Uniwersytet Jagielloński ma 655 lat

Założenie Szkoły Głównej przeniesieniem do Krakowa ugruntowane. R.P. 1361-1399-1400, obraz Jana Matejki

  

655 lat temu król Kazimierz III Wielki ogłosił akt fundacyjny Akademii Krakowskiej. Od 1817 roku zaczęto nazywać ją, ku czci dynastii Jagiellonów, Uniwersytetem Jagiellońskim. To najstarsza uczelnia w Polsce i jedna z najstarszych w Europie. Za dewizę obrała sobie hasło: Plus ratio quam vis, czyli Więcej znaczy rozum niż siła.

Kształcili się na niej m.in. Mikołaj Kopernik, Karol Wojtyła, Jan Długosz, Jan Kochanowski, Marcin Kromer, Mikołaj Rej, Jan III Sobieski, Bronisław Malinowski, Norman Davies. Początki uczelni sięgają 1364 roku, kiedy otrzymawszy wreszcie zgodę od papieża, Kazimierz Wielki założył uczelnię o nazwie Studium Generale, wzorowaną na Uniwersytecie Bolońskim. Była to druga – po uniwersytecie w Pradze – tego typu placówką w Europie Środkowej. Po śmierci króla wszechnica przestała działać. Dopiero po 30 latach, dzięki staraniom królowej Jadwigi, wznowiła działalność – już jako pełnoprawny średniowieczny uniwersytet. Na pierwszego rektora grono profesorskie wybrało współtwórcę międzynarodowego prawa Stanisława ze Skarbimierza. Powstały kolegia, w których zamieszkali profesorowie i bursy dla studentów.  Nadzór nad uczelnią z ramienia stolicy apostolskiej sprawował biskup krakowski.

Czasy rozkwitu Akademii Krakowskiej przypadają na wiek XV i XVI. Cieszy się renomą i przyciąga studentów z całej Europy. Ok. 44 proc. spośród wszystkich studiujących to cudzoziemcy. Nauki matematyczne, astronomiczne i geograficzne przeżywają swój renesans. To wtedy Mikołaj Kopernik tworzy teorię heliocentryczną, a Maciej Miechowita wydaje „Tractatus de duabus Sarmatiis...”, pierwszy systematyczny opis ziem między Wisłą, Donem a Morzem Kaspijskim. Ewenementem w skali europejskiej jest wprowadzenie nauki języków greckiego i hebrajskiego. Kryzys uczelni zaczął się w poł. XVI wieku, kiedy odrzuciła reformację. Ubyło jej wówczas wielu zagranicznych studentów. W kolejnym wieku do zdominowania Akademii Krakowskiej dążyli jezuici, a popierał ich król Zygmunt III. Niepowodzeniem skończyły się również próby sprowadzenia zagranicznych wykładowców w XVIII w. Udało się za to wprowadzić systematyczną naukę języków niemieckiego i francuskiego. Gruntowną reformę przeprowadził Hugo Kołłątaj. Dzięki niemu powstała nowa struktura organizacyjna, pierwsze laboratoria, Obserwatorium Astronomiczne, Ogród Botaniczny, kliniki. Rozpoczęto wykłady w języku polskim, w duchu filozofii oświeceniowej. W czasie trzeciego rozbioru uczelni groziło zamknięcie. Ocalała jednak dzięki m.in. profesorom Janowi Śniadeckiemu i Józefowi Boguckiemu, którzy interweniowali w tej sprawie w Wiedniu. Mimo wszystko polskość wszechnicy uległa zatarciu. Sytuacji nie zmieniło wcielenie Krakowa do Księstwa Warszawskiego. W 1846 r., po kolejnym wcieleniu miasta do Austrii, postępowała germanizacja uczelni. Położenie akademii uległo poprawie, kiedy Galicja uzyskała autonomię w ramach Monarchii Austro-Węgierskiej. Przywrócono wówczas język polski jako wykładowy. Na początku XX w. liczba katedr wzrosła trzykrotnie – do 97. Na uczelni studiowało ponad 3 tys. osób, głównie mężczyzn. Kobiety mogły podjąć studia od 1894 roku na Wydziale Farmacji. Legendarną pierwszą studentką pozostaje jednak Nawojka, która w XV wieku, w przebraniu chłopca, miała rozpocząć studia.

Dramatycznym okresem w historii uniwersytetu była II wojna światowa. W 1939 r. naziści, pod pretekstem wykładu, zgromadzili profesorów w Collegium Novum, a następnie aresztowali i wysłali do obozu koncentracyjnego. Uczelnia została zamknięta, a jej wyposażenie zniszczono, zdemontowano lub wywieziono do Niemiec. Wkrótce uniwersytet zaczął działać w podziemiu. W tajnym nauczaniu uczestniczyło ok. 800 studentów.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: dzieje.pl
Tagi

Wczytuję komentarze...

Mowy końcowe w procesie "Hossa". Prokurator chce dla niego ośmiu lat więzienia

/ pixabay.com/CC0/jessica45

  

Poznańska prokuratura żąda ośmiu lat więzienia dla Arkadiusza Ł. ps. Hoss, oraz siedmiu lat dla jego brata Adama P. Obaj są oskarżeni o dokonanie wielu kradzieży metodą na wnuczka w m.in. Niemczech i Szwajcarii. Obrona domaga się uniewinnienia obu mężczyzn.

Dzisiaj przed Sądem Okręgowym w Poznaniu odbyły się mowy końcowe w toczącym się od ponad dwóch lat procesie Arkadiusza Ł. ps. Hoss, domniemanego "króla mafii wnuczkowej". Śledczy zarzucają mu udział w grupie przestępczej i wyłudzenie lub próbę wyłudzenia w Niemczech, Szwajcarii i Luksemburgu w latach 2012-2014 w sumie kilku milionów zł w różnych walutach oraz kosztowności: biżuterii, złota i złotych monet. Ofiarami były głównie osoby w podeszłym wieku, często samotne.

Mężczyzna miał wprowadzać obywateli innych państw w błąd co do tożsamości, pozorując bliskie pokrewieństwo lub znajomość z nimi. Miał też podawać się m.in. za funkcjonariusza policji. Na ławie oskarżonych Hoss zasiada razem ze swoim bratem Adamem P., który odpowiada z wolnej stopy.

Prokurator Marcin Szpond zaznaczył, że cała podstawa aktu oskarżenia oparta jest o materiały przekazane przez prokuraturę Hamburgu, która wcześniej prowadziła postępowanie przeciwko oskarżonym. Głównym materiałem dowodowym są podsłuchy rozmów, a także zeznania pokrzywdzonych oraz funkcjonariuszy, którzy zajmowali się sprawą.

- Prokuratura w Hamburgu napotkała na trudności, bowiem nie mogła tego uczynić w przypadku rozmów prowadzonych na terenie Polski. Dlatego wystąpiła do prokuratury w Warszawie. Wykonane zostały czynności w ramach pomocy prawnej, a następnie materiały ponownie zostały przekazane stronie niemieckiej celem dalszego postępowania

- wyjaśnił Szpond.

Jak dodał, nie ma jakichkolwiek wątpliwości, że doszło do popełnienia przestępstw. Gro starszych osób zostało doprowadzonych do utraty oszczędności swojego życia. Jego zdaniem ważny jest też psychiczny aspekt tego przestępstwa.

Wiele osób było samotnych i działało pod presją. Ładunek społecznej szkodliwości czynu jest wręcz gigantyczny

 - przyznał.

Szpond zwrócił też uwagę na zachowanie oskarżonych w trakcie postępowania przygotowawczego, którzy kilkakrotnie zmienili swoje zeznania i wersje wydarzeń.

- Depozycje procesowe oskarżonych, nie odmawiając im prawa do obrony, mają też swoje granice. Prawo do obrony nie polega na prawie do absolutnego kłamstwa. Obaj oskarżeni początkowo nie przyznawali się do popełnienia zarzuconych czynów. W toku postępowania przygotowawczego, podczas gdy wobec nich zastosowano areszt tymczasowy, nagle zmienili swoje depozycje, zaczęli udzielać szczegółowych wyjaśnień, wskazując na to, że mają wiedzę dotyczącą zarzuconych im czynów. Następnie podtrzymali wyjaśnienia, przyznając się do zarzuconych czynów. Nie kwestionowali także prawidłowości dokonanych tłumaczeń. Oskarżeni wyrażali skruchę i złożyli wnioski o dobrowolne poddanie się karze

 - przypomniał Szpond.

Obaj mężczyźni jednak po raz kolejny zmienili zeznania i nie przyznają się do winy.

- Zmiana podejścia oskarżonych do zarzucanych im czynów powinna też rzutować na ocenę sądu

 - mówił prokurator, który podkreślił, że opinie biegłych jednoznacznie wskazują, że oskarżeni działali z pełnym rozeznaniem i świadomością.

Prokurator zażądał odpowiednio ośmiu i siedmiu lat pozbawienia wolności dla Arkadiusza Ł. oraz Adama P. Obaj też mają naprawić szkody pokrzywdzonym.

Obrońcy oskarżonych domagają się uniewinnienia. Ich zdaniem, główny materiał dowody - podsłuchy rozmów oskarżonych zostały uzyskane w sposób nielegalny. Jak wyjaśnił mecenas Paweł Sołtysiak, od 2000 roku obowiązuje konwencja o pomocy prawnej w sprawach karnych między państwami członkowskimi Unii Europejskiej. Według artykułu 20. konwencji, w przypadku, gdy jedno państwo zamierza podsłuchiwać obywatela innego kraju, który przebywa na terenie innego państwa członkowskiego, musi zwrócić się do organu wyznaczonego przez dane państwo w ciągu 96 godzin o stosowne pozwolenie. W Polsce tym organem jest Prokuratura Okręgowa w Warszawie.

- W przypadku niedotrzymania tego krótkiego terminu 96 godzin lub w ogóle niezachowania procedury, to zgodnie z tym artykułem, nie można dalej podsłuchiwać i należy zniszczyć dotychczasowe materiały, gdyż w tej sytuacji zostały one zgromadzone nielegalnie. Władze niemieckie tej procedury nie dotrzymały, co moim zdaniem, jest lekceważeniem władz polskich. Niemieccy prokuratorzy zlekceważyli tę konwencję, może nie wiedzieli o jej istnieniu. Sytuacja jest jednoznaczna - podsłuchiwano polskich obywateli bez zastosowania procedury wynikającej z konwencji. Teraz ten nielegalny materiał próbuje się przepchać przez sąd

 - mówił.

Adwokat zwrócił także uwagę, że tłumaczenia stenogramów z języka romskiego na niemiecki, a potem na polski, wykonane zostały nie przez tłumacza przysięgłego.

- W Niemczech dokonywane są tłumaczenia tzw. robocze na użytek policji. Nie musi być to tłumacz przysięgły, ale na pewnym etapie dochodzenia można skorzystać z tłumacza, który nie ma takich uprawnień. Jeśli jednak oskarżeni kwestionują jakość nagrań i nie przyznają się do zarzucanych czynów, zasięga się pomocy tłumacza przysięgłego. Strona niemiecka dokonała tylko roboczych tłumaczeń, które nawet według niemieckiego prawa, nie mają żadnej wartości. Nie ma żadnych podpisów, ani danych osób, które dokonały tych tłumaczeń, a przecież mogły to być osoby skonfliktowane z oskarżonymi. W Polsce jest akurat potrzeba skorzystania z tłumacza przysięgłego. Nie domagaliśmy się jego powołania i narażania na dodatkowe koszty, bowiem i tak materiał dowodowy został zdobyty nielegalnie

 - podkreślił Sołtysiak.

Z kolei mecenas Artur Tarnawski nawiązał do zachowania oskarżonych, którzy zmieniali swoje wyjaśnienia w trakcie postępowania przygotowawczego.

- Dowód, jakim było przyznanie się do winy przez oskarżonego Arkadiusza Ł. do stawianych mu zarzutów miało miejsce, gdy uchylano mu tymczasowy areszt. Nie od dziś wiemy, że przyznanie się do winy, nie jest koroną dowodów i tak powinno być postrzegane. Każdy, kto zasiada na tej sali nie umie sobie odpowiedzieć na pytanie, jak by się zachował w sytuacji Arkadiusza Ł. Mój klient podczas jednego z naszych spotkań powiedział mi, że my Cyganie kochamy wolność. I chęć uzyskania tej wolności była taką nadrzędną rzeczą, że byliby w stanie podpisać każdy podsunięty dokument. Sąd musi się pochylić, czy ten element może stanowić jakikolwiek dowód w tej sprawie zagrożonej wieloletnim więzieniem. Pozostałe elementy materiału dowodowego są kompletnie nic nie warte

 - podsumował Tarnawski.

Ogłoszenie wyroku sąd wyznaczył na 3 września

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl