Ten lud, ten demos, jest groźny, bo już wie, kto jest kim w III RP, bo już nie ma ochoty żyć we własnym kraju, jakby nie był u siebie, bo ma już dosyć poniewierania wartości, które uważa za święte. A rządzący nie mogą liczyć na zapomnienie i wybaczenie. Czy można więc się dziwić, że Tusk tak bardzo się zdenerwował?

Co w zasadzie stało się w drugą rocznicę tragedii smoleńskiej? Otóż wbrew obawom – także wbrew nadziejom tych, którym na pamięci o Smoleńsku nie zależy – w drugą rocznicę przyszły na Krakowskie Przedmieście dziesiątki tysięcy ludzi. Takiego tłumu nie było od czasu pamiętnych dni żałoby.

Ujawniła się też postępująca izolacja i alienacja rządzących oraz popierającego ją establishmentu, zamkniętego w studiach i redakcjach jak w oblężonych twierdzach. Sztuczne, sztywne, wymuszone obchody oficjalne przypominały ceremonie z czasu komunizmu. W dodatku Rosja w osobie pana przewodniczego Dumy jeszcze raz postanowiła pokazać, jak bardzo lekceważy ten rząd. Kontrast między siłą i żywotnością Konfederacji Wolnych Polaków a strachem i osamotnieniem platformowej władzy był uderzający i dla wielu musiał być szokujący.

A zdziwienie się, że rządzący nie byli w stanie we właściwy sposób uczcić drugiej rocznicy tragedii smoleńskiej, jest równie racjonalne, jak zdziwienie, dlaczego Rosjanie nie przeprowadzają rzetelnego śledztwa. Od dwóch lat wiemy, że i jedni, i drudzy zacierają ślady, mataczą. Marzeniem obozu rządzącego jest stopniowe „wygaszanie pamięci”. Jeszcze jakiś czas coroczne wieńce, wiązanki kwiatów i parę skłonów głowy. Tak mają wyglądać obchody „nieupolitycznione”, w których nie mówi się nic o odpowiedzialności, pozornym śledztwie i kampanii dezinformacyjnej, w których nie wspomina się, że Donald Tusk sprzeniewierzył się obowiązkom premiera RP i złamał złożoną Rzeczypospolitej przysięgę – nie inaczej zresztą, jak prezydent Komorowski i marszałkini Kopacz.

Odkryto jednak, że na straży prawdy o Smoleńsku stoi nie „sekta”, lecz „lud”. Zatem nie garstka fanatycznych ludzi, lecz szeroka rzesza – wprawdzie podobno jeszcze nie obywatele, ale już kandydaci na nich. Według mainstreamu obywatelami staną się dopiero, gdy już się naczytają „Gazety Wyborczej”, naoglądają TVN. Gdy zrozumieją, że bezkrytyczna akceptacja wersji rosyjsko-plaformowej i wiara w brzozę świadczy o osiągnięciu wyższego stopnia rozwoju umysłowego właściwego redaktorom zatrudnionym w koncernach Agora i ITI. Wtedy zrozumieją, że kiedyś panowała jedność – wtedy, gdy szargano prezydenta Kaczyńskiego, gdy w dniach żałoby pisano o nekrofilii (wg tradycyjnych standardów wypisując się tym samym z kręgu ludzi cywilizowanych). Po przestudiowaniu Żiżki zapewne wtedy zrozumieją, że domaganie się oddania wraku – i innych dowodów – jest działaniem na szkodę Polski, że wrak musi pozostawać w Rosji, bo jest dowodem w śledztwie, a nam nie jest potrzebny, bo dowodem w śledztwie nie jest. 

Ale to wszystko na nic. To już nie działa. Polacy nie tylko uodpornili się na tego rodzaju pedagogiczne zabiegi, ale nauczyli się aktywności i samoorganizacji. Wiedzą, że nie można poprzestać na odruchu wymiotnym, jaki budzą media oficjalne, że nie można schronić się w prywatności, trzeba walczyć o swoje. Ten lud, ten demos, jest groźny nie dlatego, że chce użyć środków innych niż dotychczas – choć nie lekceważyłby hasła: „Smoleńsk pomścimy” – ale dlatego, że obywatelsko wypowiedział posłuszeństwo rządzącym, bo już wie, kto jest kim w III RP, bo już nie ma ochoty żyć we własnym kraju, jakby nie był u siebie, bo ma już dosyć poniewierania wartości, które uważa za święte. A rządzący nie mogą liczyć na zapomnienie i wybaczenie. Winni zostaną ukarani. Czy można więc się dziwić, że premier Tusk tak bardzo się zdenerwował?