Widmo znowu atakuje

  

Pierwszy raz zetknąłem się z zakazanym oczywiście w PRL legendarnym cyklem filmów o agencie 007 na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku na pokazach w angielskiej wersji językowej w British Council w Warszawie. Już wtedy mimo zachwytu nad efektowną akcją i kreacją Seana Connery’ego odczułem pewne niejasne rozczarowanie. Pogłębiło się ono jeszcze bardziej, gdy po 1989 r. bondy – już z Rogerem Moorem – trafiły na polskie ekrany oficjalnie.

Otóż tak opluwane przez peerelowską propagandę jako antyradzieckie filmy bondowskie w rzeczywistości prezentowały sowieckiego przeciwnika dość łagodnie, a z czasem wręcz całkiem sympatycznie – któż z widzów nie polubił generałów KGB o dźwięcznych nazwiskach Gogol i Puszkin, którzy ze wszech sił, czasem wręcz we współpracy z wywiadem brytyjskim, zapobiegali szalonym planom rosyjskich wojskowych ekstremistów dążących do wywołania III wojny światowej. Bond częściej zajmował się uwodzeniem pięknych rosyjskich agentek niż zwalczaniem komunizmu, wszystkie jego wysiłki bowiem skupione były na innym, widać znacznie groźniejszym wrogu – organizacji Spectre, czyli Widmo.

Fleming wiedział, co pisze

Denerwowało to podówczas wielu polskich widzów, bo zagrożenie sowiecką polityką imperialną uważaliśmy za coś znacznie bardziej realnego od knowań jakiejś nieco bajkowej międzynarodowej organizacji terrorystycznej, której cele były dziwaczne i jakby niezbyt realistyczne. Po latach jednak i doświadczeniu już na własnej skórze szaleństw ideologicznych typu dominującej w całym świecie zachodnim politpoprawności, zmasowanej propagandy LGBTicotamjeszcze, wyklęciu idei konserwatywnych i chrześcijańskich jako wrednych i wstecznych oraz powstawaniu z niczego potężnych organizacji terrorystycznych – Al-Kaidy, Państwa Islamskiego – zacząłem inaczej patrzeć na obraz Widma.

A może nie doceniłem przenikliwości Iana Fleminga, twórcy bondów, a przedtem pracownika brytyjskich służb specjalnych, podobnie jak kiedyś, zaraz po II wojnie światowej, nie doceniono przestróg George’a Orwella, nie mogąc sobie wyobrazić realności tak totalnej kontroli umysłów i powszechnego triumfu kłamstwa, jaką przedstawił w „Roku 1984”. A przecież ta skierowana przeciw komunistycznemu zniewoleniu umysłów książka dopiero dziś nabrała w pełni złowieszczej mocy. Nawet Stalin i Mao nie mieli takiej możliwości manipulowania prawdą w celu totalnego zniewolenia swoich poddanych, jaką dziś dysponują widmowe – bo pozbawione twarzy – ponadnarodowe korporacje informatyczne i medialne, „filantropijne” przedsięwzięcia o skali globalnej, jak działania George’a Sorosa, czy kreatorzy skrajnie lewackiej wizji dziejów urządzający wyprany z jakiejkolwiek tradycji chrześcijańskiej i narodowej Dom Historii Europejskiej w Brukseli.

Republika Świata

Uzupełnijmy orwellowski obraz świata totalitarnego, opartego na przemocy – również intelektualnej – o pomysły drugiego antyutopisty, Aldousa Huxleya, a ze zdumieniem ujrzymy w naszej rzeczywistości dokładny opis „Nowego wspaniałego świata”, rządzonego według absurdalnych reguł ustanowionych nie wiadomo przez kogo, czyli… Widmo. Cały glob połączył się już w sprawiedliwie rządzoną przez jakowychś mędrców Republikę Świata, która swoim poddanym od młodości pierze mózgi poprzez Ośrodek Rozrodu i Warunkowania. To tam młodych wykształconych z wielkich miast naucza się niechęci i pogardy wobec wszystkiego co stare. A zadowolenie z nędznego życia utrzymujących tę piękną republikę ciemnych roboli farmakologicznie stymuluje dawkowanie somy – pigułki szczęścia wymyślonej niemal w tym samym czasie przez naszego rodzimego czarnowidza Witkacego. W ten sposób tworzy się posłusznego mędrcom idealnego konsumenta tandetnych w istocie dóbr materialnych – robola i dóbr duchowych – intelektualistę. Dziwnie znajomy obraz…

Dobrotliwy Huxley pozostawił takim jak ja Rezerwat, gdzie niereformowalne duchowo i odporne na somę staruchy dinozaury dożywają swych dni, trzymając się przestarzałych i niepotrzebnych już światu przekonań i zasad. Współczesne Widmo już raczej zastosuje metodę dorzynania watah, widząc, jak niebezpieczną rolę rozsadnika złych, bo przestarzałych idei, mogą odgrywać takie nie do końca spacyfikowane rezerwaty jak Polska czy Węgry.

Widmo ogarnia cały świat

Za czasów Karola Marksa Widmo (w ubranku komunizmu) skromnie jeszcze krążyło tylko nad Europą, ale odkąd mimo nadludzkich wysiłków Bond nie zdołał go pokonać, zaczęło – jak w „Międzynarodówce” – wieść bój ostatni, by zwycięsko ogarnąć cały świat. Dlaczego mu się to udaje? Może z powodu, który tak komplikował heroiczne starania agenta 007, mianowicie dlatego, że przywódcy są na tyle pozbawieni oblicza lub raczej mają tych oblicz tak wiele, iż szef Spectre, mityczny Blofeld, co rusz likwidowany przez Bonda, jakby nigdy nic pojawia się wciąż na nowo.

Po tych wszystkich deliberacjach przywróciłem honor dawnemu Bondowi – współczesne nam filmy, żerujące na tym nazwisku, mają przez zawłaszczenie spacyfikować imię wroga i uczynić go niegroźnym dla Widma i skarlałych umysłów pożeraczy somy, czyli popkultury. Naiwne bowiem na pozór filmy z Seanem Connerym i Rogerem Moore’em jednak poprzez sam fakt ujawnienia groźnego istnienia globalnego wroga – obłędu ideologicznego na skalę światową – naruszały podstawowy dogmat huxleyowskiej Republiki Świata:

„Szczęśliwi ludzie to tacy, którzy nie są świadomi lepszych i większych możliwości, żyją we własnych światach odpowiednio skrojonych do ich predyspozycji”.

Obywatele krainy fałszywej szczęśliwości

W czasach mojej młodości równie naiwnie definiowałem Blofeldów współczesności – jakiś Lenin ze Stalinem, później Breżniew z Mao – ci wydawali się wręcz nieśmiertelni i o dziwo, owi dwaj odrażający starcy inspirowali młodych zbuntowanych w 1968 r. intelektualistów z paryskiej Sorbony, jak Daniel Cohn-Bendit i najzdolniejszy uczeń Mao i Jeana-Paula Sartre’a Pol Pot. Z wiekiem przychodziło doświadczenie, że Widmo może mieć dowolną twarz czy raczej maskę, byle omamić także resztki dzikusów w rezerwatach. Zamiast głosić otwarcie pochwałę terroru, jak bolszewicy i maoiści, może zacząć głosić miłość i tolerancję, jak zdebilałe od dobrobytu i somy dzieci kwiaty, które po przekwitnięciu zamieniły się w cynicznych lewackich polityków typu Joshki Fischera czy innych Zapaterów i Obamów.

To nie my wszak wypełzliśmy z Rezerwatu jak jakaś szarańcza czy inne wstrętne robale, by ich nawracać siłą z pomocą naszej straszliwej inkwizycji na nasze „odrażające, brudne, złe” idee, to oni wpychają nam na siłę obywatelstwo widmowego świata, któremu John „Dziki” – zbuntowany bohater Huxleyowskiej antyutopii dumnie rzuca w twarz:

„Ja tam wolę być nieszczęśliwy niż pozostawać w stanie fałszywej, kłamliwej szczęśliwości, w jakiej tu się żyje”.

Dlatego przed wielu już laty wypisałem się z Republiki Świata i wszystkie swoje wątłe siły poświęciłem ujawnianiu Widma w przekonaniu, że najzaciszniejszy Rezerwat nie ostanie się wobec jego zakusów, a więc trzeba z niego wyjść i walczyć. Czy walka będzie zwycięska, to się okaże, wszak nawet najlepszy agent 007 został jak na razie spacyfikowany przez odrażające kopie noszące bezprawnie jego miano. Na wzór więc prawdziwego Jamesa Bonda mojej młodości sam sobie przyznałem licencję na zabijanie – Nieprawdy.
 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts