Postulaty ZNP „zaporowe”? „Żądania Broniarza nastawione na to, by nie doszło do porozumienia”

Stanisław Broniarz / Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

  

Będziemy mieli różne propozycje dla nauczycieli, ale obecne żądania podwyżek wynagrodzenia nie będą uwzględnione – powiedział dziś szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin. Dodał, że żądania Związku Nauczycielstwa Polskiego kosztowałyby 17 mld zł rocznie.

Sasin pytany, dlaczego rząd nie proponuje nauczycielom takich podwyżek, jakich chcą, odpowiedział, że żądania, które formułuje szef Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz są "żądaniami zaporowymi", nastawionymi na to, żeby nie doszło do porozumienia.

Szef KSRM mówił, że pensje nauczycieli powinny być wyższe, ale - jak ocenił - przez kilka poprzednich lat to rząd PO-PSL "zamroził" pensje tej grupy zawodowej.

"Będziemy pokazywać różnego rodzaju propozycje. Nie sądzę, byśmy mogli mówić, że tego typu żądania, które są formułowane, mogły być uwzględnione, one w takiej wysokości na pewno uwzględnione nie będą"

- powiedział szef KSRM, pytany, czy rząd będzie miał nowe propozycje dla nauczycieli przed 8 kwietnia.

"Jesteśmy gotowi rozmawiać o tym, aby różnego rodzaju obciążenia, które mają nauczyciele, np. administracyjne, likwidować, żeby praca nauczyciela mogła być efektywna" - dodał Sasin.

Polityk zaznaczył, że nie ma możliwości, aby uwzględnić podwyżki, których domagają się obecnie nauczyciele.

"One w takiej wysokości, jak chce pan Broniarz, kosztowałyby 17 mld zł rocznie" - mówił Sasin.

W poniedziałek w Centrum Partnerstwa Społecznego "Dialog" odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Prezydium Rady Dialogu Społecznego na temat sytuacji w oświacie. Uczestniczyli w nim m.in. wicepremier Beata Szydło, minister edukacji narodowej Anna Zalewska i szefowa MRPiPS Elżbieta Rafalska. Według związkowców strona rządowa nie przedstawiła podczas spotkania żadnych nowych propozycji. Beata Szydło poinformowała zaś, że rozmowy w sprawie sytuacji w oświacie będą kontynuowane w poniedziałek 1 kwietnia. Zapewniła, że rząd jest otwarty na dialog.

ZNP chce zwiększenia o 1000 zł tzw. kwoty bazowej służącej do wyliczania średniego wynagrodzenia nauczycieli. Forum Związków Zawodowych żąda zwiększenia o 1000 zł wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli na wszystkich stopniach awansu zawodowego. Sekcja Krajowa Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność" domagała się natomiast wcześniej podwyżki o 15 proc. jeszcze w tym roku, a później poinformowała, że żąda m.in. podniesienia płac w oświacie, podobnie jak w resortach mundurowych, czyli nie mniej niż 650 zł od stycznia tego roku i kolejnych 15 proc. od stycznia 2020 r. do wynagrodzenia zasadniczego bez względu na stopień awansu zawodowego nauczyciela.

Procedury sporu zbiorowego w styczniu rozpoczęły ZNP i Wolny Związek Zawodowy "Solidarność – Oświata", należący do FZZ, prowadząc referenda strajkowe. Jeśli taka będzie wyrażona w referendum wola większości, strajk rozpocznie się 8 kwietnia. Oznacza to, że jego termin może zbiec się z zaplanowanymi na kwiecień egzaminami zewnętrznymi: 10, 11 i 12 kwietnia ma odbyć się egzamin gimnazjalny, 15, 16 i 17 kwietnia – egzamin ósmoklasisty, a 6 maja mają rozpocząć się matury.

W ramach negocjacji płacowych, które rozpoczęły się w styczniu, szefowa MEN zaproponowała nauczycielom przyspieszenie trzeciej z zapowiedzianych pięcioprocentowych podwyżek. Chodzi o trzy podwyżki wynagrodzeń nauczycieli po 5 proc., zapowiedziane w 2017 r. przez ówczesną premier Beatę Szydło. Pierwszą podwyżkę nauczycielom przyznano od kwietnia 2018 r., drugą – od stycznia 2019 r. Trzecią podwyżkę nauczyciele mają otrzymać – zgodnie z projektem nowelizacji ustawy Karta nauczyciela, który trafił na początku marca do konsultacji – we wrześniu 2019 r. Pierwotnie trzecią podwyżkę nauczyciele mieli dostać w styczniu 2020 r. Podczas negocjacji szefowa MEN zapowiedziała też przyznanie dodatku "na start" nauczycielom stażystom, a dodatku za wyróżniającą się pracę nie tylko nauczycielom dyplomowanym, ale także kontraktowym i mianowanym.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Szokujące ustalenia. Tu tradycyjne media nic nie znaczą! Liczy się tylko internet i wojna na fake newsy

zdjęcie ilustracyjne / rawpixel; pixabay.com / Creative Commons CC0

  

Nie jest żadną tajemnicą, że w Indiach, zwłaszcza wśród młodych ludzi media elektroniczne i całe kampanie fake newsów, stały się politycznym narzędziem skuteczniejszym niż tradycyjne media. W czasie indyjskich wyborów tysiące internetowych wolontariuszy, ale również profesjonalne firmy, zajmują się produkowaniem fałszywych informacji. Jak działa mechanizm manipulacji prowadzonej na tak szeroką skalę? Ustalenia w tej sprawie są doprawdy wstrząsające!

Z małego okna widać płaskie dachy sąsiednich budynków. W klimatyzowanym pokoju przed monitorami komputerów i nad rozłożonymi laptopami siedzi czterech jego kolegów.

To jest nasze małe centrum dowodzenia. Jesteśmy żołnierzami, a to są nasze karabiny.
- mówi cytowany przez Polską Agencję Prasową Rajan, jeden z internetowych trolli pracujący w Gurgaon, mieście satelickim Delhi.

Arun, wysoki 27-latek, wstaje i przypina żółtą karteczkę do tablicy, następnie bierze drugą z sąsiedniej kolumny.

Jesteśmy raczej najemnikami na tej wojnie.
- mówi krzywiąc się i wraca do swojego laptopa.

32-letni Ranjan przyznaje, że nie są wolontariuszami, ale profesjonalistami pracującymi na zlecenie. Jego zespół zajmuje się produkcją memów i filmów wideo na potrzeby kampanii jednej z partii startującej w indyjskich wyborach.

Trochę pomaga, jeśli człowiek ma te same poglądy co klient, ale wielu z nas robi to po prostu dla pieniędzy. Mamy płacone od liczby polubień, od zasięgu, jaki złapie nasz materiał. Czasami wystarczy znaleźć zdjęcie w internecie i podpisać je, a ludzie sami załapią. Innym razem musimy się napracować, zwłaszcza jeśli atakujemy kogoś konkretnego.
- mówi, nawet przez chwilę nie kryjąc tego, że na zlecenie produkuje dezinformację.

Młody mężczyzna pracował wcześniej w mieście Puna w centralnych Indiach. Jego mała firma przeprowadzała telefoniczne badania opinii dla zachodnich firm. Był podwykonawcą. Szybko odkrył, że żeby wypełnić kontrakt, łatwiej zgarnąć obcokrajowca, Europejczyka lub Amerykanina z ulicy i zapłacić mu za udawaną rozmowę według podsuniętego scenariusza.

Przed wyborami w 2014 r. Ranjan zorientował się, że równie dobrze płatnym zleceniem jest internetowe trollowanie na rzecz konkretnej partii.

Można zapytać, po co płacić trollom, jeśli w internecie jest wielu wolontariuszy? To proste, my jesteśmy lepiej zorganizowani, mamy konkretne zadania i cele do wykonania. I nie zawsze robimy miłe dla sumienia rzeczy.
- tłumaczy.

W 2019 r. w wyborach do izby niższej parlamentu mogło głosować 900 mln osób uprawnionych. Dzięki rewolucji taniego internetu w Indiach, który przyniosła firma Jio, a także dostępności tanich chińskich smartfonów liczba użytkowników sieci wzrosła do poziomu 500 mln ludzi. Z tego 84 mln głosowało po raz pierwszy w życiu w tych wyborach.

Obecnie młodzi Indusi masowo korzystają z mediów społecznościowych, w tym z komunikatorów typu Whatsapp - używa ich ok. ćwierć miliarda Indusów. Te narzędzia zastąpiły im tradycyjne media, telewizję i gazety.

Zmiany pierwsi zauważyli stratedzy polityczni Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) podczas kampanii wyborczej w 2014 r. Ponad 60-letni Narendra Modi, lider BJP, szybko stał się również liderem internetu. Obecnie ma ponad 40 mln fanów na Facebooku i Twitterze. Jego największy przeciwnik, Rahul Gandhi, założył konto na Twitterze dopiero w połowie 2015 r. i ma ponad 9,5 mln fanów.

My tego raczej nie robimy, ale dezinformacja może być prawdziwą bronią w realnym świecie.
- podkreśla Ranjan.

Tłumaczy, jak plotka rozsiewana przez komunikatory może doprowadzić do zamieszek w Indiach. Takie przypadki, gdzie ginęli ludzie, zdarzały się w Zachodnim Bengalu, Biharze i Uttar Pradeś.

Można też zaatakować innych użytkowników Twittera i donieść policji, jeśli uważamy, że wpis atakuje religię, armię czy państwo. Są na to przepisy.
- tłumaczy.

Przed wyborami w 2014 r. i tuż po nich zaczęły powstawać portale i strony Facebookowe zajmujące się dezinformacją, takie jak Dainik Bharat i Postcard News skierowane przeciwko opozycji. Przed wyborami w 2019 r. rodziły się strony takie jak „Viral in India”, które z kolei atakowały BJP i premiera Modiego.

Właścicielem „Viral in India” był Abishek Mishra, który początkowo tworzył filmy popierające Narendrę Modiego. Jego firma rozrosła się i wkrótce zatrudniał kilkanaście osób w nowoczesnym biurze.

Przed wyborami w 2019 r. Mishra jednak zmienił front. Na jego stronie pojawił się zmanipulowany film, przedstawiający Yogiego Adityanatha, śmiejącego się na uroczystości upamiętniającej funkcjonariuszy sił porządkowych, którzy zginęli 14 lutego br. w ataku samobójczym w Kaszmirze. W rzeczywistości wideo nakręcono podczas innej uroczystości i wyolbrzymiono zachowanie polityka prawicy. Wkrótce Mishra został aresztowany pod zarzutem obrazy wizerunku i religii (Yogi Adityanath jest również kapłanem hinduskim).

Około 70 proc. informacji w indyjskich mediach społecznościowych jest fałszywych i pochodzi od profesjonalnych trolli i aktywistów. I ludzie chcą w te informacje wierzyć, więc tak naprawdę, co w tym złego?.
- zastanawia się internetowy troll z Indii.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl