kraju, zwłaszcza w biedniejszych rejonach, nie ma w ogóle sensu zgłaszać przestępstwa i wszyscy tam o tym wiedzą. Jeśli to zrobisz, możesz spo-dziewać się odwetu sprawców na tobie.

Czy uważa Pan, że poprawność polityczna i strach przed aresztowaniem lub przesłuchaniem kogoś o określonym pochodzeniu etnicznym czy wyznaniu religijnym jest problemem w brytyjskiej policji? Mamy przykład sprawy z Rotherham, gdzie gang osób o pochodzeniu pakistańskim wykorzystywał seksualnie młode dziewczyny, a policjanci nie zareagowali w obawie przed nazwaniem ich rasistami.

Policja, podobnie jak już prawie każda sfera państwa brytyjskiego, została od czasu raportu McPhersona z 1999 r. [dokument sporządzony po rasistowskim ataku, w którym zabito czarnoskórego nastolatka Stephena Lawrence’a] oddana inkwizycji poprawności politycznej. Zasada „równość i różnorodność” („equality and diversity”) stała się nową religią w Wielkiej Brytanii. Oznacza ona porzucenie wcześniejszych dobrych, właściwych pomysłów i zastąpienie ich nowymi. To odzwierciedlenie całej Wielkiej Brytanii. Konserwatywny policjant, jeśli chce zachować posadę i wytrwać do emerytury, zachowuje swoje myśli dla siebie.

Jest to niepokojące, że jeżeli ktoś w policji ma konserwatywne poglądy, musi cicho siedzieć lub ryzykować wyrzucenie z pracy.

Tak jest w całej Wielkiej Brytanii. Jestem jedną z niewielu osób, które nie muszą milczeć i mogą głosić konserwatywne poglądy również na łamach ogólnokrajowej gaze-ty, jako felietonista. Dla większości ludzi jednak, szczególnie zatrudnionych w jakiejkolwiek formie w sferze publicznej, takie poglądy stają się coraz bardziej niebezpieczne.

To trochę jak w Polsce w czasach komunistycznych.

Niezupełnie. Dlatego że egzekwowania tego nie pilnuje tajna policja i za to nie grozi więzienie. Głównym zagrożeniem dla ludzi we współczesnym zachodnim społeczeństwie nie jest utrata wolności, lecz utrata zatrudnienia. Nie ma już tej brutalnej gołej pięści, a zaprotestować przeciwko zwolnieniu z pracy jest o wiele trudniej. Trudniej jest zainteresować tym tematem Amnesty International. Ludzie to wyczuli i wolą nie ryzykować. To skutecznie ich odstrasza.

Rzeczywiście brzmi jak bardzo skuteczne narzędzie na trzymanie ludzi w szeregu.

Tak, a jego korzenia tkwią w marksizmie. Antonio Gramschi, jeden z najmądrzejszych marksistów, który kiedykolwiek żył, uznał w latach 20ch XX w., że sowiecki eksperyment nie powiódł się. Według niego by rewolucja się powiodła musi to być rewolucja kulturalna. Po zakończeniu zimnej wojny i upadku ZSRS ta tendencja polityczna nasila się w naszych codziennych działaniach. Największym problemem współczesnej Wielkiej Brytanii jest głupota. Mamy bardzo źle wykształconą i bezmyślną klasę rządzącą, która patrzy na to, co jest wokół i nie może nic z tego zrozumieć. [Dziś] powiedz coś głupiego i wszyscy dołączą. Powiedz coś, co jest inteligentne i starannie przemyślane, a będziesz wyśmiewany. Taka jest natura współczesnej Wielkiej Brytanii. Jesteśmy krajem skazanym na zagładę, ponieważ nikt nie jest zainteresowany zdalnym badaniem naszych problemów narodowych.

Tak ponuro to wygląda dla Wielkiej Brytanii?

Nie ma nadziei. Wielka Brytania jest najbardziej skończonym miejscem na świecie. Kiedy nadejdzie chwila prawdy, będzie to szczególnie bolesne, ponieważ przez tak długi czas była wolnym, uporządkowanym, cywilizowanym miejscem. Ten kraj jest niebezpieczny, a jego koniec będzie bardzo zły. Gdybym był młodszy i mógłbym się utrzymać, wyprowadziłbym się stąd.

A co z policją. Czy ludzie kiedykolwiek jeszcze zobaczą patroli policji kroczące ulicami Wielkiej Brytanii?

Tak, zobaczą po czterech czy pięciu policjantów idących po ulicach z bronią i kijami. Będą policjantami którzy służą państwu. Nie będzie to już policja służąca ludziom tak jak kiedyś.

Peter Hitchens to brytyjski dziennikarz, publicysta i autor wielu książek. Były korespondent zagraniczny brytyjskich mediów w Moskwie i Waszyngtonie. Jest jednym z niewielu konserwatywnych głosów w brytyjskiej prasie. Kwestia rosnącej przestępczości, w tym napadów z użyciem noży i kwasu, jest jednym z najczęściej omawianych tematów w Wielkiej Brytanii. Szczególną uwagę poświęca się ogłoszonej ostatnio na wielką skalę rekrutacji policjantów. Burmistrz Londynu Sadiq Khan obiecał w ubiegłym roku zatrudnienie w mieście o 1 tys. więcej funkcjonariuszy. Z kolei w lutym br. obiecał przekazać 234 mln funtów na funkcjonowanie w mieście policji.
 
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl