Chętnie byśmy dopuścili środowisko „Rzeczpospolitej”, by pokazało wyprodukowane przez nie filmy czy wystawy o Smoleńsku, tylko że tak samo łatwo je zauważyć jak obecność wspomnianego autora „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” na naszych demonstracjach.

W czasach PRL grono odważnych ludzi, wśród nich poległy w Smoleńsku Stefan Melak, próbowało upamiętniać zbrodnię katyńską. Nie chodziło nawet o zdecydowane wskazanie rosyjskich sprawców, ale w ogóle o pamięć o poległych. Bezpieka  prześladowała organizatorów uroczystości. Jednak dużo gorsza była obojętność większości, szczególnie inteligencji. Powód takiej postawy podawany przez bardzo wielu brzmi dzisiaj dziwnie znajomo: nie włączają się w politykę.

Pamięć o zabitych w Katyniu dla PRL-owskiej propagandy była polityką i tę część propagandy większość łykała jak dobry uspokajacz. Czasem podawano argument, że ktoś na takich uroczystościach nieuczciwie się promuje, a to tragedia ludzka, przy której należy zachować ciszę. I cisza niestety na ogół była straszna. Tak straszna, że większość Polaków po prostu nie wiedziała, co stało się w Katyniu. Ci, którzy ciszę przerywali, byli uważani nie tylko przez reżim za awanturników. O nieczyste sprawki podejrzewali ich często ludzie niemający wiele wspólnego z bezpieką czy PZPR. Tak tłumili swoje wyrzuty sumienia za tchórzostwo i koniunkturalizm.

Wściekłe ataki niepełnosprawnego politycznie premiera czy jego urzędników na obchody rocznicy 10 kwietnia nie mogą dziwić. Każde przypominanie tej tragedii, nawet śmierci jego klubowych kolegów, osłabia szanse Tuska na utrzymanie władzy. Nic bardziej nie kompromituje tej ekipy, jak właśnie Smoleńsk. Lepiej więc domagać się ciszy. W tym kontekście wołanie premiera, że wolałby się nie urodzić, niż krzyczeć nad grobami ofiar, jest logiczne. Te groby wołają o sprawiedliwość, która musi lidera PO wcześniej czy później dotknąć. Nie można też dziwić się „Gazecie Wyborczej” ani TVN. W wypadku gazety Michnika i tak widać już postęp, bo przestali swoje dziękczynienia dla Moskwy pisać po rosyjsku, co miało miejsce tuż po katastrofie.

Trochę więcej czasu warto poświęcić jednak wypowiedzi Roberta Mazurka w „Rzeczpospolitej”. Już sam tytuł lekko mnie zdumiał: „Więcej nie pójdę przed Pałac”. Bywam tam regularnie i Mazurka nie spotkałem. Fakt, było tam zawsze dużo ludzi, mogliśmy się minąć. Ale drugie stwierdzenie autora, że była to impreza reklamująca „Gazetę Polską”, też raczej wynika z jego nieobecności. Przedstawiciele „Gazety Polskiej” występowali w minutowych wejściach, zapowiadając wyprodukowane przez nas filmy oraz wystawę „Prawda i pamięć”. Chętnie byśmy dopuścili środowisko „Rzeczpospolitej”, by pokazało wyprodukowane przez nie filmy czy wystawy o Smoleńsku, tylko że tak samo łatwo je zauważyć, jak obecność wspomnianego autora „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” na naszych demonstracjach. Jeżeli ktoś zrobi wystawę na temat propagowania rosyjskich kłamstw, dorobek niektórych kolegów Mazurka może być bardziej widoczny. Podkreślam niektórych, bo w tym środowisku są też i ludzie przyzwoici, a ich główny problem będzie polegał na tym, że w ogóle tam byli, gdy te teksty się ukazywały.

Najcięższy argument publicysty „Rzeczpospolitej”, że obchody 10 kwietnia to polityczny wiec, trafia do mnie tak samo jak oskarżenia o zajmowanie się polityką przy czczeniu ofiar Katynia. Co szkodzi Mazurkowi i jego redakcyjnym kolegom, by przekonali np. PJN, z którym tak długo sympatyzowali, by włączył się do organizacji obchodów. Wtedy byłoby naprawdę pluralistycznie, a nawet PJN byłby uprzywilejowany, gdyż cała partia zmieściłaby się na scenie. Strzelanie do dziesiątków tysięcy ludzi propagandą polegającą na wyłapywaniu kilku niezręcznych haseł na transparentach wśród setek jak najbardziej słusznych albo wytykaniu potknięć początkującego konferansjera, który rzeczywiście chyba pod wpływem emocji zaczął śpiewać „100 lat”, to zabieg godny „Gazety Wyborczej”. Nie dziwi więc, że „Wyborcza” tekst Mazurka z taką lubością reklamowała. Nic tak nie cieszy jak własna owieczka odnaleziona w cudzym stadzie.