Trudno żeby sztuka lub nawet jej substytuty nie dołączały do dyskusji nad kształtem społeczeństwa, zwłaszcza gdy w Polsce rośnie napięcie pomiędzy dwoma wizjami współczesności. W dyskusję (czy raczej walkę) nad istotą wolności w XXI wieku włącza się także i finansowane przez stołeczny budżet Muzeum Sztuki Współczesnej. Wystawa Daniela Rycharskiego „Strachy” ustawiona w jednej Sali muzealnej zawiera różne konstrukcje, usilnie zwane rzeźbami, które mają wyrażać cierpienie homoseksualistów, ich prześladowania i nietolerancję ze strony – a jakże! – Kościoła katolickiego i konserwatywnego narodu polskiego. Ale oprócz tego, że twory Rycharskiego są produkowane w znanym i tysiąckrotnie powtarzanym na całym świecie schemacie kulturowego ucisku, to w dodatku ich artystyczne wykonanie jest jakby żywcem wyjęte z literatury końca lat 40-tych, z socrealistycznych produkcyjniaków, jest po prostu słabe. Płonący konfesjonał na ekranie czy krzyże ubrane w odzież „ciemiężonych” homoseksualistów mają wzruszać „ich”, a bulwersować „nas”. I tu jest pewien dylemat – oburzać się na zideologizowaną narrację, która uderza w nasze wartości, jednocześnie
nadając Rycharskim i Nikomu-nieznalskim rozgłos, czy przemilczeć i pozostawić w ciszy, ale też być obojętnym na – schematyczne, ale jednak – prowokacje.

Homofoby, wyzyskiwacze, antysemici… i rasiści!

Gdyby istniał odgórnie zapisany kanon liberalnej definicji Polaka, to Rycharski wpisałby się weń swoją wystawą z zapałem prymusa. W sali wystawowej zaliczamy bowiem wszystkie negatywne stereotypy dotyczące naszego społeczeństwa, doprawdy wszystkie – nawet takie, o których zapominał późny PRL. Mamy więc krzyż złożony z dwóch żerdzi, zabranych z miejsca samobójstwa dwóch dziewcząt, które targnęły się na swoje życie rzekomo z powodów nietolerancji wobec ich lesbijskiego związku. Są też wiszące pod sufitem różnobarwne krzyże ubrane w odzież, jak zapewniają organizatorzy wystawy, przyjętą od osób homoseksualnych, które doznały dyskryminacji. Nie mogło jednak zabraknąć sugestii o antysemityzmie – na jednym z ekranów wyświetla się film z wysepki na której „fragment scenografii z filmu «Pokłosie»” – czytamy w informacji muzealnej. Widać z tego, że dzisiejszym twórcom nie trzeba już realnych dowodów na antysemityzm, bo wystarczy dekoracja z filmu fabularnego… Ale dlaczego części szat duchownych katolickich w innym obiekcie, układają się w strój Ku Klux Klanu? Charakterystyczna dla kultury południowych stanów USA postawa antymurzyńska do Polski docierała co najwyżej w serialach amerykańskich, gdzież więc w Polsce szukać właścicieli afrykańskich niewolników zmuszających do pracy na polach bawełny? Oglądając monotematyczną wystawę o ucisku wykluczonych i polskim wyzyskiwaczy, można pomyśleć, że autorowi zabrakło już oskarżeń i trzeba było przypinać społeczeństwu kompletnie obce rozrachunki. Rycharski jednak nie zapomniał o pańszczyźnie, skoro ustawił tam także kolorową bramę przypominającą zniesienie w 1864 roku obowiązku pracy na szlacheckim folwarku. Z tej narracji oskarżającej narodową tożsamość zrezygnowała PRL-owska kinematografia już w czasach Jaruzelskiego, ale widać co się przylepi do wizerunku Polaka, to się współczesnym artystom przydać może. Wielki kamienny krzyż wbity w łóżko podpisany jest przeinaczonym przesłaniem Jana Pawła, który mówił, że „nie ma miłości bez Solidarności”, zaś przy łóżku widnieje jego trawestacja: „Bez sprawiedliwości nie ma solidarności”. Czym jest ta sprawiedliwość? Akceptacją postulatów ruchów homoseksualnych i potępieniem polskości – co bije z każdego kąta muzealnej sali.

Szkoda drewna

A jednak w jednej rzeczy autor wyszedł ponad średnią obrazoburczości. Dwa sąsiadujące ze sobą ekrany, na których płoną drewniane elementy, mają być bliźniaczymi odmianami dwóch odmiennych punktów widzenia. Na jednym ekranie płonie część konfesjonału, a na drugim gejowskiego darkroomu. Porządni ludzie mogą nie wiedzieć czym jest darkroom i być może wiedzieć nie powinni – a jednak chodzi tu o pomieszczenie w klubach dla osób homoseksualnych, w których można uprawiać seks bez zobowiązań, ba, nawet seks anonimowy, nie wiedząc z kim, czy nawet nie widząc twarzy partnera. Takie wynalazki już dawno dotarły do Polski i są obecne w „pubach” dużych miast, ale do Muzeum jako element sztuki, zrównany z miejscem spowiedzi przed Bogiem, trafiają chyba pierwszy raz.

Nie jest tajemnicą, że autor wystawy deklaruje się jako homoseksualista. W wywiadzie dla dwutygodnika „Kontakt” z 2017 roku opowiadał o swoim związku z duchownym, który go ostatecznie porzucił. Czy dlatego Rycharski epatuje łączeniem homoideologii z wiarą katolicką? Czy jest to forma autoterapii czy zemsty na Kościele, który na związki partnerskie nie pozwala?

Mały brudny hotel

Ciekawe, że sztuka tzw. LGBT w Polsce pozostaje daleko za awangardowymi formami wyrazu w bardziej tolerancyjnych krajach. Muzea LGBT w Londynie czy Berlinie pokazują już dalece bardziej zaawansowane dylematy homoseksualnych społeczności – łączenie się par o ordynarnych fantazjach seksualnych (sadyzm, masochizm), częsta zmiana partnerów (promiskuityzm) czy zmiany płci. A u nas? Wciąż tylko opresyjny Kościół katolicki i do znudzenia powtarzane narzekania na polskie konserwatywne społeczeństwo. Schematyczna treść, wyświechtane formy wyrazu i potrzeba obrazoburstwa dają się najlepiej skomentować uniwersalnym fragmentem wiersza Zbigniewa Herberta, który przestrzegał, że „jeśli tematem sztuki / będzie dzbanek rozbity / mała rozbita dusza / z wielkim żalem nad sobą / to co po nas zostanie / będzie jak płacz kochanków / w małym brudnym hotelu / kiedy świtają tapety”.

Tekst ukazał się w tygodniku „Gazeta Polska”, nr 11 z 13 marca 2019