Nieoczekiwany apel Wałęsy. Chce "wymusić"... zakaz używania nazwy SOLIDARNOŚĆ!

Lech Wałęsa / Filip Blażejowski/Gazeta Polska

  

Współzałożyciel i pierwszy przewodniczący NSZZ Solidarność chce... zawieszenia używania tej nazwy. Lech Wałęsa namawia do takiego działania i to w drodze "wymuszenia". Tym samym dołączył on do Aleksandry Dulkiewicz - prezydent Gdańska, która poszła na zwarcie z Solidarnością w sprawie obchodów rocznicy 4 czerwca.

"Solidarność" Stoczni Gdańskiej uzyskała w czwartek zgodę wojewody pomorskiego na organizację cyklicznych zgromadzeń na placu przed Pomnikiem Poległych Stoczniowców w Gdańsku oraz na ulicy Doki przy historycznej bramie nr 2 w dniach: 10 kwietnia, 3 maja, 4 czerwca, 14 sierpnia i 11 listopada, w godzinach od 6 do 22. Decyzja została wydana na okres trzech lat. Wniosek o zgodę na cykliczne zgromadzenia złożył do wojewody wiceszef stoczniowej "S" i radny PiS sejmiku pomorskiego Karol Guzikiewicz.

"Celem każdego z cyklu zgromadzeń będzie uczczenie doniosłych i istotnych dla Rzeczypospolitej wydarzeń w formie zgromadzenia stacjonarnego"

- napisał wojewoda pomorski Dariusz Drelich w decyzji udostępnionej na stronie internetowej komisji zakładowej "S" Stoczni Gdańskiej.

Z apelem o uchylenie tej decyzji zwróciła się w piątek do wojewody pomorskiego prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Wypowiedziała ona nawet absurdalne słowa, że język, jakim posługuje się Guzikiewicz, doprowadził do... morderstwa Pawła Adamowicza.

To jednak nie koniec. Dziś do Dulkiewicz dołączył sam... Lech Wałęsa. Zaapelował on o wymuszenie zawieszenia używania nazwy "Solidarność" przez obecne kierownictwo związku. Guzikiewicza i Dudę nazywa "szkodnikami".

"Zwracam się do budowniczych Solidarności o zorganizowanie zebrania podpisów w celu wymuszenia zawieszenia używania nazwy Solidarności przez kierownictwo związku do momentu pozbycia się takich szkodników jak m.in. Guzikiewicz, Duda"

- napisał na Twitterze Wałęsa.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Szokujące ustalenia. Tu tradycyjne media nic nie znaczą! Liczy się tylko internet i wojna na fake newsy

zdjęcie ilustracyjne / rawpixel; pixabay.com / Creative Commons CC0

  

Nie jest żadną tajemnicą, że w Indiach, zwłaszcza wśród młodych ludzi media elektroniczne i całe kampanie fake newsów, stały się politycznym narzędziem skuteczniejszym niż tradycyjne media. W czasie indyjskich wyborów tysiące internetowych wolontariuszy, ale również profesjonalne firmy, zajmują się produkowaniem fałszywych informacji. Jak działa mechanizm manipulacji prowadzonej na tak szeroką skalę? Ustalenia w tej sprawie są doprawdy wstrząsające!

Z małego okna widać płaskie dachy sąsiednich budynków. W klimatyzowanym pokoju przed monitorami komputerów i nad rozłożonymi laptopami siedzi czterech jego kolegów.

To jest nasze małe centrum dowodzenia. Jesteśmy żołnierzami, a to są nasze karabiny.
- mówi cytowany przez Polską Agencję Prasową Rajan, jeden z internetowych trolli pracujący w Gurgaon, mieście satelickim Delhi.

Arun, wysoki 27-latek, wstaje i przypina żółtą karteczkę do tablicy, następnie bierze drugą z sąsiedniej kolumny.

Jesteśmy raczej najemnikami na tej wojnie.
- mówi krzywiąc się i wraca do swojego laptopa.

32-letni Ranjan przyznaje, że nie są wolontariuszami, ale profesjonalistami pracującymi na zlecenie. Jego zespół zajmuje się produkcją memów i filmów wideo na potrzeby kampanii jednej z partii startującej w indyjskich wyborach.

Trochę pomaga, jeśli człowiek ma te same poglądy co klient, ale wielu z nas robi to po prostu dla pieniędzy. Mamy płacone od liczby polubień, od zasięgu, jaki złapie nasz materiał. Czasami wystarczy znaleźć zdjęcie w internecie i podpisać je, a ludzie sami załapią. Innym razem musimy się napracować, zwłaszcza jeśli atakujemy kogoś konkretnego.
- mówi, nawet przez chwilę nie kryjąc tego, że na zlecenie produkuje dezinformację.

Młody mężczyzna pracował wcześniej w mieście Puna w centralnych Indiach. Jego mała firma przeprowadzała telefoniczne badania opinii dla zachodnich firm. Był podwykonawcą. Szybko odkrył, że żeby wypełnić kontrakt, łatwiej zgarnąć obcokrajowca, Europejczyka lub Amerykanina z ulicy i zapłacić mu za udawaną rozmowę według podsuniętego scenariusza.

Przed wyborami w 2014 r. Ranjan zorientował się, że równie dobrze płatnym zleceniem jest internetowe trollowanie na rzecz konkretnej partii.

Można zapytać, po co płacić trollom, jeśli w internecie jest wielu wolontariuszy? To proste, my jesteśmy lepiej zorganizowani, mamy konkretne zadania i cele do wykonania. I nie zawsze robimy miłe dla sumienia rzeczy.
- tłumaczy.

W 2019 r. w wyborach do izby niższej parlamentu mogło głosować 900 mln osób uprawnionych. Dzięki rewolucji taniego internetu w Indiach, który przyniosła firma Jio, a także dostępności tanich chińskich smartfonów liczba użytkowników sieci wzrosła do poziomu 500 mln ludzi. Z tego 84 mln głosowało po raz pierwszy w życiu w tych wyborach.

Obecnie młodzi Indusi masowo korzystają z mediów społecznościowych, w tym z komunikatorów typu Whatsapp - używa ich ok. ćwierć miliarda Indusów. Te narzędzia zastąpiły im tradycyjne media, telewizję i gazety.

Zmiany pierwsi zauważyli stratedzy polityczni Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) podczas kampanii wyborczej w 2014 r. Ponad 60-letni Narendra Modi, lider BJP, szybko stał się również liderem internetu. Obecnie ma ponad 40 mln fanów na Facebooku i Twitterze. Jego największy przeciwnik, Rahul Gandhi, założył konto na Twitterze dopiero w połowie 2015 r. i ma ponad 9,5 mln fanów.

My tego raczej nie robimy, ale dezinformacja może być prawdziwą bronią w realnym świecie.
- podkreśla Ranjan.

Tłumaczy, jak plotka rozsiewana przez komunikatory może doprowadzić do zamieszek w Indiach. Takie przypadki, gdzie ginęli ludzie, zdarzały się w Zachodnim Bengalu, Biharze i Uttar Pradeś.

Można też zaatakować innych użytkowników Twittera i donieść policji, jeśli uważamy, że wpis atakuje religię, armię czy państwo. Są na to przepisy.
- tłumaczy.

Przed wyborami w 2014 r. i tuż po nich zaczęły powstawać portale i strony Facebookowe zajmujące się dezinformacją, takie jak Dainik Bharat i Postcard News skierowane przeciwko opozycji. Przed wyborami w 2019 r. rodziły się strony takie jak „Viral in India”, które z kolei atakowały BJP i premiera Modiego.

Właścicielem „Viral in India” był Abishek Mishra, który początkowo tworzył filmy popierające Narendrę Modiego. Jego firma rozrosła się i wkrótce zatrudniał kilkanaście osób w nowoczesnym biurze.

Przed wyborami w 2019 r. Mishra jednak zmienił front. Na jego stronie pojawił się zmanipulowany film, przedstawiający Yogiego Adityanatha, śmiejącego się na uroczystości upamiętniającej funkcjonariuszy sił porządkowych, którzy zginęli 14 lutego br. w ataku samobójczym w Kaszmirze. W rzeczywistości wideo nakręcono podczas innej uroczystości i wyolbrzymiono zachowanie polityka prawicy. Wkrótce Mishra został aresztowany pod zarzutem obrazy wizerunku i religii (Yogi Adityanath jest również kapłanem hinduskim).

Około 70 proc. informacji w indyjskich mediach społecznościowych jest fałszywych i pochodzi od profesjonalnych trolli i aktywistów. I ludzie chcą w te informacje wierzyć, więc tak naprawdę, co w tym złego?.
- zastanawia się internetowy troll z Indii.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl