Sprawa Ziętary. Zeznawał ważny świadek

Redakcyjny kolega Jarosława Ziętary, od lat starający się o wyjaśnienie jego śmierci - Krzysztof Kaźmierczak - zeznawał przed poznańskim sądem w procesie byłych ochroniarzy Elektromisu, oskarżonych o uprowadzenie i pomocnictwo w zabójstwie poznańskiego reportera.

arch.

Mirosław R., ps. "Ryba", i Dariusz L., ps. "Lala", oskarżeni są o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie reportera „Gazety Poznańskiej” Jarosława Ziętary.

Według ustaleń prokuratury, oskarżeni, podając się za funkcjonariuszy policji, podstępnie doprowadzili do wejścia Ziętary do samochodu przypominającego radiowóz policyjny.

Następnie przekazali go osobom, które dokonały zabójstwa, zniszczenia zwłok i ukrycia szczątków. W toku postępowania ustalono ponadto, że działali oni wspólnie z inną, nieżyjącą już osobą. Oskarżeni, obecnie 60-letni Mirosław R. i 50-letni Dariusz L., byli w pierwszej połowie lat 90. pracownikami poznańskiego holdingu Elektromis, którego działalnością interesował się Ziętara. Oskarżeni nie przyznają się do winy.

Sąd przesłuchał w charakterze świadka poznańskiego dziennikarza Krzysztofa Kaźmierczaka. Dziennikarz współpracował z Ziętarą w "Gazecie Poznańskiej".

Sprawą porwania i zabójstwa redakcyjnego kolegi Kaźmierczak zajmuje się od 1992 r. Jest też współzałożycielem Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary. W 2015 r. wraz z Piotrem Talagą Kaźmierczak wydał książkę "Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa". W publikacji przedstawione zostały m.in. kulisy śledztwa.

Kaźmierczak mówił przed sądem, że po raz ostatni raz widział Ziętarę dzień przed jego zaginięciem ok. godz. 13-14. "Jarek słabo się czuł, wspominał coś o żołądku" – podkreślił Kaźmierczak.

Świadek wskazał, że 1 września 1992 r. wraz z Ziętarą mieli jechać na materiał "w teren", ale okazało, że wyjazd nie dojdzie do skutku, bo – jak poinformowano go w redakcji - nie ma dostępnego samochodu. "Nie pamiętam wcześniej takiej sytuacji, by samochód był tak nagle odwoływany" – podkreślił.

Kaźmierczak mówił też o pierwszych tygodniach i miesiącach po zaginięciu Ziętary; w tym o kilkukrotnym przeszukaniu biura Ziętary, m.in. przez zastępcę redaktora naczelnego "Gazety Poznańskiej", i osoby, które przedstawiono jako policjantów. "Z tego, co mówił mi przełożony, to byli policjanci, ale do redakcji przyszli po cywilnemu. Trudno było nie wierzyć przełożonemu. Dopiero później okazało się, że to jednak policjanci nie byli" – wskazał Kaźmierczak.

Dziennikarz mówił również o powstaniu specjalnej, nieformalnej grupy złożonej z przedstawicieli poznańskich mediów, którzy na własną rękę próbowali rozwikłać zagadkę zniknięcia Ziętary. Jak mówił, grupa na początkowym etapie swojej pracy miała wiele hipotez na temat zaginięcia dziennikarza. Rozważano m.in. współpracę Ziętary z UOP, samobójstwo, ucieczkę, wstąpienie do sekty religijnej, czy organizacji Opus Dei. Próbowano też sprawdzić, czy tematy, którymi zajmował się Ziętara nie były dla niego potencjalnie niebezpieczne. Kaźmierczak podkreślił, że grupa powstała "z braku odpowiedniej reakcji organów, a także braku reakcji redakcji Gazety Poznańskiej".

Jak tłumaczył Kaźmierczak, po pewnym czasie, po zbadaniu wielu tropów, "nie mieliśmy już żadnych wątpliwości, że to nie było samobójstwo, ucieczka, a brana była pod uwagę tylko wersja, że został zamordowany w związku ze swoją pracą" – wskazał Kaźmierczak.

Świadek zaznaczył, że już w latach 90. pracownik UOP przekazał informację, że w sprawę zamieszany był Roman K. ps. Kapela. Jak tłumaczył Kaźmierczak, poinformował o tym m.in. policję, ale "nie podjęto w tej sprawie żadnych czynności". W 2016 r. Kaźmierczak na łamach "Głosu Wielkopolskiego" opublikował artykuł "Sprawa Ziętary: Zagadkowa śmierć antyterrorysty". Kaźmierczak napisał w nim o niejasnych okolicznościach śmierci Romana K. W artykule wskazane było, że mistrz Polski w judo, policjant i ochroniarz Elektromisu "miał popełnić samobójstwo, strzelając sobie z prawej ręki w lewą skroń".

Kaźmierczak w publikacji kwestionował motywację Romana K. do popełnienia samobójstwa. Jak pisał, "według świadków Kapela miał wyrzuty z powodu przyczynienia się do śmierci dziennikarza (Jarosława Ziętary). Uczestnicząc w jego porwaniu, nie wiedział, że zostanie on zabity. Kiedy ruszyło śledztwo w sprawie Ziętary, obawiano się, że może on złożyć zeznania i dlatego postanowiono go uciszyć". Kaźmierczak wskazał, że "w ekipie, która miała brać udział w upozorowaniu samobójstwa, byli: jego przyjaciel Mirosław R. ps. Ryba, Dariusz L. ps. Lala i Przemysław C. ps. Granat. Za spust miał pociągnąć Ryba - jak w 2015 r. podała Gazeta Wyborcza, ujawniając informacje ze śledztwa".

W sprawie tego artykułu prywatny akt oskarżenia złożył do sądu Mirosław R. (jeden z oskarżonych o porwanie i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary). Pozew ostatecznie został oddalony przez sąd.

O udziale Kapeli w porwaniu Ziętary miał mówił śledczym także Jerzy U. – jego zeznania w procesie Mirosława R. i Dariusza L. zostały jednak utajnione. Zanim jednak Jerzy U. składał zeznania w sądzie, rozmawiał z dziennikarzami "Głosu Wielkopolskiego" i "Superwizjera" TVN. Jerzy U. to były funkcjonariusz SB i UOP. Zajmował się m.in. śledzeniem i podsłuchiwaniem osób. W rozmowie z dziennikarzami przyznał, że ma pełną wiedzę o zbrodni na Jarosławie Ziętarze i że widział moment porwania dziennikarza.

Jerzy U. miał mówić dziennikarzom, że jeździł za Ziętarą, robił zdjęcia, dokumentował jego codzienne zwyczaje, założył podsłuch w mieszkaniu dziennikarza. 1 września 1992 r., siedząc w samochodzie pod mieszkaniem Ziętary, miał widzieć, jak pod kamienicę podjeżdża policyjny radiowóz, następnie Ziętara wsiada do samochodu z dwoma funkcjonariuszami, trzeci kierował autem. Trzecim z "funkcjonariuszy", który miał brać udział w porwaniu dziennikarza - poza oskarżonymi - miał być Roman K. ps. Kapela.

Kaźmierczak przed sądem mówił również o spotkaniu, jakie odbył z poznańskim gangsterem Maciejem B., ps. Baryła, w zakładzie karnym. Baryła także mówił Kaźmierczakowi, że śmierć Romana K. nie była przypadkowa. Według Baryły, do śmierć kilku osób związanych ze sprawą Ziętary – nie tylko Kapeli – doszło "w dziwnych okolicznościach".

Nawiązując do spotkania z Maciejem B., Kaźmierczak podkreślił, że na początku "Maciej B. spuścił głowę i powiedział, że przeprasza za Jarka. Widziałem, że dużo go te słowa kosztowały (…). Był to dla mnie wstrząsający moment" – zaznaczył Kaźmierczak w przytoczonych przez sąd wcześniejszych zeznaniach.

Dodał, że podczas spotkania gangster wracał pamięcią do spotkania Aleksandra Gawronika z osobami związanymi z Elektromisem. Maciej B. miał mu powiedzieć, że "mówiono, że Ziętara węszy i Gawronik powiedział, że trzeba uciszyć i zlikwidować (…). Mówił, że widział elementy związane z przygotowaniem do porwania Ziętary (…) i że doszło do porwania. Jarek został przewieziony na teren Elektromisu. To, co się działo później (Maciej B.), wie już od swojego kolegi Lewego" - zaznaczył Kaźmierczak.

Według zeznań Baryły, "Jarka przetrzymywano, bito, a później przewieziono go pod Poznań (…) i że tam był dalej przetrzymywany (...). Potem ciało Jarka zostało rozpuszczone w jakimś kwasie i nie wyszło to tak, jak myśleli, do końca. (…) B. mówił, że widział w bagażniku jednego z samochodów, bodajże Lewego czy innego z nich, który się chwalił i pokazywał w tym bagażniku, w jakimś worku kości i sobie żartował, że teraz Jarek już nic nie napisze" - dodał.

Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pracował najpierw w radiu akademickim, później współpracował m.in. z "Gazetą Wyborczą", "Kurierem Codziennym", tygodnikiem "Wprost" i "Gazetą Poznańską". Ostatni raz Ziętarę widziano 1 września 1992 r. Rano wyszedł do pracy, ale nigdy nie dotarł do redakcji "Gazety Poznańskiej". W 1999 r. Ziętara został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono. 

 


Źródło: niezalezna.pl, PAP

redakcja
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo