W filmie „Miłość i Miłosierdzie” wciela się pan w bł. ks. Michała Sopoćkę. Co było dla pana największym wyzwaniem podczas odgrywania tej roli?

Propozycję zagrania ks. Sopoćki dostałem od Michała (Michała Kondrata, reżysera filmu - przyp. red.) tuż przed rozpoczęciem zdjęć, więc wtedy było to dla mnie duże zaskoczenie i oznaczało to pracę w bardzo dużym tempie. Z perspektywy czasu oceniam tamte tygodnie i miesiące bardzo dobrze, właściwie nie napotkałem podczas pracy na planie większych trudności. Pewnym wyzwaniem były kwestie techniczne. Na przykład w scenie, gdy siostra Faustyna umiera, ksiądz Sopoćko udziela jej błogosławieństwa - my musieliśmy oddać ten gest błogosławieństwa w taki sposób, jak wykonywano go jeszcze przed soborem, tak, by zachować wierność ówczesnym, przedwojennym realiom.  Innym wyzwaniem było to, że nagrywaliśmy film równocześnie po polsku i angielsku, co znacznie wydłużało czas pracy i wymagało od nas, aktorów, szczególnego skupienia. Natomiast jeśli chodzi o samą postać księdza Sopoćki, to dużo dały mi konsultacje z ludźmi, którzy go znali, literatura o nim, a także modlitwa.

Znał pan wcześniej biografię ks. Sopoćki?

Słyszałem oczywiście o nim, ale nie znałem dobrze jego historii i ogromnego wkładu w dzieło zapoczątkowane przez s. Faustynę. W momencie, kiedy przyszła propozycja, zacząłem zgłębiać jego biografię i mogę powiedzieć, że ten proces nadal trwa - nadal księdza Sopoćkę poznaję i „zaprzyjaźniam” się z nim, co daje mi sporo radości.

Co takiego zainspirowało pana w księdzu Michale, że postanowił Pan pogłębić tę „przyjaźń”?

Chyba to, że w pewnych kwestiach jest moim całkowitym przeciwieństwem (śmiech). Ja postrzegam sam siebie jako człowieka dosyć leniwego, a on był bardzo pracowity. Osiągnął wiele nie tylko jako kapłan, ale aktywnie działał na wielu innych polach - budował kościoły, był wykładowcą, społecznikiem i pomagał osobom borykającym się z alkoholizmem. Jego postać kojarzy mi się ze zmarłym niedawno Slavko Barbericiem, księdzem posługującym w Medjugorje. Kiedy odszedł, okazało się nagle, że trzech księży nie jest w stanie ogarnąć tego wszystkiego, co on robił samodzielnie. Wyobrażam sobie, że ks. Sopoćko był właśnie taki, niesamowicie zdyscyplinowany i systematyczny, a przy tym otwarty na działanie Ducha Świętego, pozbawiony niezdrowego perfekcjonizmu. W jego dzienniku wyczytałem taką myśl, która mnie bardzo poruszyła. Jako 80-letni ksiądz napisał, że drży na myśl o Sądzie Bożym, na którym stanie z pustymi rękoma. A przecież on tyle zrobił!

Czego, oprócz takiej pokory i pracowitości, możemy nauczyć się od granego przez pana bohatera?

Myślę, że przede wszystkim tego, co on sam całym swoim życiem głosił: przejawiającego się w czynach miłosierdzia, które jest najprostszym i jednocześnie najcenniejszym darem, jaki możemy dać innej osobie. Bo cóż z tego, że wygłoszę płomienne kazanie na temat miłosierdzia, a chwilę później na ulicy popchnę drugiego człowieka tylko dlatego, że chcę gdzieś szybciej dotrzeć?  Sopoćko mówił często, że „o czymś wiemy, ale zapominamy”. Na tym polega cała sztuka, żeby wiedzieć i nie zapominać. Niczego nowego nie usłyszymy ponad przekaz, że to miłość rządzi światem. I nie chodzi od razu o to, że mamy ukrzyżować samych siebie - chodzi o spojrzenie z miłością na drugiego człowieka, podanie ręki drugiemu człowiekowi. Wystarczy.

To, co pan mówi, pokrywa się z przesłaniem, a właściwie jednym z przesłań filmu - że w „Dzienniczku” s. Faustyny słowo „miłosierdzie” najczęściej łączy się z czasownikami i to jest dla nas, chrześcijan lekcja do odrobienia.

Tak, dokładnie. Sama wiedza czy teoria nie wystarczą. Trzeba jeszcze poprzeć je działaniem i dobrym przykładem.

A jaki był dla Pana najbardziej poruszający moment podczas pracy na planie „Miłości i Miłosierdzia”?

Trudno wskazać taki jeden moment, ujęła mnie atmosfera, jaka panowała przy pracy nad tym filmem od samego początku. Na pierwszy dzień zdjęciowy przyszedłem raniutko, kręciliśmy wtedy ujęcia u sióstr szarytek w Warszawie. Przy furcie klasztornej usłyszałem z głośnika piękny śpiew. Na początku myślałem, ze to radio, ale jedna z sióstr wyprowadziła mnie z błędu, tłumacząc, że to siostry tak modlą się w kaplicy. Mówię - a, to pewnie nie można tam iść.  Siostra jednak zaprosiła mnie do środka. Wszedłem do kaplicy i to był moment tuż po komunii świętej, siostry były w uniesieniu, uwielbieniu Boga. Niesamowity, mistyczny moment, który dostałem od razu, na „dzień dobry”. Takich momentów było zresztą więcej; niemal codziennie coś się zdarzało. Czasem wystarczy, że ktoś na nas spojrzy w inny, dobry sposób i dzień układa się inaczej. To dla nas lekcja i wyzwanie - my też tak powinniśmy patrzeć na ludzi. Cóż z tego, że jest ten film, jeśli miałby nie działać, nie zmieniać nas samych?

Z jakimi reakcjami na film spotkał się Pan w Watykanie?

W pamięci utkwiła mi zabawna sytuacja. Pamiętam, że przyleciałem do Rzymu bez obiadu, więc po pokazie i dyskusji byłem już bardzo głodny. Mimo poczęstunku nie byłem w stanie zjeść, bo co chwila widzowie „napadali na mnie” (śmiech). Mówiąc już całkiem serio, film wywołał duże zainteresowanie, widziałem poruszenie na twarzach widzów. Niesamowite było też to, że to był przekaz w wigilię 60-lecia zakazu kultu miłosierdzia. Bardzo symboliczne.

A Wilno? Jak film został przyjęty wśród tamtejszych widzów?

Byliśmy z Michałem (Kondratem, reżyserem „Miłości i Miłosierdzia” - przyp. red.) bardzo pozytywnie zaskoczeni. Widziałem łzy w oczach widzów, były owacje na stojąco, poruszenie nawet u najmłodszych widzów.

Co my, Polacy możemy wynieść z tej produkcji? Jakie główne przesłanie niesie ten film?

Najkrócej mówiąc - bądźmy miłosierni. Jeśli ktoś chce doświadczyć miłosierdzia, powinien je świadczyć - wybaczać… Gdy patrzymy na tę trójkę: Faustyna-Sopoćko-Jan Paweł II,  to jest to wielkie wyzwanie dla nas, Polaków. Każdy ma swoją furtkę i drogę, na miarę swoich możliwości, ale nie miejmy kompleksów, że Polacy to ktoś gorszy. Postać Sopoćki jest wspaniałym przykładem osoby pracującej, ale jednak nie pracoholika. Musimy mieć świadomość, że mieliśmy i mamy wspaniałych ludzi w naszym narodzie - i trzeba próbować ich naśladować.