Kłamstwo smoleńskie upadło. Polacy nie dają wiary ani rosyjskiemu raportowi MAK, ani komisji Millera. Rząd i posłuszne mu media poniosły spektakularną klęskę – właściwie nic, co głosili w tej sprawie, nie jest wiarygodne. Klęskę hańbiącą tym bardziej, że demaskującą nie tylko fałsz i tchórzostwo, ale też mówiąc eufemistycznie, brak zdolności honorowej.

Trudno o szacunek wobec ludzi, których śmierć elity z prezydentem na czele skłania do firmowania barbarzyńskich poczynań, walki z pamięcią i dobrym imieniem ofiar, ale też lekceważeniem samego faktu śmierci Prezydenta i towarzyszących mu 95 osób. Ale ta ich retoryka – dajmy spokój, wypadki się zdarzają – ta retoryka niewolników nie przekonała wbrew zaklęciom niemal nikogo. Tak – członkowie komisji Millera, członkowie rządu, urzędnicy, brylujący w telewizjach eksperci różnej maści i odpytujący ich dziennikarze, luksusowi telewizyjni publicyści, zachowujący się jak rosyjscy agenci wpływu – zostaną zapamiętani w tych hańbiących pozach. 

Patrzą na nas

Smoleńsk jest z różnych względów wydarzeniem granicznym w naszej najnowszej historii. Postawa, jaką wobec niego zajęliśmy – nie tylko ta wynikająca z analizy faktów, ale też etyczna – będzie jeszcze przez długi czas, jeśli nie zawsze, pryzmatem, przez który patrzeć będą na nas przyszli Polacy. Ta świadomość dociera dziś do coraz większej grupy Polaków. Stąd to przełamanie, jak określił to prof. Marek Czachor z Politechniki Gdańskiej, w środowisku naukowym. Już kilkudziesięciu wybitnych polskich naukowców, profesorów i doktorów habilitowanych, fizyków, inżynierów, ekspertów lotnictwa angażuje się w badanie katastrofy smoleńskiej. Państwo rządzone przez PO zawiodło i ośmieszyło nas – Polaków. Przedstawiciele polskiego życia naukowego dobrze to zrozumieli, wiedzą też, że odpowiedzialność, jak zawsze w takich chwilach w Polsce, spoczywa na polskiej inteligencji. Podejmują ją zatem. To, co jeszcze rok temu – gdy rosyjska i służalcza narracja PO dominowały, było zupełnie niemożliwe bez ostracyzmu w środowisku i wyśmiania w mediach.

Upadek

Kompromitacja wychodzi nawet z badań zamawianych przez pierwsze na froncie propagandowym tytuły. „Gazeta Wyborcza” zrobiła sondaż, co Polacy sądzą o katastrofie. I mimo godnych dostrzeżenia wysiłków, by publikacja tego nie wybijała – wyniki są dla linii gazety miażdżące. Na pytanie, czy przyczyny katastrofy w Smoleńsku zostały wyjaśnione, najwięcej respondentów (34 proc.) odpowiada… „Nie, i nie będą, póki Rosjanie nie przekażą nam wraku i czarnych skrzynek”. Nieco mniej, bo 32 proc. mówi: „Nie, władze polskie razem z Rosjanami ukrywają prawdę”, a 25 proc. dorzuca: „Nie, polskie władze niewystarczająco się starają, żeby wyjaśnić przyczyny katastrofy”. Tylko 16 proc. uważa, że „najważniejsze fakty zostały już ustalone w raporcie komisji Millera”. To klęska Platformy, Tuska, członków komisji Millera, ale też tych wszystkich Blumsztajnów, Czuchnowskich, Wrońskich, którzy niestrudzenie służyli smoleńskiemu kłamstwu. 

Powrót starych narzędzi

Ale dlatego, że ten front propagandowy załamał się zupełnie, tak duży skupia się dziś wysiłek na próbach ośmieszania śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ci sami politycy i dziennikarze, którzy lansowali jego fałszywy obraz przed katastrofą, teraz bez najmniejszego skrępowania powtarzają stare frazy. A przecież one się zupełnie skompromitowały dwa lata temu – w czasie tygodnia żałoby, gdy media onieśmielone setkami tysięcy żałobników na Krakowskim Przedmieściu i milionami w Polsce zrezygnowały na kilkanaście dni z sączenia jadu. Nagle pokazały się normalne, ładne zdjęcia pary prezydenckiej, w mediach można było wreszcie usłyszeć, że Lech Kaczyński był politykiem wybitnym, wielkim patriotą, erudytą i sympatycznym, ciepłym człowiekiem. Ten zwrot trwał raptem kilka dni, ale wystarczył, by zdemaskować wszystkie te kłamstwa, którymi wcześniej nas częstowano. I rolę, jaką pełniły wcześniej te same zalewające się łzami media. Propagandyści III RP bali się wtedy nawet pojawić w okolicach Krakowskiego Przedmieścia z obawy, że tak jak Monika Olejnik, idąca w czerni do Pałacu Prezydenckiego, usłyszą na swój temat mocne słowa.

Przekaz rozpisany na głosy

Po dwóch latach od tej kompromitacji znów na froncie są te same nazwiska: wymienię tylko tych najbardziej wysłużonych, jak Lis czy Żakowski, ale pojawiają się też neofici. Robert Krasowski, kiedyś naczelny centroprawicowego „Dziennika”, podpisujący się do dziś mianem „konserwatywnego” (choć w tym wypadku ten przymiotnik oznacza raczej konserwowanie interesów establishmentu III RP w zamian za kooptację), napisał w „Polityce” tekst będący zestawieniem wszystkich tych opinii, które mają obecnie obowiązywać. Przedziwnym zbiegiem okoliczności jego tekst odpowiada dokładnie tezom rozmowy Teresy Torańskiej w „Newsweeku”, którą opublikowała w blisko dwa lata po rozmowie z Bielanem bez jego zgody, autoryzacji i, jak twierdzi Bielan, w zmanipulowanej formie. Przekaz brzmi tak – Lech Kaczyński był miłym, nieudolnym safandułą uzależnionym od brata, bez talentu politycznego i ambicji i nie nadawał się na prezydenta. Ha, po śmierci piszą już o nim, że był miłym i ciepłym człowiekiem. Być może podanie fragmenciku prawdy ma uwiarygodnić fałszywą resztę.

Śmieszne diagnozy

Ale gorliwość, by Lecha Kaczyńskiego pokazywać jako niesamodzielnego polityka jest komiczna. To w takim razie jakim cudem polityk ten mógł stać się wiceprzewodniczącym Solidarności i faktycznie kierować związkiem na początku transformacji? W jaki sposób odrodził prestiż Najwyższej Izby Kontroli, gdy był jej prezesem? Co sprawiło, że zostając ministrem sprawiedliwości, umiał zbudować taką pozycję, że po stworzeniu partii, na której czele stanął, mógł w cuglach wygrać wybory prezydenckie w stolicy z tak hołubionym przez establishmentowe media Andrzejem Olechowskim? Wszystko to załatwił za niego brat? A wygranie wyborów prezydenckich, potem budowa suwerennej pozycji Polski w Europie, umacnianie naszej roli na Wschodzie i pilnowanie, by prawo Unii Europejskiej tak samo stosowano wobec silnych i słabych państw, starych i nowych członków wspólnoty? To brat jeździł na spotkania, szczyty, negocjacje, to on zorganizował wyprawę do Gruzji, która faktycznie zatrzymała wtedy agresję Rosji? To wszystko są dokonania Lecha Kaczyńskiego, pewnie, że często wymyślane wspólnie z bratem, ale przeprowadzane i realizowane przez prezydenta. Doprawdy niekiedy trudno rozróżnić dziś, w jakich ich wspólnych projektach, który z nich był tym wiodącym autorem. Nie da się zapomnieć słów Tuska na jakiejś konferencji: „Pamiętajcie, ich jest dwóch”. W tym, że było ich w polityce dwóch, tkwiła ich niebagatelna siła. Dużo trudniej „takich dwóch” było ograć, obstawić dworem, przechytrzyć. Teraz jednego z nich już nie ma, a przemysł pogardy w rocznicę śmierci prezydenta pracuje pełną parą. Ale i tu – bądźmy spokojni – poniesie spektakularną klęskę.

Mieliśmy prezydenta, który samym sobą dowiódł, że na czele państwa może stać uczciwy człowiek, na którego nie ma żadnych „haków” i który może działać rzeczywiście w interesie kraju. Że może to być człowiek dobrze politycznie przygotowany, wykształcony, mający świetne rozeznanie w różnych dziedzinach życia i jednocześnie po ludzku dobry. Że to możliwe, że polityka nie jest immanentnie obciążona złem. Ale też, że warto być wolnym Polakiem i że zabieganie o Polskę ma sens. To będzie pamiętane.