Najlepiej zacząć od zebrania podstawowych informacji w kręgu rodzinnym – daty urodzenia, ślubu, śmierci krewnych czy nazwiska panieńskie matki, babci, prababci. Źródeł dalszych może być kilka – przede wszystkim kancelarie parafialne, które wielu miejscach prowadzone są od kilkuset lat. Ale naukowiec radzi szukać raczej w archiwalnych dokumentach urzędowych, czyli w archiwach państwowych, które przechowują ewidencję ludności stałej i niestałej starszą niż 100 lat.

W każdym mieście czy w gminie przed I wojną światową, np. w Królestwie Polskim, takie spisy były robione. Można tam łatwo dotrzeć do wszelkich związków rodzinnych, miejsc zamieszkania danych osób. To daje nam już bardzo duży zakres wiedzy i w ten sposób możemy cofnąć się aż do początku XIX wieku.

– mówi.

Szymański podkreśla też, że w przypadku np. ksiąg ludności stałej i niestałej, które były prowadzone dla Królestwa Polskiego czy ogólnie zaboru rosyjskiego, istotne są również tzw. załączniki. Znajdują się tam bowiem dokumenty, na których podstawie urzędnik dokonał wpisu tj. odpisy świadectw urodzenia czy chrztu, dokumenty o zmianie wyznania, miejsca zamieszkania, wpisy o problemach z prawem, stosunku do służby wojskowej czy przysposobieniu dziecka.

Może się więc okazać, że ktoś noszący to samo nazwisko, nie jest rodzonym dzieckiem danej pary, tylko przysposobionym.

– dodaje dr Szymański.

W przypadku poszukiwań informacji o swoich przodkach z XX wieku dokumenty można znaleźć m.in. w Urzędach Stanu Cywilnego, w archiwach IPN czy archiwach np. zakładów pracy. Zdaniem historyka wiele materiałów można dziś znaleźć w internecie, m.in. w serwisie www.genealodzy.pl, w którym znajduje się mnóstwo skanów materiałów archiwalnych przede wszystkim z archiwów państwowych, ale również z akt parafialnych. Do tego jest też oficjalny serwis archiwów państwowych – www.szukajwarchiwach.pl – gdzie także sukcesywnie umieszczane są zasoby archiwalne.

W opinii Szymańskiego cofając się do początków XIX wieku, mamy duże szanse na powodzenie w naszych poszukiwaniach, ponieważ materiały te dostępne są dla każdego. Wymaga to jednak często podstawowej znajomości języka rosyjskiego lub niemieckiego, w zależności od zaboru, z którego pochodzą dokumenty. Prawdziwe „schody” zaczynają się, gdy chcemy wejść głębiej w historię naszych rodzin. Przed XIX w. nie było bowiem kancelarii urzędowych, a księgi parafialne prowadzone były dopiero od Soboru Trydenckiego (1545–1563), i to z bardzo różną pieczołowitością. Często księgi parafialne przechowywano w złych warunkach i najstarsze materiały dziś są już niedostępne. Do tego najstarsze archiwa są mocno przetrzebione przez wojny i zawieruchy dziejowe, które przetoczyły się przez Rzeczpospolitą.

W poszukiwaniach naszych przodków przed Soborem Trydenckim pojawiają się bardzo duże schody. Wymaga to już bardzo dużego doświadczenia, biegłości w posługiwaniu się średniowiecznymi dokumentami, jak również biegłości w średniowiecznej łacinie, która jest „zmorą” każdego studenta historii.

– zaznaczył historyk z UŁ.

Pomocne są też różnego rodzaju międzynarodowe serwisy genealogiczne, które – choć często są płatne – dają dodatkowe możliwości odnajdywania krewnych na całym świecie. Na poszukiwaczy swoich korzeni czyhają także pułapki. W przypadku XIX wieku, zwłaszcza w zaborze rosyjskim, jest to np. pisownia nazwisk w dokumentach urzędowych. Według historyka często zdarzało się, że urzędnicy zmieniali nazwiska osób, przerabiając je z alfabetu łacińskiego na cyrylicę. W przypadku osób niepiśmiennych były one różnie zapisywane, w zależności od tego, jak carski urzędnik usłyszał nazwisko. Kiedy zaś po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. do urzędów znów wkroczył język polski, nazwiska ponownie przepisywano z cyrylicy na język polski.

I okazywało się, że np. w przypadku tej samej rodziny, bardzo blisko spokrewnionej, jedna jej gałąź ma pisownię nazwiska np. przez „ą”, a inna część tej rodziny przez „om” lub „on”

– zauważył dr Szymański.

Historyk zwrócił też uwagę, że przystępując do badań nad swoją rodziną, trzeba być gotowym na to, co się znajdzie. Może się bowiem okazać, że nie wszystkie fakty ustalone przez nas będą ciekawe czy wręcz pozytywne.

Niejednokrotnie spotkałem się z tym, że rodzina, która dowiedziała się o różnych faktach z przeszłości swoich przodków, nie była nimi zachwycona. Żyła w kulcie dziadka, pradziadka, którego portret wisiał w salonie, a potem okazało się, że ten człowiek miał na sumieniu sporo niezbyt chlubnych dokonań.

– podkreślił dr Marcin Szymański.