Ustawa 447 - co oznacza dla Polski? Debata w Polskim Radiu: "Obawy nie wydają się słuszne"

Wojciech Mucha / Fot.Tomasz Hamrat/ Gazeta Polska

  

Jak rozumieć głośną ustawę 447? Czy jest się czego obawiać? O tym w Polskim Radiu debatowali dziś goście Michała Rachonia. Byli to: Wojciech Mucha (Gazeta Polska), Adrian Stankowski (Gazeta Polska Codziennie, portal niezalezna.pl), dr Bawer Aondo Akaa (Prawica Rzeczypospolitej) oraz Marian Kowalski (działacz społeczny).

Prezydent USA Donald Trump podpisał w maju 2018 r. ustawę o sprawiedliwości dla ofiar, którym nie zadośćuczyniono (Justice for Uncompensated Survivors Today - JUST), dotyczącą restytucji mienia ofiar Holokaustu. W grudniu 2017 r. ustawę zarejestrowaną w dzienniku ustaw jako S.447 (ustawa Senatu nr 447) jednomyślnie przyjęła izba wyższa amerykańskiego Kongresu, a pod koniec kwietnia 2018 r. także jednomyślnie, przez aklamację, przyjęła ją Izba Reprezentantów. Ustawa wywołuje ogromne emocje, a prym w jej krytykowaniu wiodą skrajnie prawicowe środowiska, na czele z Konfederacją.

"Trzeba powiedzieć wprost, że cała sprawa wywołuje emocje. Z jednej strony zrozumiałe, bo pojawia się szereg wątpliwości wokół tej ustawy. Ale jakby się wczytać w projekt, to te obawy nie wydają się do końca aż tak słuszne"

- stwierdził Wojciech Mucha, dziennikarz i publicysta "Gazety Polskiej".

"Dość skomplikowana narracja, jaka wyrosła wokół tej ustawy dała pole do spekulacji, co może się stać. Pojawiły się określenia o żydowskich roszczeniach, ale trudno dziwić się ludziom, którzy wyrażają zaniepokojenie. Obowiązkiem dziennikarzy jest informować, ludzie są otwarci na dyskusję i można ich uspokoić"

- dodał.

"Dobrze, że pani ambasador Mosbacher i władze w Polsce zajęli stanowisko i odcięli się od tego, co mówią środowiska radykalne w Polsce, o powstającym państwie Polin. I pan poseł Winnicki i pan poseł Wilk zadawali pytania do MSZ domagając się nieraz w napastliwym tonie wyjaśnień odnośnie tej ustawy. Dowiedzieli się, że żadna organizacja nie zgłosiła roszczeń wobec Polski. Rząd Mateusza Morawieckiego przyjmuje jasne stanowisko, że roszczenia zostały uregulowane w 1960 roku i nie ulega wątpliwości, że cała dyskusja wywołana została sztucznie i ma na celu pokazywanie pewnych środowisk, jako walczących z rzekomym żydowskim spiskiem"

- podkreślił Mucha

Kolejny gość debaty - Marian Kowalski - przypomniał, że roszczenia związane z ustawą 447 nie są nowością.

"W Izraelu była kampania wyborcza, a w Polsce jest kampania wyborcza. Te roszczenia to nie jest nowa rzecz, już 20 lat temu już niektóre środowiska w Ameryce mówiły, że jeżeli nie będzie restytucji, to nie wejdziemy do NATO. W 2006 roku kolejna fala sygnałów. Wreszcie ta nieszczęsna deklaracja terezińska, którą Platforma Obywatelska nam podpisała. Nikt wtedy z tych prawicowych radykałów nie protestował przeciwko PO"

- zaznaczył.

"Wojskowy sojusz amerykańsko-polski nie podoba się Rosji. Różne siły z zachodu i wschodu robią wszystko, żeby Polska straciła wiarygodność i miała zepsutą opinię. Te środowiska, z którymi byłem związany, niespecjalnie o tym gadały. Teraz gdy zawiązały koalicję, to o tym mówią. Stanowisko rządu mnie uspokoiło, ale oczekuję konsekwentnego zajmowania tego stanowiska"

- podkreślił Marian Kowalski.

Dziennikarz "Gazety Polskiej" Adrian Stankowski o wspomnianej już deklaracji terezińskiej powiedział, że był to "błąd polityczny".

"W przypadku spadku, w którym nie można ustalić spadkobierców, to mienie przechodzi na rzecz Skarbu Państwa. To fundament prawa cywilnego. Drugim fundamentem, na który bardzo wyraźnie bym chciał zwrócić uwagę, to polskie prawo nie odróżnia Żydów od nie-Żydów. Deklaracja terezińska to poważny błąd polityczny. Tej deklaracji nie należało podpisywać. Władysław Bartoszewski popełnił tutaj błąd, bo na tę deklarację powołuje się ustawa 447"

- powiedział.

"Niby komu takie mienie zwrócić? Nawet gdyby hipotetycznie Polska chciała. Której z tych organizacji? To kompletnie nie ma żadnego sensu. Ta cała ustawa 447 jest takim środkiem nacisku na restytucję mienia prywatnego. To zupełnie inna kwestia"

- dodał.

Gościem redaktora Michała Rachonia był także dr Bawer Aondo Akaa. "Czemu mamy płacić za nieswoje winy?" - pytał na antenie.

"Ustawa 447, która jest absurdalna, mówi o roszczeniach bezspadkowych. Czemu my, jako Polacy, mamy płacić za nieswoje winy? Mam nadzieję, że pan premier Mateusz Morawiecki jasno i klarownie opowiedzą się, że nie będziemy płacić żadnych roszczeń ani żadnego mienia bezspadkowego żadnym środowiskom. To nie kwestia antysemityzmu, rasizmu czy szowinizmu. To sprawa zdrowego rozsądku"

- zakończył.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Polskie Radio, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Niemcy będą mieli droższy prąd

Zdjęcie ilustracyjne / fot. pixabay.com

  

W Niemczech w 2020 roku znowu wzrosną rachunki za prąd. Gospodarstwa domowe zapłacą od około 20 euro do ponad 50 euro więcej w skali roku. Ceny prądu w Niemczech dla klientów indywidualnych i tak należą do najwyższych w Unii Europejskiej.

Powodem kolejnej podwyżki jest planowane zwiększenie opłaty na wsparcie odnawialnych źródeł energii (tzw. EEG-Umlage). Jest ona uiszczana przez odbiorców w rachunkach za prąd i stanowi ok. 25 proc. całej ceny. O planowanym wzroście poinformowali we wtorek operatorzy największych sieci przesyłowych energii.

Obecnie wysokość EEG-Umlage za kilowatogodzinę wynosi 6,41 eurocenta. W 2020 roku będzie to o 5,5 proc. więcej - 6,76 eurocenta. Nie jest to jednak jedyny składnik podwyżki. Średnio o 9 proc. wzrosnąć ma też opłata sieciowa, która składa się na kolejną jedną czwartą końcowego rachunku.

Decyzja, czy przerzucić wyższe opłaty na odbiorców indywidualnych, należy co prawda do dostawców prądu, ale eksperci są zgodni, że do tego dojdzie.

Jak wyliczył tygodnik "Der Spiegel", jednoosobowe gospodarstwo domowe zapłaci w 2020 roku średnio o około 21 euro więcej w skali rocznej, gospodarstwo trzyosobowe - około 37 euro, a czteroosobowe - 53 euro.

Roczne rachunki za prąd czteroosobowego gospodarstwa domowego wynoszą w RFN około 1200 euro. Ceny energii elektrycznej w Niemczech i Danii należą do najwyższych w Unii Europejskiej.

Tabloid "Bild" w środę z oburzeniem skomentował zapowiedziane podwyżki.

"Wielka koalicja reklamowała swój pakiet klimatyczny, mówiąc o sprawiedliwości społecznej. Tymczasem wychodzi na to, że zapowiadane ulgi będą nic nie warte. Coś podobnego można życzliwie nazwać naginaniem liczb. Albo po prostu kłamstwem. Takie eksperymenty księgowe nie przekonają obywateli do ochrony klimatu. Nie może tak być, że na końcu to zawsze obywatel budzi się z ręką w nocniku"

- przekonuje najpoczytniejszy dziennik w RFN.

W ubiegłym tygodniu rząd Niemiec przyjął tzw. pakiet klimatyczny, czyli szereg projektów ustaw dotyczących ochrony klimatu. Wprowadza on m.in. wiążący prawnie cel ograniczenia emisji CO2 oraz zobowiązuje wszystkie ministerstwa, by do tego celu dążyły.

Zgodnie z przyjętymi projektami ustaw do 2030 roku Niemcy mają emitować o 55 proc. mniej gazów cieplarnianych niż w roku 1990. Do 2050 roku RFN ma stać się "neutralna klimatycznie", czyli osiągnąć zerowe emisje netto.

Oprócz promowania podróży transportem publicznym przewiduje się podniesienie cen biletów samolotowych oraz kosztów emisji CO2. Wszystkie zyski z nowego systemu wyceny emisji CO2 zgodnie z zapowiedziami mają być przeznaczone na ochronę klimatu lub wracać do obywateli w postaci ulg podatkowych.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl